11 grudnia 2014

Jarząbczy Wierch 2137 m n.p.m


Grań Rohaczy chodziła nam po głowach już od dłuższego czasu, niemniej zawsze pierwszeństwo zyskiwały pomysły dotyczące Tatr Wysokich. Przyszedł jednak dzień, kiedy nie mieliśmy ochoty pakować się w znane nam rejony czy pchać się poza szlak. Zdecydowaliśmy się właśnie na Rohacze, które spełniły wszystkie przyjęte kryteria. Skład „prawie” standardowy. Poszerzony jednak o jedną osobę, dla której było to pierwsze spotkanie z Tatrami.



wtorek, 14 października 2014

Na parking pod chatą Šindľovec docieramy ok. godziny 3.30 i praktycznie od razu, po krótkim przepaku, ruszamy w górę Doliny Rohackiej. Świt zastaje nas na zielonym szlaku na przełęcz Zabrat. Jest szary i smutny, jak smutne i pozbawione życia są Tatry o tej porze roku. Skłębione cielska ciemnych chmur przewalają się nad Rakoniem i Wołowcem. Zesztywniałe po nieprzespanej nocy w aucie ciało jest niezadowolone. W takim momencie człowiek chciałby przewracać się na drugi bok we własnym, ciepłym łóżku. Przenikliwy chłód wdziera się przez każdą nieszczelność odzienia. Kolejny nieprzyjemny poranek na własne życzenie... Chodzenie po górach trąci trochę masochizmem. Po co? Dla widoków? Można przecież wyspać się i wjechać w południe kolejką na Łomnicę czy Kasprowy... dla zdrowia? Nie, stanowczo, są lepsze sposoby na utrzymanie organizmu w dobrym stanie niż wychładzanie go i odmawianie mu snu. Ot, jakiś defekt osobowości pcha człowieka w góry o takich godzinach. Inwestycja która zwróci się dopiero po powrocie, kiedy z kubkiem parującej herbaty zasiądę do oglądania zdjęć. Satysfakcja i wspomnienia wynagrodzą wszystko...

Ale tymczasem wydostajemy się na Zabratową Przełęcz. Wiatr przybiera na sile, powoli zdajemy sobie sprawę, że wpakowaliśmy się w sam środek halnego. Więc jednak nie będzie Rohaczy? Cel naszej wycieczki staje pod znakiem zapytania. Jeśli wiatr momentami powoduje, że tracimy równowagę i ledwo stoimy na nogach to czy decyzja o kontynuowaniu marszu w kierunku „Słowackiej Orlej Perci” nie będzie zwykłą głupotą?

Postanawiamy jednak kierować się w kierunku Rakonia i Wołowca. Decyzję o poniechaniu najtrudniejszego szlaku Tatr Zachodnich podejmując stopniowo, na raty. Poniżej wierzchołka Wołowca wiemy już, że nie dla nas dziś granitowe spaszty Rohackiej Grani. Nieco otuchy dodaje połyskująca pięknie, pofalowana tafla Jamnickiego Stawu.

No to nam się trafił halny.

Siła wiatru uniemożliwia nam komunikację ze sobą. Robienie zdjęć też do łatwych nie należało.


Narciarze na grani :)

Widoki po polskiej stronie Tatr Zachodnich.


Bombardowani podmuchami halnego udało się nam przejść odcinek trasy między Rakoniem a Wołowcem.


Cała nasza czwórka w okolicach Wołowca. 


Grań Rohaczy - nasz pierwotny cel :)

Słońce!

Słońce, ledwie przepuszczane przez „ciemne skłębione zasłony” rozpoczyna niepokojące ale piękne przedstawienie, swoją grę światła i cienia na zboczach Jarząbczego Wierchu. Posileni i napojeni herbatą z termosów ruszamy dalej, ku Jarząbczemu...

W stronę Łopaty...

Uciekając przed halnym...


Jamnicki Staw Wyżni

Pomimo silnych podmuchów wiatru idzie nam całkiem sprawnie, niemniej u jednego z nas daje się we znaki brak odpowiednich na takie warunki butów co finalnie skończy się lekką masakrą palców u nóg. Na wysokości Łopaty spotykamy stado pasących się kozic. Zadziwiające jak dobrze znoszą te niesprzyjające dla jakiegokolwiek życia warunki... 


Przed nami Jarząbczy Wierch.

5 sztuk kamzików w stadzie to na razie nasz rekord. :)

Halny taki wieje, a Wy tutaj?!

Raz, dwa, trzy Baba Jaga patrzy! :D

Om om, ale dobre te kamienie...

Winter is coming...

Chyba ktoś nas podgląda...

Jak nie halny to chmury. Podejście na Jarząbczy Wierch.

Na Jarząbczym z powodu coraz gorszego stanu nóg naszego towarzysza stopniowo rozdzielamy się na dwie grupy. Dodatkowo mgła ogranicza widoczność do kilkunastu metrów, za to wiatr cichnie. Chyba każdy z bywalców tatrzańskich szlaków zna urok tych momentów kiedy otacza go nieprzenikniona mgła, wiatr przestaje wiać i nagle otacza nas całkowita pustka, pozbawiona tak kształtu jak i jakichkolwiek dźwięków. Czasem tylko przerwie ją strącony w oddali kamień...

Jarząbczy Wierch 2137m n.p.m

Bez jakiegokolwiek celebrowania wejścia na najwyższy tego dnia szczyt, rozpoczynamy dalszą drogę w kierunku Kończystego Wierchu, gdzie spotykamy pierwszych tego dnia ludzi. Coraz bardziej rozdzielając się, docieramy do Trzydniowiańskiego Wierchu i zniżamy się w dolinę Jarząbczą. Tutaj podejmujemy jedyną słuszną decyzję. Stan nóg Tymoteusza nie rokuje szans na szybki powrót przez Grzesia do samochodu. Skadi rusza z nim na parking u wylotu Doliny Chochołowskiej, ja z Marcinem załączamy zaś szybsze tempo i obieramy kurs na Grzesia i dalej przez dolinę Łataną do samochodu. Jeszcze potem tylko telefon do Skadi i ruszamy z „misją ratunkową” w kierunku Chochołowa.

Idziemy w kierunku Kończystego Wierchu.

Kończysty Wierch 2002m n.p.m

Schodzimy do Doliny Chochołowskiej.

Cel nieosiągnięty, ale dzień syty i udany. Mi udało się w końcu trafić w zachodnią część Tatr, Tymoteusz miał okazję zobaczyć tatry po raz pierwszy, a co najważniejsze – tym razem obyło się bez atrakcji w rodzaju wpakowania się w łan kosówki, zjazdów podciętym żlebem itp. Na Rohacze zaś na pewno przyjdzie jeszcze pora.

Tekst: Damian
Zdjęcia: Skadi

17 komentarzy :

  1. "Na Rohacze zaś na pewno przyjdzie jeszcze pora." - Może zimą? ;-)

    Widzę, że nie tylko ja zmieniałem plany przez listopadowy halny. Cóż, takie bywa życie, że warunki nie pozwalają gdzie by się chciało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się nie ma... no wiadomo :) A traska nam się kilometrowo przez ten halny ładnie rozrosła. Poza tym jestem mega zadowolona z moich kamzikowych portretów :) Rohacze będą na pewno. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości. Może zimą faktycznie? :)

      Usuń
  2. Pięknie... Taka pogoda tylko dodała uroku krajobrazom i fotkom...
    Mimo nieosiągnięcia celu to tak jak napisałaś i tak było super! I tak trzymać... :-)
    Pzdr. serdeczznie.
    P.S.Kamziki -> super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mieliśmy nigdy wcześniej okazji stawiać czoła halnemu :) Cieszę się, że portrety kamzików się podobają. Dla mnie największym hitem jest to pierwsze ujęcie :) Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Nas też halny nie oszczędzał podczas wejścia na Jarząbczy w listopadzie... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie w kierunku Jarząbczego ten wiatr zaczął się powoli uspokajać. Ale na tej grani między Rakoniem a Wołowcem podejrzewam, że jeszcze długo tam mocno dmuchało :) Ogólnie byliśmy troszeczkę zaskoczeni warunkami, bo przed wyjazdem nigdzie nie napotkaliśmy informacji o zbliżającym się halnym. No ale nie ma się co dziwić skoro synoptycy potrafią przewidywać zimę stulecia, a potem ledwo śniegu starcza na biegówki w Jakuszycach np :)

      Usuń
  4. "Chyba każdy z bywalców tatrzańskich szlaków zna urok tych momentów kiedy otacza go nieprzenikniona mgła, wiatr przestaje wiać i nagle otacza nas całkowita pustka, pozbawiona tak kształtu jak i jakichkolwiek dźwięków. Czasem tylko przerwie ją strącony w oddali kamień..." - oj znam :) miałam okazję przeżyć te urokliwe chwile ostatnio na Kopie Kondrackiej :)
    co do Rohaczy - i na nie przyjdzie pora
    pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tej mgle otulonej ciszą też można dostrzec jakiś urok :) Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Kamizkowe love jest poprostu cudne! :) Tatry Zachodnie są fantastyczne nawet jak wieje nad nimi halny, ale dobrze, że odpuściliście sobie Rohacze. Dzięki temu możemy teraz ogladać Wasze piękne zdjęcia. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kamziczki natychmiastowo powodują pojawienie się uśmiechu na twarzy. :) Rohacze na pewno kiedyś pojawią się na blogu. Potrzebują po prostu jeszcze czasu :) Pozdrawiam! no i głaski dla Mychy! :)

      Usuń
    2. A to prawda, zwierzaki te są cudne. Ja też myślę o Rohaczach, że potrzebują u mnie czasu :) Mycha pogłaskana i bardzo dziękuje :) :)

      Usuń
  6. Halny halnym, ale wycieczka Wam mimo wszystko wyszła bardzo fajna :) Pierwsze zdjęcie genialne! A na te listopadowe podmuchy też się natknęliśmy, tylko z 2-3 dni wcześniej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, pierwsze zdjęcie to jak nic do National Geographic trza wysłać:)

      Usuń
  7. Oj ile ja rozmyślałam nad zdobyciem Rohaczy, ale ciągle bałam się do nich podejść. A Jarząbczy zdobyłam z tym szczęściem, że mnie mgła nie dopadła. Kurczę, podziwiam Wasze zdjęcia, są świetne. :) Pozdrawiam i życzę Wesołych Świąt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ostatecznie podeszłaś do tych Rohaczy czy jeszcze czekają na odpowiedni czas? :)

      Usuń
  8. My w tym roku weszliśmy na Wołowiec od Chochołowskiej, z nadzieja przejścia Rohaczy. Rochacze jednak zniknęły zamist tego był tylko jeden wielki kłąb chmur, wiatr i zimno. Też poszliśmy na Jarząbczy. Tam gdzie wy kozice my napotkaliśmy świstaka, a kozice w drodze na Kończysty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ja to pewnie gdzieś tam mieszka rodzina świstaków. Ja wciąż wypatruję chociaż jednego tatrzańskiego egzemplarza...

      Usuń