17 czerwca 2014

Kieżmar! Nu pagadi!


niedziela, 15 czerwca 2014

...miała być przełomowa. Podjęliśmy się zupełnie innej logistyki wyjazdu niż jaką do tej pory prowadziliśmy. Zrezygnowaliśmy z przyjętego modelu budżetowego, z którego korzystaliśmy praktycznie co każdy tatrzański wyjazd na rzecz cywilizowanego noclegu w Schronisku Przy Zielonym Stawie Kieżmarskim. Przewidując, że po takiej wygodzie będziemy wypoczęci, na cel wzięliśmy poważniejszą niż do tej pory drogę - północno zachodnią granią Małego Kieżmarskiego (II).





Prognozy pogody przewidywały na ten dzień lampę do południa z ewentualnym symbolicznym deszczykiem po południu. Zapowiadało się całkiem fajnie. Na parking znajdujący się przy wlocie do Doliny Białej Wody Kieżmarskiej zajechaliśmy jakoś po 19-tej, a do wspomnianego schroniska wpadliśmy niecałe 2,5 godziny później. Zadowolenie z perspektywy wygodnego i ciepłego noclegu szybko zamieniło się w totalny niewypał. Wszystkie miejsca były zajęte, a w jadali rozkręcała się gruba impreza. Początkowo nawet spanie na glebie nie wchodziło w rachubę.


Zmieszani zaistniałą sytuacją zamówiliśmy po Sarisie i zaczęliśmy omawiać dalszy ciąg wydarzeń. Wyjście wydawało się tylko jedno - nocne wejście na Kieżmarskiego najłatwiejszą drogą, przez Dolinę Huncowską. Pokrzepieni zaprawionym pomarańczą piwem, zebraliśmy się do wyjścia w kierunku okrytych mrokiem chmur. Marcin, nieszczególnie zadowolony takim obrotem spraw, ruszył jeszcze raz w kierunku schroniskowego okienka-lady, z zamiarem wynegocjowania możliwości spędzenia nocy w schronisku. Udało się - za niewielką kwotę mogliśmy ulokować się w jadalni. Przez chwilę wydawało się, że mamy farta i będzie już tylko lepiej. Przez chwilę... Do 2 w nocy towarzyszyły nam ryki podpitego towarzystwa przy akompaniamencie gitary, które co prawda przeniosły się do położonego w piwnicy baru, ale i tak zakłócały ciszę nocną w całym schronisku. Hałas był tak nieziemski, że kompletnie nie zmrużyliśmy oka. Oczywiście z owej grupy gości nikt nie zamierzał wychodzić następnego dnia w góry. Rodzi się pytanie: Po co więc urządzać imprezy w schronisku, mającym służyć ludziom za miejsce schronienia i wypoczynku? Czy nie dało się zrobić imprezy na dole? Obiekt mający służyć górołazom traci w ten sposób swoją podstawową funkcję. Po tym doświadczeniu  z całą pewnością stwierdzam, że następnym razem przepisy TANAP'u będę miał głęboko w poważaniu i noclegi będę planować w kosówce, ewentualnie w kolebach. Schroniska obecnie już się do tego nie nadają.

Wróćmy jednak do realizacji naszego planu. To, że zrezygnowaliśmy z grani północno-zachodniej wiedzieliśmy już przy dojściu do schroniska. Dolina Dzika była w całości zasłana jeszcze śniegiem. My zaś w ramach redukcji ciężaru, wyposażenie zimowe ograniczyliśmy do czekanów. O ile sama dolinka była zapewne do przejścia, nie mieliśmy pewności co do znajdujących się w niewidocznych z poziomu Zielonego Stawu Kieżmarskiego panujących warunków w obrębie grani.  Na celownik wzięliśmy Rakuską Grań. Rano po nieprzespanej nocy, ruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Rakuskiego Przechodu.  Początkowo pogoda zdawała się poprawiać - ciężkie chmury wycofały się na chwilę i zaczęło przypiekać słońce. 


Wszystko szło pięknie, jednak w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że szlak gdzieś nas zgubił - a raczej my jego. Jak się okazało na pewnej wysokości odbija w prawo, a my nieświadomie zaczęliśmy zyskiwać wysokość dzięki pnącemu się na Folwarską Grań żlebowi. Stwierdziliśmy jednogłośnie - "trudno!". Powrót bardzo kruchym żlebem niezbyt nam się uśmiechał, a nie wyglądało na to, żeby drogę miały nam zagrodzić jakiekolwiek progi. Ruszyliśmy więc dalej w górę, spotykając po drodze dwóch Kózów Tomaszów. Marcin idący pierwszy, musiał mieć na chwilę palpitację serca podczas gdy nagle zaczęły zbiegać w jego kierunku. Na szczęście nie miały złych zamiarów. Po prostu kilkoma susłami wskoczyły na przeciwległe skały. 


Zaintrygowany Kóz Tomasz.

Żleb przeszliśmy bez żadnych problemów. Jedynym kłopotem była straszna kruszyzna, tym bardziej, że jego nachylenie sięgało momentami ok 45 stopni. W górnej części żleb rozszerza się i kładzie, mocno przysłany kępkami karłowatej kosówki. Położony jest na wschód od Lendackiego Żlebu i osiąga grań na wschód od Rakuskej Czuby. W górnej części żlebu złapało nas załamanie pogody - zaczął padać deszcz ze śniegiem i wiać silny wiatr. W tych warunkach udało nam się szybko przetrawersować północnymi stokami Rakuskiej Czuby do szlaku. 

Trawersujemy w kierunku czerwonego szlaku. 

Warun na  czerwonym szlaku.

Idąc dalej już szlakiem, we mgle dostrzegliśmy po lewej jego stronie wybijającą się z otoczenia skałę. By zaznać trochę emocji - wdrapaliśmy się na nią. Wierzchołek ma nawet swoją nazwę - Lendacka Baba. 


Pomimo warunków humory na szczęście nas nie opuściły.




Marcin z Damianem na Lendackiej Babie. Bez skojarzeń proszę :)

Gdy osiągnęliśmy Rakuską Przełęcz, ostatecznie zdecydowaliśmy o schodzeniu do Doliny Białej Wody Kieżmarskiej. Dla formalności weszlismy na Rakuską Czubę, by zdobyć jakikolwiek szczycik. Dalsza nasza droga przebiegała czerwonym szlakiem w kierunku Łomnickiego schroniska, następnie niebieskim szlakiem na Rakuską Przełęcz Niżną, odcinkiem zielonego szlaku i w końcowej fazie  dobrze już dla nas znanym żółtym szlakiem. 

Na Rakuskiej Przełęczy.







Na Rakuskiej Czubie widoków nie odnotowaliśmy.

Będąc już przy parkingu, nad wierzchołkami Tatr wypogodziło się i nasz pierwotny cel - Kieżmarski Szczyt - pożegnał nas swoim pięknym widokiem na swoje południowe zbocza. Na ponowną próbę wejścia, było już jednak za późno. Poza tym, takie niebieskie okienka pojawiały się i znikały, więc nie mieliśmy gwarancji, że warunki zastalibyśmy lepsze. 


Papatki Taterki. Do zobaczenia wkrótce!

Na pocieszenie zafundowaliśmy sobie super obiad  w zakopiańskiej Rusałce. Cała nasze trójka przy obiedzie zgodnie stwierdziła, że nie damy się tak szybko Kieżmarowi. Padły też postanowienia dotyczące nie korzystania jednak z górskich spelun (tfu... schronisk).

tekst: Damian
zdjęcia: Skadi


5 komentarzy :

  1. Ja tylko dodam od siebie, że z całego towarzystwa, to najbardziej wychowana była schroniskowa papużka w jadalni, która tak jak my, nie mogła zmrużyć oka przez prawie całą noc :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale pogoda, brak widoków... Ale za to pięknie udało się uchwycić kozicę, No i pierwsze zdjęcie super :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli chodzi o te schroniskowe atrakcje... Kurczę, strasznie to słabe ;/

    OdpowiedzUsuń
  4. No nic, widzę, że pogoda bardzo nie dopisała. A atmosfera w schronisku niczym w naszej Piątce. Tu też są zawsze dzikie tłumy i imprezy.

    Oby następnym razem się udało :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Niestety widać nie wszyscy jeszcze potrafią się zachowywać w schroniskach :( Szkoda że pogoda nie dopisała.

    OdpowiedzUsuń