10 marca 2012

Szatan 2422 m n.p.m



W październiku zeszłego roku, została podjęta próba wejścia na Szatana wraz z moimi górskimi towarzyszami. Niestety zbieg wielu zdarzeń nie pozwolił na zdobycie szczytu. W relacji napisanej przez Damiana nie było nic mowy np o moim stanie zdrowia. Będąc na parę dni w Bergamo załapałam fatalne przeziębienie. Łukasz, który się mną opiekował z uśmiechem niedowierzania spoglądał na mnie, kiedy ja trzęsąc się pod kołdrą ciągle zaprzeczałam, że nie mam gorączki i za trzy dni wchodzę na Szatana. Cały lot do Krakowa odbyłam  w jakiejś dziwnej hibernacji. Nawet huk kół uderzających o płytę lotniska przy lądowaniu mnie nie obudził. Pamiętam jak wysiadając z samolotu na powitanie dostałam w twarz potężnym podmuchem wiatru i zostałam zlana obfitym deszczem. Witamy w domu! - rzekłam sama do siebie w momencie przypływu kolejnych dreszczy.




Zdobyłam się na napisanie smsa do Damiana, który jechał w tym czasie pociągiem do Krakowa, że zwłoki będą na niego czekać na peronie, po czym podjęłam próbę wydostania się z lotniska. Po jakiejś godzinie znalazłam się w Galerii Krakowskiej i  natychmiastowo wparowałam do apteki. Kupiłam standardowy zestaw na podrasowanie mojego układu odpornościowego. Łyknęłam kolorowe drażetki i udałam się na peron. Pociąg akuratnie podjeżdżał. To, jak wyglądała próba wejścia na Szatana, można znaleźć tutaj. Pozwolę sobie tylko wspomnieć (gdyż też nie zostało to opisane) o moim zejściu z powrotem do auta w Dolinie Młynickiej. Czułam się względnie dobrze, jednak organizm nie otrzymał ode mnie ani chwili odpoczynku. W takich sytuacjach człowiek może zobaczyć przez jak dziwne zachowania przechodzi wycieńczony organizm. Od nerwowości, zobojętnienia, głupkowatego śmiechu, wmawiania sobie, że nie czuje się żadnego bólu i ma się tyle sił ile na starcie - po czym udowadnianiu sobie tego, by na koniec owego spektaklu paść na pysk na słowackiej asfaltowej drodze nie mając siły na ściągniecie nawet butów. Tak w telegraficznym skrócie wygląda czasem efekt uboczny miłości do gór.

Minęło kilka miesięcy, trochę się pozmieniało. Podjęłam się dosyć specyficznej pracy zawodowej, przy której jeszcze bardziej uświadamiam sobie, że w każdej chwili może coś w tobie zacząć rosnąć i  po cichu zabijać, żyjąc z tym w totalnej niewiedzy. Stąd, z biegiem czasu, utwierdzam się w przekonaniu, że próba wejścia na Szatana nie była głupią decyzją. Poza tym, daleko mi jeszcze do specjalistów w tej dziedzinie. Oby więcej tak pozytywnych wariatów:

"29 stycznia 2011 r. Aconcaguę, najwyższy szczyt obu Ameryk, zaliczaną do Korony Ziemi – zdobyli: Łukasz Żelechowski (informatyk, dziennikarz radiowy, zwany przez kolegów Jurandem, gdyż nie widzi od urodzenia) oraz Piotr Pogon, który od ponad 20 lat zmaga się z chorobą nowotworową i ma usunięte płuco (nazywany Panem Zadyszką, bo idąc w górach, świszczy). Na Aconcaguę wszedł z nimi Arek Mytko (podróżnik i eksplorator Patagonii). Bogdan, szef wyprawy, ratownik GOPR, musiał zrezygnować z ataku na szczyt z powodu choroby wysokościowej." 

Cała wyprawa została opisana w książce pod tytułem "O dwóch takich. Teraz Andy". Zachęcam do przeczytania!

sobota, 3 marca 2012

W piątek po pracy, zamieniam szpitalne środowisko na górskie. Jadę z Damianem pociągiem do Wrocławia, gdzie czeka tam na nas Marcin. Po sześciu godzinach jazdy samochodem, o 4 nad ranem jesteśmy na parkingu przy stacji elektriczki "Popradske Pleso". Ciężko jest się wygramolić z ciepłego samochodu, tym bardziej, że mroźny powiew chłodu nasila pobliski strumień. Gdy udaje się nam w miarę dobrze dostosować do panujących warunków, rozpoczynamy nasze 18 godzinne zmagania w istnie szatańskim stylu. Szlakiem niebieskim dreptamy w głąb Doliny Mięguszowieckiej. Podchodzimy nim aż na wysokość Czerwonego Żlebu. Na niebie zaczyna się robić coraz bardziej niebiesko, a na ziemi coraz bardziej biało. Ubieramy na siebie resztę targanego sprzętu w plecakach, wiążemy się liną i  ruszamy w górę.

Parking przy stacji elektriczki.
 
Podejście pod Czerwony Żleb.

Lawinisko w Czerwonym Żlebie.

Silnie wiejący wiatr z północy skutecznie nas spowalnia. Ja co chwilę muszę się zapierać rakami i kijkami w śnieżne podłoże, gdyż czuję, że w momencie niekompletnych punktów podparcia zdmuchuje mnie na  lewo. 

Pierwsze poniesione straty - okulary Damiana za namową wiatru 
stwierdziły, że wolą zostać w dolinie.

Coraz słoneczniej, ale wiatr nie ustępuje.

Pierwsze pyłówki.

Chwila na złapanie oddechu w Czerwonym Żlebie

Zapowiada się idealna pogoda na zdobycie Szatana.

A Grani Baszt wciąż nie widać...

Miło, że progi skalne pokryte są śniegiem ;)

Napieramy!

Mniej więcej w połowie drogi na przełęcz pod Czerwonym Żlebem robimy krótką przerwę. Ciężko jest stabilnie stanąć i wyciągnąć chociaż czekoladę z plecaka. Dość, że jest stromo to ciągle jesteśmy w tym felernym, wietrznym tunelu. Nie tyle żleb nas wtedy wymęczył, co ten wiatr. Na szczęście bezpiecznie wdrapaliśmy się na wspomnianą przełęcz. A tam? Powrót wspomnień z przed października. Ponownie ukazała się cała Dolina Młynicka i cisza... po prostu przeogromna cisza...

Masyw Wysokiej.

Będąc na Przełęczy pod Czerwonym Żlebem otrzymaliśmy chwilę wytchnienia. W słonecznych i przede wszystkim bezwietrznych warunkach zrobiliśmy sobie przerwę na podniesie cukru we krwi. Przegryzając w między czasie żelki, sięgamy z Damianem pamięcią do zeszłorocznej drogi, którą próbowaliśmy wejść na szczyt. Udało nam się określić miejsce wycofu. 

Przełęcz pod Czerwonym Żlebem.

Odnieśliśmy kolejny mały sukces tego dnia. Znajdowaliśmy się bowiem wyżej niż ostatnio. Cała trójka podładowała akumulatory i ruszyła dalej. Tempo nam trochę spadło, głównie z powodu omijania niepewnie wyglądających miejsc i podejmowania kolejnych decyzji co do wyboru drogi. Zdecydowaliśmy się na podejście pod szczyt poniżej grani. W kilku momentach pomocne okazują się kamienne kopczyki. Nogi często zapadają się w śniegu po łydki.  Coraz więcej pojawia się także niestabilnych kamieni, z którymi związana jest pewna legenda:


„Nazwa Szatana, Szataniego Żlebu, Szataniej Przełęczy (…) pochodzą wprost lub pośrednio od podań ludowych. Według jednego podania szatan miał ukryć w Szatanim Żlebie szlachetne kruszce. Chodził po nie kiedyś pewien baca z czarnoksiężnikiem, który obiecał mu owe skarby wskazać jednakże diabeł strącał na nich kamienie i ledwie uszli z życiem. Inne podanie głosi, że do skarbów ukrytych w tym szczycie wiódł diabeł jakiegoś górala, ale w tym wypadku miał diabła oszukać, gdyż skarby wziął a duszy swej mu w zamian nie dał. Wiadomo też, że w XVIII wieku poszukiwacze skarbów kręcili się u stóp Szatana (…). Spadające tu często kamienie mogły ówczesnym ludziom nasunąć myśl, że zrzucają je złe diabły strzegące rzekomych skarbów.”

W dole widoczna Dolina Młynicka.

 Na asekuracji lotnej podchodzimy aż na sam wierzchołek szczytu.

Cały dzień bez ani jednej chmurki na niebie.

Cel już widoczny...

Widoczność tego dnia była wymarzona ;-)

Ostatnia prosta już bez żadnych trudności.

Grań Soliska od strony Doliny Młynickiej.

Nawisik ;-)

O 14:26 jesteśmy na szczycie. Na górze nikogo nie zastajemy, co daje jeszcze większe odczucie odosobnienia i posiadania tego rejonu Tatr na własność.

"Cierpliwość przekracza szczyty, ale upór - łamie skały"
                                                           W. Grzeszczyk

"Bo lepsze od gór, mogą być tylko góry, których jeszcze nie zdobyłeś".

Obowiązkowo zostawiliśmy swój ślad w szatańskiej księdze wpisów. 

Satan Severni Vrchol.

Marcin na szczycie.




Gruppen foto. Nie wierzymy w przesądy!
 Od lewej: Marcin, Justyna oraz Damian. 

Na Satanie gościmy się jakieś 20 minut. Przed nami najtrudniejszy etap całej naszej wyrypy - powrót. Kusiło nas zejście do Doliny Młynickiej. Tym bardziej, że z Damianem znaliśmy po części drogę. Wizja ponownego pojawienia się w Czerwonym Żlebie, wcale nie powodowała u nas uśmiechu na twarzach. Mroźny wiatr ciągle świszczał nam w uszach.  Marcin przytaknął głową na zmianę planów, więc zaczęliśmy schodzić w stronę Soliska. 

Mięguszowieckie szczyty i Polska na horyzoncie.

Schodzimy. W pierwotnie przyjętej wersji  "Zachodem Przewodników".

Zejście żlebem poszło nam bardzo sprawnie i przyjemnie. Mogłoby się wydawać, że zdążymy jeszcze na kolację w Krakowie. Wiedzieliśmy, że nie możemy się zanadto rozpędzać, gdyż żleb kończył się progiem. Wiedzieliśmy również, że w pewnym momencie trzeba będzie wejść w trawers. Jak się później okazało (siedząc w ciepłym domku z herbatką w ręce i przeglądając topo Szatana), zeszliśmy za nisko i znaleźliśmy się w martwym punkcie.  Inne pobliskie żleby kończyły się także progami. Robiło się coraz ciemniej, a  zmęczenie powoli dawało o sobie znać. 

Marcin zszedł trochę po kamieniach na dół, by zobaczyć czy jest możliwość w miarę bezpiecznego zejścia, bez konieczności podchodzenia ponownie w górę i szukania za wszelką cenę "Zachodu Przewodników". Chcieliśmy jak najszybciej wydostać się z tej stromizny. Na Marcinowe oko, droga którą znalazł nie wydawała się mocno trudna, ale też nie określił ją lajtową.  W dwóch miejscach, Damian musiał mnie asekurować przy pomocy liny (krótkonodzy mają zawsze pod górkę :P), wykorzystując przy tym pozostawioną pętlę, która była wciśnięta między dwa głazy- widocznie nie tylko my mieliśmy problem z odnalezieniem dobrego trawersu. Ciekawe ile wiosen i zim miał już na koncie ten kawałek sznurka ;-)

Udało się nam na szczęście przejść trudne,  kamienne  momenty.  Pozostał nam do pokonania jeszcze śnieżny garb, pod którym zapewne znajdował się kolejny próg. Śnieg był jednak tak dobrze zbity, że schodzenie nie sprawiało już żadnych problemów. Przed dojściem do szlaku, mając na uwadze, że żadne większe niebezpieczeństwo już nam nie grozi, poćwiczyliśmy na śnieżnym polu  hamowanie czekanem w przypadku stosowania asekuracji lotnej.

Śniegospad ;-)

Będąc w dolinie, mogłoby się wydawać, że odnalezienie szlaku nie będzie stanowić już problemu. Guzik :P Niby byliśmy w głównej "rynnie" doliny, gdzie powinny być widoczne ślady butów i żółte maźnięcia farbą na drzewach. Niby kierowaliśmy się w stronę Szczyrbskiego Jeziora, ale ciągle nie znajdowaliśmy się na głównej ścieżce! W pewnym momencie, w świetle czołówek dostrzegliśmy, że raki i czekany wbiliśmy  w sąsiedztwie  nadpękniętej deski śnieżnej. Szybko podjęliśmy ewakuację z tamtego miejsca. Ciągle mieliśmy także na uwadze, że dobrze by było ominąć wodospad Skok, gdyż styczność z nim na pewno przyczyniłaby się do kolejnych trudności w powrocie do domu.

Szlak w końcu odnaleźliśmy i dotarliśmy do miasteczka. Tak naprawdę jednak, najwięcej siniaków i kontuzji przysporzyła nam 3km oblodzona droga prowadząca na parking, gdzie zostawiliśmy  samochód!

14 komentarzy :

  1. http://www.youtube.com/watch?v=7Nmpld2ccRk ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thank you for beeing a new Członkowie.
      Beautiful photos you have posted.

      Greetings.

      Usuń
  2. Zima w Tatrach jeszcze nie odpuszcza :) Satan świetny :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo bardzo fajnie na Satanie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No nieźle - to teraz niech słowa to uzupełnią :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ależ udana wyprawa. Ekscytujące zdjęcia, nie mogę doczekać się opisu słownego.

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękna wyprawa, piękne zdjęcia... Gratuluję! :-)
    Ja w tych okolicach (Dolina Młynicka) byłem w poprzednim roku i też miałem piękną pogodę... tylko, że to było lato. :-)
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Muszę znowu zabrać głos: groźnie, ale pięknie to wygląda, zwłaszcza z tym obrazowym opisem. Zimuś wzruszony.

    OdpowiedzUsuń
  8. Z okazji Świąt Wielkiej Nocy
    Wszystkiego NAJNAJSZEGO! :)
    życzą
    Sol & Alien
    Więcej życzeń w naszym blogu... ;)
    Pozdrawiamy!

    PS. Cudna zdjęcia... :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Super wyprawa i rewelacyjne zdjęcia!
    A tak w ogóle to jakie są trudności techniczne tej drogi?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Rekonesans w lecie zrobiony, te progi na dole faktycznie nie napawają optymizmem, ale na zimę obowiązkowy punkt programu dla mnie:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Góra na własność i taka widoczność, świetnie! :)

    OdpowiedzUsuń