17 lipca 2011

Krucze Skały o północy - 16.07/17.07.2011

Krucze Skały* to ściana piaskowca mierząca prawie 30 metrów, znajdująca się na przeciwko dworca kolejowego w małej miejscowość Jerzmanice-Zdrój  (za Złotoryją). Za dzieciaka byłam tam kilkakrotnie, głównie za sprawą niedzielnych rodzinnych wycieczek. W życiu bym nie pomyślała, że pojawię się tam ponownie, ale w zupełnie innych i trochę odbiegających od norm okolicznościach.

Sobota. Godzina lekko po 18-stej. Na pasku startowym miga mi wiadomość od Damiana takiej oto treści: "lubisz spontany?". "Zależy jakie"- odpisałam asekuracyjnie... Rozmowa doprowadziła ostatecznie do wyjazdu na wyżej wspomnianą formację. Wszystko wyglądało by całkiem normalnie, gdyby nie to, co o dość później porze miałabym tam robić. Moje godziny były już policzone ;-)

O 21:00 jesteśmy na miejscu. Na kierowcę i wspólne nocne przesiadywanie dał się namówić kolega Damiana - Tymu. W trójkę wchodzimy na samą górę i usadawiamy się przy miejscu ogniskowym. Po szybkim rozeznaniu, Damian zaczyna montować stanowisko zjazdowe. Nigdy wcześniej nie miałam okazji zjeżdżać po linie z takiej wysokości i na dodatek w takim pionie. Jedyna moja styczność z wysokością mierzyła jakieś 3 metry podczas prostych ćwiczeń na drzewie. Serce chciało zjechać od razu w dół, rozum jednak chciał się obeznać z wysokością na początek stojąc przy ścianie na dole. Dlatego po sprawdzeniu stanowiska zjazdowego przez Damiana, przekonuje go bym najpierw po tej linie weszła. Rozum dzięki temu trochę się uspokoił, a serce nie miało wyrzutów sumienia ;)

Jakieś 7 metrów prusikowania. Czyli aż 1/5 całej ściany.

Na górze czekał na nas Tymu. Nie był on jednak sam. Podczas naszej nieobecności, towarzystwa dotrzymywała mu pewna kobieta... Widocznie mocno unoszące się w powietrzu  feromony Tyma, wyczuła jedna z ropuch, której bardzo przypadły do gustu, do takiego stopnia, że zdecydowała się nawet na naruszenie sfery intymnej już przy pierwszym spotkaniu!

Tymu nie zdecydował się jednak zaryzykować i sprawdzić, 
czy po pocałowaniu ropucha zamieni się w księżniczkę.

Ze złamanym sercem, ropucha zniknęła w trawie, ja natomiast powoli zaczęłam się przygotowywać do pierwszego zjazdu. Po szybkim przypomnieniu teorii, dostaje zielone światło na swój pierwszy w życiu zjazd przy użyciu rolki i shunt'a. Najważniejsze to dobrze wybić się z progu, potem już jakoś pójdzie - pomyślałam. Na ten czas zapomniałam o wysokości, a bardziej skupiłam się na utrzymaniu równowagi. Po kilkunastu sekundach byłam już na dole. W między czasie, Tymu rozpalił ognisko.

Skwierczenie ogniska od czasu do czasu zakłócał hałas
 przejeżdżających pociągów towarowych.

Kilka minut po północy zjechałam drugi raz, fundując sobie tym razem dreszczyk emocji z powodu własnego, chwilowego niedopatrzenia. Po zjechaniu około 3 metrów, shunt (przyrząd zaciskowy) zablokował się, powodując, że zawisłam na linie. Czekając na Damiana, aż skonsultuje z nim swój problem, sama próbowałam sytuacji zaradzić. Niestety instrukcje jakie otrzymałam przed zjazdem nie rozwiązały stanu rzeczy. Wisząc sobie tak około 10 minut, przy świetle jedynie czołówki i przy swobodnie przemieszczającej się między szczelinkami małej szczypawicy, przypomniała mi się sytuacja pewnego brytyjskiego himalaisty**. Ja na szczęście wszystko miałam w swoich rękach, a w głowie nie siedziała mi jeszcze jakaś głupia piosenka. Postanowiłam więc działać. Dzięki wskazówkom podawanym przez Damiana stojącego na dole, owinęłam linę wokół stopy i stanęłam na niej. Większa siła nacisku na shunt'a pod odpowiednim kątem spowodowała, że w końcu pozwolił mi on zjechać na dół. 

Po odblokowaniu shunt'a, zjeżdżam na dół.

Ostatni raz zjechałam o 3 w nocy przy pomocy zwykłego "kubka". Obyło się już bez jakichkolwiek komplikacji. Godzine pózniej jesteśmy już w domach.
-------------------------------------------------------------------------------------
*Serwis wspinaczkowy Pogórza i Gór Kaczawskich - http://www.piachy.eu/
(opisane i pokazane m.in Krucze Skały)
-------------------------------------------------------------------------------------
** Dotknięcie pustki - tytuł książki autorstwa brytyjskiego himalaisty Joe Simsona, opisująca próbę zdobycia szczytu Siula Grande i niesamowitą walkę o przetrwanie, zekranizowana pod tytułem "Czekając na Joe". Bardzo polecam!

1 komentarz :

  1. Niezła historia, ze wspinaczką trzeba uważać, bo "amortyzowanie" upadku przez ziemię może być bardzo bolesne. Polecam również fajne zdjęcia Kruczych Skał robione w czasie mglistego dnia

    OdpowiedzUsuń