15 sierpnia 2018

GRAŃ NIŻNYCH TATR


Poszukujesz pomysłu na tygodniowy trekking z namiotem? Podaję sprawdzony i super przepis: GRAŃ NIŻNYCH TATR. Zaraz, zaraz..., ale że to o Tatry chodzi? Ano nie! Tatry Niżne to odrębne pasmo górskie, leżące w całości na terenie Słowacji. Będąc pewnie nie raz na tatrzańskim szczycie widziałeś je na południowym horyzoncie. Nie wyglądają strzeliście, z odległości dzielącej do nich około 100 km wydają się być raczej łagodne. Mają jednak swój niepowtarzalny klimat i szeroki wachlarz różnorodności, stąd te góry otrzymały określenie: „Karpaty w pigułce”. Tatry Niżne to idealne miejsce dla włóczęgów krótko i długodystansowych. Są w nich miejsca i dla lubiących bliskość cywilizacji jak i takie gdzie przez cały dzień możesz nikogo nie spotkać, co najwyżej niedźwiedzią kupę lub samego jej właściciela! 



O Tatrach Niżnych:

  • Tatry Niżne od 1978 r objęte są narodowym parkiem (słow. Národný park Nízke Tatry - NAPANT). Swoją drogą jest on największy na Słowacji. Symbolem parku jest niedźwiedź brunatny. Tak, tak... w tych górach żyją duże zwierzęta!
  • Najwyższe szczyty mierzą około 2000 m n.p.m. Jest ich kilka. Miano najwyższego otrzymał Ďumbier 2043 m n.p.m, na który prowadzi znakowany szlak turystyczny o kolorze czerwonym. W wersji dla leniwych można go szybko zdobyć przy pomocy kolejki Jasná Chopok. Wejście na szczyt zajmie wtedy jedynie 1h40. 
  • Przełęcz Čertovica 1232 m n.p.m dzieli grzbiet Tatr Niżnych mniej więcej w połowie. To miejsce, to także podział na dwa górskie światy. Część wschodnia Tatr Niżnych zwana Kráľovohoľské Tatry jest dziewicza i niezagospodarowana. Poza obrębem samego szczytu Kráľova hoľa jest duże ryzyko, że spotkasz tam tylko ciszę bądź szum wiatru. Część zachodnia zwana Ďumbierske Tatry to wysokogórskie hale i ostre zbocza poprzecinane skalistymi żlebami. Ten rejon upodobały sobie kozice tatrzańskie, które przy pewnych warunkach (np. wczesny poranek) można spotkać bezpośrednio na szlaku. Poza ścisłym obrębem kolejki, również i tutaj jest duża szansa zaznania spokoju. Dla introwertyków i innych alienów w sam raz! ☺
  • Szczyt Chopok 2024 m n.p.m i sąsiednie Deresze to bardzo znany ośrodek narciarski. Jeden z największych w tej części Europy. Dwa lata temu, spontanicznie pojawiłam się tam na skiturach – klik
  • Na koniec, wisienka na torcie – Grań Tatr Niżnych, przez Słowaków zwaną hrebeňovka Nízkych Tatier”. To ponad 90 km znakowanego kolorem czerwonym szlaku, który prowadzi przez główny grzbiet Tatr Niżnych, średni pułap to 1500-2000 m n.p.m. Można rozpocząć lub zakończyć przejście w dwóch miejscowościach: Telgárt oraz Donovaly. Szlak pokrywa się z innymi, długodystansowymi szlakami: Szlakiem Bohaterów Słowackiego Powstania Narodowego – Cesta hrdinov SNP, który z kolei jest częścią długodystansowego szlaku E8. Mimo, że Tatry Niżne są objęte parkiem narodowym i jest generalny zakaz biwakowania, to dla turystów wyznaczono miejsca, gdzie legalnie mogą rozbić swój namiot. Jest to fantastycznie przemyślane, bo w owych miejscach gdzie się zatrzymujemy, mamy do dyspozycji również źródło (na długim trekkingu dostęp do wody to rzecz bardzo istotna!). Również odległości pomiędzy wyznaczonymi miejscami są umiarkowane – średnio około 20 km dziennie pieszej wędrówki).


Grań Tatr Niżnych. Przebieg szlaku czerwonego.


Przejście Grani Tatr Niżnych chodziło mi po głowie już od ponad trzech lat. Zazwyczaj jednak brakowało chętnych, a nawet jak się pojawiali to ostatecznie wyjazd nie dochodził do skutku. By nacieszyć się tymi górami i na spokojnie przemierzyć kolejne kilometry grani, potrzeba na całą wędrówkę około 5 dni. Dla dojeżdżających np. z Polski, trzeba doliczyć kolejne dwa, co wychodzi w ogólnym rozrachunku równy tydzień.

Los kazał mi cierpliwie czekać aż tyle na realizację tego projektu, ponieważ przyszykował zupełnie nieznany mi wariant. Mianowicie przejście tej grani w damskim towarzystwie! Jak dotąd krótsze bądź dłuższe wypady w góry, które wymagały jakiegoś przygotowania i planowania odbywały się tylko i wyłącznie w męskim gronie. Dwie dziewuchy na tygodniowym trekkingu z namiotem - czy to się w ogóle uda? Pewnie, że się uda! Karolinę poznałam dzięki grupie na fb. Spotkałyśmy się w marcu tego roku na ściance wspinaczkowej. Co prawda na tym spotkaniu więcej było gadania niż wspinania, ale od razu złapałyśmy ze sobą dobry kontakt. W Karolinie odnalazłam wszystkie cechy jakich szukałam do tej pory wśród dziewczyn, które lubią chodzić po górach, jak również mają podobny stosunek do życia na nizinach i co ważne, nie mieszkają na drugim końcu Polski. Generalnie Karolina już od pierwszego spotkania w moich oczach zapowiedziała się na idealną kandydatkę by zaproponować jej od razu jakiś grubszy wyjazd. Gdy tylko wspomniałam o Grani Tatr Niżnych i opowiedziałam ogólnie o co w niej chodzi, szybko otrzymałam odpowiedź: jedźmy! 5 miesięcy później wyruszyłyśmy na podbój tych gór!



poniedziałek/wtorek, 30/31 lipca 2018



Przejście ponad 90 km w górach z całym dobytkiem to jedno. Wyzwanie to jednak bladło w porównaniu z przedostaniem się w ogóle z Polski w rejon Tatr Niżnych. Naszą podróż rozpoczęłyśmy na wrocławskim dworcu autobusowym. Transport do i ze Słowacji oparłyśmy na Flixbusie oraz jednym, lokalnym przewoźniku. We Wrocławiu na czas przyjechał autobus jadący do Pragi. 4 godzinna podróż minęła nam szybko dzięki Arianowi, który siedzący obok zagadywał nas co chwilę po angielsku, dopytując gdzie jedziemy i co mamy w planach. W Pradze miałyśmy 1,5h na przesiadkę. Ten czas również nam szybko minął, bo okazało się, że kolejny autobus, którym miałyśmy kontynuować podróż nie widniał na głównej tablicy odjazdów. Mocno zaniepokojone tym faktem, udałyśmy się do dwóch źródeł z zapytaniem czy nie jedziemy jednak jakimś autobusem widmo. Otrzymałyśmy takie same odpowiedzi: „stanowisko nr 18”. Dopiero jak autobus podjechał, a bilety się zgadzały, mogłyśmy odetchnąć z ulgą. Całonocna jazda przez Czechy i Słowację przebiegła spokojnie, aczkolwiek nie należała do wygodnych. O 6 rano zameldowałyśmy się w Popradzie. 


wtorek, 31 lipca 2018




2/3 drogi miałyśmy już za sobą. By zakończyć misję transportu z pełnym sukcesem, trzeba było jeszcze dostać się do Telgártu skąd zaplanowałyśmy nasz start. Tutaj już niestety musiałyśmy się wyczekać 4 godziny na jeden, jedyny autobus jadący w ciągu doby, który przejeżdżał przez wspomnianą miejscowość. Od 7:00 otworzyli pobliski hipermarket. Zrobiłyśmy zakupy śniadaniowe, które były ostatnim normalnym żarciem jakie skonsumowałyśmy. Menu na kolejne dwa dni zapowiadało się raczej niecodzienne. „Food for astronauts” czyli po prostu liofilizaty, jak określiłam obrazowo Arianowi, który z niepokojem zapytał co zamierzamy jeść przez tydzień w górach, miały stanowić nasze główne źródło uciszania żołądków. Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że nasze kiszki doznają ciężkiego szoku na zmianę diety. Zanim jednak zaczęłyśmy uszczuplać ciężar naszych plecaków, resztę czasu przesiedziałyśmy na ławeczce rozmawiając na bardziej nizinne tematy. Po 10-tej podjechał nasz autobus. W kolejce do wejścia ustawili się lokalsi, ale również ludzie mający z nami jedną wspólną rzecz – wielkie plecaki. Od razu obstawiłyśmy, że wybierają się na to samo co my. Wsiadłyśmy do autobusu płacąc za bilet 2,60 euro (2.10 – osoba, 0.50 euro – bagaż). Po około 50 minutach jazdy wysiadłyśmy w Telgárcie. Po krótkiej obserwacji, wywnioskowałyśmy, że na przejście całej grani wybieramy się jednak tylko my dwie. Po krótkim przepaku, dociągnięciu wszystkich troków w plecakach, podeszłyśmy pod słup ze szlakowskazami. Pierwsze zadanie dnia jakie miałyśmy do wykonania to 3 godzinne podejście na Kráľova hoľę. Zanim jednak ruszyłyśmy z kopyta, na przystanku autobusowym zmieniłam jeszcze buty. Z sandałów na... buty trailowe! Tak, ten wyjazd od samego początku obfitował w nowe, nieznane mi dotąd warianty. Nie tylko z głównym motywem przewodnim: #dziewczynyrządzą, ale również w nowy wariant obuwniczy. Po ostatnich katorgach jakie przeżyłam na szlakach, z powodu okropnego bólu stóp, postanowiłam zaryzykować i przejść te ponad 90 km górskich w lekkich butach trailowych. Oprócz ogólnych wrażeń z chodzenia w takich butach, bałam się również dodatkowych kg na plecach, które te buty w sumie z każdym stawianym krokiem musiały na siebie przyjmować, a jak wiadomo, buty trailowe są wpisane w filozofię „light and fast”, a nie „hard and slow”.

Odnalazłyśmy pierwsze czerwone znaki maźnięte w terenie. Ogólnie cały szlak okazał się być w miarę dobrze oznaczony, ale były takie miejsca, w których z pomocą przychodziła nam aplikacja Mapy Turystycznej. Będąc jeszcze w Polsce, Karolina na swój telefon ściągnęła mapę offline Tatr Niżnych. Warto taki „gadżet” mieć, bo naprawdę ułatwia w szybkim czasie znaleźć się z powrotem na właściwej ścieżce. 

Czas! Start!

Pierwsze kroki na szlaku.

Czy z tych chmur spadnie deszcz?

Nagle taka sytuacja na szlaku!

Szlak w pewnym momencie prowadzi wzdłuż słupów energetycznych.

Jesteśmy ponad granicą lasu!

Moje „Centrum Kryzysowe Legnica” wysłało sms'a z najświeższymi prognozami na dzisiejszy dzień. Zapowiadano burze. Gdy rozpoczęłyśmy podejście, nic nie zwiastowało by miał zacząć padać deszcz. Może niebo nie było idealne, ale dawało się na nim zauważyć niebieskie kolory. 

Ostatnie widoki nim pochłonie nas mgła!

Rozpoczęcie głównego podejścia na Kráľova hoľę.

Szlak! Widzę szlak!

W razie nagłej zmiany pogody, miałyśmy potencjalny schron w budynku na Kráľovej hoľi . Według znalezionych informacji, jest tam otwarte pomieszczenie, właśnie dla pechowców, których złapie kiepska pogoda. Można tam nawet przekimać jedną noc. To był nasz wariant awaryjny, bo w planach miałyśmy dotrzeć dalej. Co prawda budynek oraz maszt z nadajnikiem stacji przekaźnikowej TV ujrzałyśmy praktycznie dopiero w odległości 5 metrów, to warunki pozwalały maszerować dalej, bo deszczu wciąż nie było widać. 

To chyba szczyt!?

Początkowo szłyśmy w chmurach, które ograniczyły dalekie widoki praktycznie do zera. Na szlaku byłyśmy w stanie tylko dostrzec licznie porozrzucane skupiska głazów. Po około godzinie, jedna część krajobrazu zaczęła się przejaśniać, by nawet później po przejściu już kilometrów naście zaczęło przygrzewać jeszcze słońce, otwierając nam szerzej kadr, przez który mogłyśmy napawać się widokami na inne słowackie góry.

Wędrowanie w takich warunkach też ma swój urok!

Na szlaku nie jesteśmy same.

Aż tu nagle przejaśnienia!

Kolejny szczyt zdobyty! Orlová 1840 m n.p.m

Niektórze szczyty oprócz tabliczek z nazwą, mają również krzyże. To nie jedyny spotkany na całym przejściu grani.

Wędrujemy, a grań Tatr Niżnych coraz śmielej ukazuje swoje oblicze.

Woda? Jeszcze mamy swoje zasoby :)

Niby wieje, ale jest przyjemnie! 

Ciekawe formy skalne.

Przerwa na łakocia z takim oto widokiem :)

Naszym miejscem docelowym dnia była útulňa Andrejcová 1410 m n.p.m, do której dotarłyśmy wciąż nietknięte deszczem. Útulňa jest całoroczną chatą, dostępną nieodpłatnie dla turystów. W okresie letnim stacjonuje w niej gospodarz. Przenocować można w chacie lub w obrębie chaty we własnym namiocie bądź nawet pod chmurką – jak kto woli. My zabrałyśmy ze sobą swój osobisty dach nad głową. Z różnych względów. Jednym z nich było przepełnienie w útulňiach, które w okresie letnim faktycznie ma miejsce. Dzięki namiotowi miałyśmy swoje własne cztery kąty oraz dodatkowe wyjścia awaryjne w razie gdyby plany musiały ulec zmianie. Jak wiadomo, letnia pogoda w górach jest bardzo nieprzewidywalna.

Gdzie ta Andrejcová?

Obniżamy się, więc i krajobraz się zmienia.

Za plecami stoki Orlovej.

Rozbiłyśmy się w wyznaczonym miejscu. Wieczorem zaczęło trochę wiać, więc wykorzystałyśmy fartuchy śnieżne w naszym Simondzie. Zamiast śniegu czy kamieni, których zazwyczaj się używa do stabilnego przytwierdzenia namiotu, my skorzystałyśmy z porąbanego drzewa na opał, którego stos miałyśmy dosłownie pod ręką. Gdy już zorganizowałyśmy biwak, przyszedł czas na gotowanie. W końcu zaczęłyśmy uszczuplać jedzenie, co oznaczało, że w plecakach będą nam ubywać cenne gramy. W pewnym momencie podszedł do nas Czech. Trzymał w ręce skromną puszkę. Spytał czy jej zawartość mógłby podgrzać w naszej kuchence. Podczas gdy jeden klops zanurzony w rozcieńczonym sosie pomidorowym nabierał temperatury, wymieniłam z nim kilka podstawowych informacji. Okazało się, że razem ze swoim towarzyszem również przechodzą całą grań, ale w odwrotnym kierunku. My dopiero zaczęłyśmy wędrówkę, oni byli już prawie przy jej końcu. Był to ich ostatni nocleg. Wyglądali na bardzo wyczerpanych, a gdy jeszcze okazało się, że ta skromna puszka z jednym pływającym klopsem jest do podziału, zaczęłam się zastanawiać czy nie czeka nas za pięć dni taki sam los... Oczywiście te obawy zaczęłyśmy rozpatrywać w żartobliwej formie, bowiem czułyśmy, że jesteśmy przygotowane do tej wędrówki bardzo dobrze, a dzień jutrzejszy tylko utwierdził nas w przekonaniu, że nie łatwo jest nas złamać! Po prostu: #dziewczynyrządzą ☺

Útulňa Andrejcová 1410 m n.p.m oraz nasz namiot.


Dystans dnia: 16 km
Przewyższenie: 1219 ↑, 687 ↓
Trasa: Telgárt – Kráľova hoľa 1946 m n.p.m – Orlová 1840 m n.p.m - útulňa Andrejcová 1410 m n.p.m




środa, 1 sierpnia 2018



Przez cały nasz pobyt w Tatrach Niżnych, od „Centrum Kryzysowego Legnica” około 4 nad ranem przychodził sms z najświeższymi prognozami pogody. Zapowiadało się, że dzisiaj ten deszcz na pewno nas dopadnie i stanowczo nie będzie on w śladowych ilościach. Poranek jednak na razie nie zwiastował zmiany pogody. Zaraz po wyjściu z namiotu, po raz pierwszy ujrzałyśmy panoramę na Tatry Wysokie, które dnia poprzedniego było skryte w chmurach. Większość zespołów już ruszyła w dalszą wędrówkę, co ciekawe obierając kierunek na Kráľovą hoľę.


Widok na Tatry Wysokie.

Ostatnie spojrzenie i ruszamy w drogę!

Przy Andrejcovej  pozostali jedynie endurowcy oraz my. Nie miałyśmy napiętego planu – trzeba było dojść do kolejnej útulňi. Konkretnej godziny spotkania z burzą nie byłyśmy w stanie przewidzieć. Co prawda na mapie była zaznaczona jakaś wiata na szlaku, w której ewentualnie mogłybyśmy przeczekać ulewę, ale według naszych przeliczeń czasowych, znalazłybyśmy się w niej jeszcze grubo przed południem, a jak to często w górach bywa ciemnogranatowe niebo z niepokojącymi dźwiękami zaczyna straszyć nad głową często po godzinie 12:00. Po wpięciu klamer w pasach biodrowych naszych plecaków poczułyśmy się gotowe do startu. Jako jedyne ruszyłyśmy w stronę Veľkiej Vápenicy. Na szlaku puściusieńko! Było czuć ciężkie powietrze, zwłaszcza na podejściach, które jest charakterystyczne dla nadchodzących wyładowań atmosferycznych. I tak na przekór temu, nawzajem karmiłyśmy się nadziejami, że może wszystko przejdzie bokiem. Wczoraj miałyśmy przecież niezłego farta! 

Ruszamy! Przed nami dzień 2.

Na przełęczy Priehybka 1468 m n.p.m zarządziłyśmy krótki odpoczynek dla pleców i kęs łakocia dla żołądka. Nagle wyłonił się samotny turysta z wielkim plecakiem, i co ciekawe przyszedł z naszego kierunku! Usiadł w odległości nienaruszającej przestrzeni osobistej i milczał. Nawet się z nami nie przywitał standardowym „ahoj” czy „hello”. Zarzuciłyśmy plecaki na ramiona i ruszyłyśmy na podbój Veľkiej Vápenicy. Spotkany na szlaku turysta jeszcze cieszył się ostatnimi chwilami przerwy.

Veľká Vápenica 1691 m n.p.m

A może nie będzie tej burzy? :)

Szlak przybrał bardziej leśny charakter.

Widoczna w dole przełęcz Priehyba.

Z gościem spotkałyśmy się na kolejnej przerwie pod wiatą na przełęczy Priehyba. I tym razem nie odezwał się ani słowem. Czułyśmy się z tym trochę dziwnie, zwłaszcza kiedy okazało się, że gdy ruszył pierwszy, udał się dalej czerwonym szlakiem. 

Na przełęczy Priehyba przywitała się z nami lokalna fauna.

Wiata na przełęczy Priehyba i spotkany turysta.

Czas poderwać tyłeczki i maszerować dalej!

I tak przed kilka kilometrów wędrówki raz wyprzedzał nas, raz my jego. Na podejściu na Kolesárovą usłyszałyśmy pierwszy pomruk nadchodzącej burzy. Myślałyśmy, że temat zamknie się w co najwyżej 30 minutach, a zaraz potem poczujemy super powietrze, które doda nam wigoru. Bardzo się pomyliłyśmy. Gdy jedna burza przechodziła, nad rejon Tatr Niżnych nachodziła kolejna. Same wyładowania atmosferyczne trwały ponad 3 godziny, a deszcz lał się z nieba praktycznie przez jeszcze następne 3 godziny. Byłyśmy w miejscu, gdzie szlak prowadzi w lesie, poniżej otwartych przestrzeni. Naszym pierwszym możliwym schronieniem i tak była útulňa, do której musiałyśmy dotrzeć. Rozbijanie namiotu na „przeczekanie” było niemożliwe z powodu kiepskiego terenu i po szybkiej analizie po prostu bezsensowne, bo wtedy miałybyśmy już wszystko przemoczone. Podczas panującej burzy również wymijaliśmy się co chwilę ze spotkanym wcześniej turystą. Nawet pobliskie pioruny nie były w stanie go zmusić do powiedzenia czegokolwiek. W pewnym momencie koleś stanął pod drzewem i zaczął analizować mapę w telefonie. My stwierdziłyśmy, że stanie i tak nas nie uchroni przed przemoczeniem. W butach już ostro chlupało, ręce miałyśmy pomarszczone od ciągłego kontaktu z wodą. W największym epicentrum burzy zostałyśmy na szlaku same. 

Prosto w paszczę burzy!!!

Szłyśmy do przodu, mijając po drodze coraz większe płaty błota czy utworzone mini-strumienie na ścieżce. Przemoczenie w butach osiągnęło taki poziom, że nawet już nie starałam się ich omijać. Karolina, mimo że miała z prawdziwego zdarzenia buty trekingowe za kostkę z Gore-texem też nie sprostały panującym warunkom. Nagle przed oczami mignął nam krótki błysk, dosłownie w tej samej chwili przeczułam, że zaraz po nim szykuje się coś mega grubego. Piorun uderzył tak blisko nas, że na trzy sekundy przytkało mnie w klatce piersiowej, co najmniej jakby ten piorun chciał się przeze mnie przebić na wylot. Było to straszne uczucie. Obie spojrzałyśmy na siebie z lekkim niepokojem. Ta burza chyba się nigdy nie skończy! Dopiero na szczycie Homôľka przestało padać, chociaż na sąsiednim grzbiecie dalej było słychać pomruki burzy. Na spotkanie wyszła nam para turystów, która również przyodziana w kurtki przeciwdeszczowe i peleryny wędrowała w stronę Andrejcovej. Wymieniłyśmy się z nimi cennymi informacjami, życząc sobie na pożegnanie „powodzenia”. 

Chlup, chlup.

Dotarłyśmy do útulňi Ramža. Chatka jest dużo mniejsza od Andrejcovej. Lokalizacja źródła i jego jakość (woda) jest dużo gorsza. Nie zaglądałyśmy nawet do środka chatki bo już była przepełniona mieszkańcami. Od razu zabrałyśmy się za poszukiwania jakiegoś płaskiego skrawka ziemi. Z rozbitego namiotu wyciągnęłyśmy jedną linkę od odciągu i obwiązałyśmy pomiędzy dwoma drzewami w celu zrobienia mini suszarni. W międzyczasie pojawił się kolejny samotny wędrowiec, tym razem jednak bardziej otwarty do rozmowy. Co prawda nikt nie miał ochoty po tak dynamicznym dniu dużo gadać, to kilka uprzejmych zdań ze sobą zamieniliśmy. Rozbił się co prawda niedaleko nas, ale i tak czułyśmy się jakbyśmy miały swój mały, własny azyl. Drugi dzień za nasz prysznic robiły chusteczki nawilżające, po których czułyśmy się jeszcze bardziej brudne, z powodu uczucia kleistości ciała. Odpaliłyśmy kuchenkę w celu zagotowania wody na liofila. Po kolacji  razem z kurami poszłyśmy spać. Dopiero około północy na dobre się rozpogodziło. Noc była już spokojna, więc nie odczułyśmy braku jednego odciągu w namiocie. Liczyłyśmy, że buty trochę podeschną, ale w tych warunkach było to marzenie ściętej głowy. 

Nasz biwak przy útulňi Ramža. 


Dystans dnia: 20 km
Przewyższenie: 1183 ↑, 1313 ↓
Trasa: útulňa Andrejcová 1410 m n.p.m – sedlo Priehyba 1190 m n.p.m – Kolesárová 1508 m n.p.m – Zadná hoľa 1589 m n.p.m – útulňa Ramža



czwartek, 2 sierpnia 2018



Pierwszy nieśmiały promień słońca zaczął ogrzewać tropik namiotu. Wypełzłyśmy, by zobaczyć sytuację na niebie. Po wczorajszych burzach nie było już śladu. Ponownie na horyzoncie pojawiły się Tatry Wysokie. Część rzeczy pozostawiona na naszej lince, była już prawie sucha, ale buty, które zostawiłyśmy w przedsionku w namiocie, miały w sobie wciąż tyle samo wody. Podczas szykowania śniadania, mentalnie przygotowywałyśmy się do momentu wsadzenia stóp z powrotem w buty - pierwsze 5 sekund najgorsze! Gdy my już zaczęłyśmy się krzątać wokół namiotu, obudził się nasz sąsiad. Spojrzał na niebo i uśmiechnął się. Przywitał się z nami i wymieniliśmy się planami dnia. W rozmowie okazało się, że nie ma koncepcji jak wydostać się z Telgártu. Podałam mu stronę internetową www.cp.sk, która wyświetla połączenia autobusowe oraz kolejowe na terenie Słowacji. Widać było, że bardzo mu pomogłam dzieląc się tą informacją. Na pożegnanie, chyba w podzięce dostałyśmy mini paczuszki żelek Haribo :D Takie drobne gesty jakoś od razu nastrajają pozytywnie na cały dzień. Po wpięciu klamer od pasów biodrowych plecaków, ruszyłyśmy zbierać kolejne górskie kilometry.

Kolejny poranek przywitany na szlaku.

Útulňa Ramža.

Na szlaku było wciąż mokro, słońce nie zdążyło jeszcze wszystkiego przesuszyć, zwłaszcza wysokich traw, przez które się przedzierałyśmy. Słońce jednak coraz szybciej zaczęło podnosić temperaturę powietrza. Po około 4 godzinach łaziorki, wylądowałyśmy na upragnionej przełęczy Čertovica. Buty suszyły się na słońcu, a my z gołymi stopami, siedząc na zewnątrz pod parasolem, wybierałyśmy żarełko z menu w jednej z knajp. W końcu jakieś normalne żarcie! - okrzyknęłyśmy jednogłośnie. Zdecydowałyśmy się skosztować tradycyjnego słowackiego dania, które polecił nam Arian – haluszki z bryndzą. Porcja jednak okazała się być dla nas za mała, więc domówiłyśmy jeszcze dodatkowe danie. Wszystko zapiłyśmy 0,5l Kofolą. W sumie podczas naszego tygodniowego pobytu na Słowacji, nasze nerki przefiltrowały jej chyba ze 3 litry.

Wędrówka przez wysokie, mokre trawy.

Słońce zaczyna przypiekać.

Na szlaku.

Widoczki.

Uwaga pod nogi!

Przełęcz Čertovica 1238 m n.p.m

Po przeanalizowaniu prognoz, które standardowo nad ranem otrzymałyśmy sms'em oraz ogólnego naszego stopnia wysuszenia, ustaliłyśmy, że zamiast cisnąć aż do Útulňi pod Chabencom - Ďurková (1623 m n.p.m) , która była dość daleko, zatrzymamy się na noc w schronisku pod Ďumbierem. Będziemy miały czas wszystko wysuszyć i zregenerować siły, tym bardziej że kolejne dwa dni zapowiadały się idealne na wędrówkę po najbardziej widokowej części Grani Tatr Niżnych. 

Z przełęczy Čertovica czekało nas znaczne podejście. Szybko znalazłyśmy się na otwartej przestrzeni, na której znowu odczułyśmy duchotę - znajoma przesłanka zbliżającej się burzy. Ograniczyłyśmy robienie przerw, by szybciej znaleźć się pod dachem schroniska Štefánika 1740 m n.p.m.

Czas spalić haluszki!

Widoki na podejściu.


Wchodzimy teraz w bardziej wysokogórski klimat Tatr Nżnych.

Je super!

Gdzie to schronisko?!

Zielone plamki.

Dobrze, że my idziemy w innym kierunku!

Tam już buczy!

Chata M.R.Štefánika pod Ďumbierom - 1740 m.n.p.m

Udało się! Nie sięgnęła nas ani jedna kropla deszczu! Burzowe chmury nad nasz rejon zaczęły dopiero się zbliżać. W schronisku (www.chatamrs.sk) znalazłyśmy dziewczynę z obsługi z którą załatwiłyśmy sprawę noclegu (koszt: 21 euro/os ze śniadaniem w 8 os pokoju). Kolejny drobny sukces, standardowo opiłyśmy Kofolą.

Gdybyśmy miały jeszcze wątpliwości co do zostania na noc w schronisku, to kociaki nas ostatecznie przekonały.

Mruczaki to wielkie pieszczochy!

Młody Garfield.

Tyle szlaków, my jednak uparcie wciąż wybieramy czerwony.

Przed wyjazdem, podczas planowania i szukania informacji na temat przejścia Grani Tatr Niżnych, poruszania się po Słowacji itd., zastanawiałam się w jakim języku najlepiej w tym kraju rozmawiać. Gdy pytałam znajomych, którzy znacznie częściej bywali u naszych południowych sąsiadów, jednogłośnie odpowiedzieli by śmiało mówić po polsku, a na pewno dogadamy się ze Słowakami. Przyznam szczerze, że nie mogłyśmy zostać wierne swojemu ojczystemu językowi. Już od pierwszego dnia, będąc jeszcze w drodze przez Czechy, wszędzie porozumiewałyśmy się w języku angielskim. Co ciekawe, gdy siedziałyśmy sobie na pobliskiej górce za schroniskiem by podziwiać zachód słońca nad Chopokiem, podeszło do nas dwóch Słowaków. Z początku w swoim ojczystym języku zapytali czy jesteśmy Polkami. Gdy usłyszeli twierdzącą odpowiedź, sami zaproponowali by pogadać po angielsku, bo jak stwierdzili, to co mówimy rozumieją w jakiś 20%. I taki sam procent tyczył się naszego zrozumienia tego co oni mówią do nas po słowacku. Zostałyśmy nawet zaproszone na shot'a z okazji wieczoru kawalerskiego, który spędzali w schronisku. Grzecznie odmówiłyśmy i po zachodzie słońca udałyśmy się już do pokoju. Pakując ostatnie rzeczy do plecaków, nagle w progu stanął chłopak i zapytał po angielsku czy jest jakiś podział na damskie i męskie pokoje. My, wprawione już w bojach wszak od trzech dni pobudzamy nasze szare komórki by odkopywać zapomniane angielskie słówka, śmiało odpowiedziałyśmy również na pozostałe jego pytania. Gdy zajął łóżko naprzeciwko nas i w spokoju zajął się ogarnianiem swoich rzeczy w plecaku, odezwałam się już do Karoliny po polsku. Okazało się, że ów chłopak to nasz rodak. Dalszy wieczór przegadaliśmy po polsku rozmawiając głównie o górach.

W końcu jakieś wspólne zdjęcie ;)

Zachód słońca nad Chopokiem.



Dystans dnia: 15 km
Przewyższenie: 1074 , 624
Trasa:  útulňa Ramža -  sedlo Čertovica  – Rovienky – Chata M.R.Štefánika pod Ďumbierom -1740 m.n.p.m




piątek, 3 sierpnia 2018



Tuż po śniadaniu, wyruszyłyśmy w stronę Dumbiera 2046 m n.p.m – najwyższej góry całych Tatr Niżnych. Już od rana można było oddychać pełną piersią. Dwa dni spokoju od burz – ta wizja była tak cudowna, że nie mogłyśmy uwierzyć, że udało nam się idealnie spasować najciekawszy etap naszej wędrówki z piękną pogodą. W lecie nie ma co liczyć na tydzień słonecznej aury, zawsze jest duże ryzyko wystąpienia burz. Te dwa dni, które dopiero były przed nami, do reszty nas wychillowały. Każda przełęcz, każdy kolejny wierzchołek był pretekstem do ściągnięcia plecaka z ramion i po prostu położenia się na trawie w celu napawania się górskimi widokami, które można było podziwiać w 360 stopniach. 

Widok z tarasu schroniska o poranku.

Na podejściu na Dumbier, przemknęło nam małe stado kozic. Niestety kopytne były na tyle sprytne, że nie dały się złapać na zdjęciu.

To nie wina obiektywu. Krzyż jest naprawdę krzywy.

Ze szczytu - panorama na Tatry.

Kolejna panorama.

Gdy zaczęło się zagęszczać na szczycie, zeszłyśmy z powrotem do punktu gdzie prowadzi dalej szlak czerwony. Po około godzinie siedziałyśmy już w Kamiennej Chacie pod Chopokiem, zagryzając struclę i popijając kolejny kufel Kofoli. Okolice Chopoka bywają często tłumne z powodu pobliskiej kolejki, która na pełnych obrotach wwoziła od rana kolejne osoby. Większość kręciła się na przestrzeni max 10 km, więc gdy zeszłyśmy z Dereszy – kolejnego skalistego szczytu na naszym szlaku, ilość osób spotkanych na ścieżce wróciła do normy. Dalsza wędrówka głównym grzbietem nie była forsowna. Deniwelacja wynosiła maksymalnie 150 metrów, więc zanim na dobre odczułyśmy kolejne podejścia, już zdobywałyśmy kolejne wierzchołki widniejące na mapie.

Niedawno wyremontowane schronisko jest utrzymane w nowoczesnym, ale ciepłym klimacie.

Przy takim spokoju, pięknej pogodzie i rozległych widokach, brakuje słów by opisać proces jaki dzieje się w duszy. Istne karmienie najsmakowitszymi łakociami!














Chabenec 1955 m n.p.m to kolejny szczyt, z którego rozpościerają się fantastyczne widoki. Również na nim zrobiłyśmy sobie dłuższą przerwę. Z jego wierzchołka wzbił się w powietrze paralotniarz, który krążył przez chwilę nad naszymi głowami. Gdy złapał dobrą nośność, odleciał w stronę Chopoka. 

Kolejny szczyt z głównej grani zdobyty!

Paralotniarz.

A tak wygląda dalsza droga.

Najwyższe szczyty Tatr Niżnych - Chopok oraz Dumbier.

Przy tak zwanej „złotej godzinie”, kiedy słońce ubiera krajobraz w ciepłe barwy, udałyśmy się w stronę naszej dzisiejszej mety - útulňi Ďurková. Chata ma swojego gospodarza. Spanie w niej to symboliczny koszt 5 euro. My zdecydowałyśmy się znowu na namiot, który rozstawiony, szybko zgubił wilgoć i ostatnie krople na tropiku. 

Same na szlaku.


Do chatki już blisko!

Czworonożny mieszkaniec chatki.

Kolejny biwak na trasie.


W odległości około 200 metrów od chaty jest dostęp do źródła. Jego lokalizacja jest na tyle wygodna, że niektórzy po kilku dniach ciągłej wędrówki, zdecydowali się nawet na szybki prysznic w kuckach ☺

Patrząc na ilość osób, która planowała zanocować w chatce, cieszyłyśmy się że targamy namiot na plecach.

Widok z namiotu.



Dystans dnia: 18 km
Przewyższenie: 1190 ↑, 1288 ↓
Trasa: Chata M.R.Štefánika pod Ďumbierom 1740 m.n.p.m – Ďumbier 2043 m n.p.m – Chopok 2024 m n.p.m – Dereše 2004 m n.p.m – Chabenec 1995 m n.p.m– Útulňa pod Chabencom  Ďurková (1623 m n.p.m)



sobota, 5 sierpnia 2018



Ponieważ chata leży troszkę poniżej szlaku, po zwinięciu biwaku i dopięciu po raz kolejny klamer od pasów biodrowych naszych plecaków (odczuwalnie już lżejszych!) podeszłyśmy z powrotem na główny grzbiet. Przed nami były do zdobycia kolejne wierzchołki. Velka Chochul'a 1753 m n.p.m najbardziej zapadła nam w pamięć, ze względu na swoją nazwę. Mi osobiście skojarzyła się z jakąś wredną jędzą z bajki. Góra nie okazała się być taka zła. Ugościła nas kolejnymi pięknymi widokami.

Od rana słoneczna pogoda!



Nasza wiedźma zdobyta!

Muchomorki na szlaku.


Zejście na przełęcz, na której będziemy biwakować.

Teoretycznie mogłybyśmy dzisiaj dojść już do mety w Donovalach, ale musiałybyśmy czekać do 3 w nocy na autobus do domu. Na przełęczy Hiadelskiej (Hiadeľské sedlo), na której również znajduje się schron w postaci wiaty z poddaszem oraz dostęp do źródła wody, postanowiłyśmy spędzić naszą ostatnią noc w Tatrach Niżnych, a już końcowy odcinek szlaku zostawić sobie na jutro. Zjawiłyśmy się na przełęczy stosunkowo wcześnie, bo już o 16:00. Początkowo zapowiadało się, że będziemy same, ale z biegiem godzin zaczęli przychodzić kolejni trekkingowcy. Na przełęczy znajduje się według nas najlepsze źródło (jakość wody i ukryta lokalizacja z miejscem na rozstawienie potrzebnych rzeczy). Wykorzystując bycie samym w okolicy, szarpnęłyśmy się na „prysznic” z uwzględnieniem miejsc strategicznych. ☺ Jedna stawała na czatach niczym surykatka, a druga szybko ogarniała co trzeba. Ja nawet zdecydowałam się na umycie włosów. W ogóle to był „prysznic” klasy premium, ponieważ z racji ostatniego już dnia biwakowego, wiedziałyśmy, że mamy jeszcze sporo gazu do dyspozycji. Dla podniesienia komfortu, podkręciłyśmy sobie trochę temperaturę wody, mieszając wrzątek bezpośrednio z wodą ze źródła.


Piękne i pachnące wróciłyśmy z powrotem w okolice przełęczy, przez którą przebiegają dużych rozmiarów słupy energetyczne. Rozbiłyśmy namiot, a że wieczór był ciepły i bezwietrzny, posłania wylądowały na zewnątrz. Na przełęcz docierali kolejni wędrowcy, my natomiast leżałyśmy sobie odświeżone i wyluzowane, wyjadając zapasy żarcia w postaci kisielków, budyniów i innych kaszek. Nasza przygoda z granią Tatr Niżnych powoli dobiegała końca, a wraz z nią i dobra pogoda. Niedziela od samego rana zapowiadała się deszczowa. Miałyśmy czas do 9:00 by zdążyć na metę przed zmoknięciem. Według wyliczeń pozostało nam jeszcze około 3 godzin wędrówki, a nasz autobus z Donovaly odjeżdżał kilka minut po 10-tej. 

Kisielek Party!

Ostatni biwak na szlaku :(



Dystans dnia: 18 km
Przewyższenie: 735 ↑, 1266 ↓
Trasa: Útulňa pod Chabencom (Ďurková) – Latiborská hoľa 1643 m n.p.m – Veľká Chochuľa 1753 m n.p.m – Prašivá 1652 m n.p.m – Hiadeľské sedlo



niedziela, 5 sierpnia 2018 



W ostatni dzień musiałyśmy się sprężyć z pakowaniem i śniadaniem, dlatego zgodnie z ustaleniami jeszcze przed 6 rano byłyśmy gotowe by wyruszyć na szlak. Rzeczy do spakowania było już niewiele. Przez ostatnie dni doszłyśmy do perfekcji ze zwijaniem i pakowaniem namiotu do pokrowca czy upychaniem ogólnych rzeczy osobistych do plecaka. Zawsze rano załączałam telefon, by odczytać wiadomość z najświeższymi prognozami. Niestety oprócz informacji o pogodzie, tym razem otrzymałam od naszego „Centrum Kryzysowego” jeszcze jedną, niestety bardzo smutną wiadomość. W Tatrach zginął mój i Damiana dobry kolega, któremu kilka lat temu pokazaliśmy górski świat. Obryw skalny spowodował śmiertelny w skutkach wypadek. Szykowałyśmy się do wymarszu, a ja wciąż nie mogłam uwierzyć w tę wiadomość. Na tym ostatnim już odcinku do Donovaly miałam wrażenie jakby ciężar tych cholernych skał spoczął na moim sercu.

Ostatnią wędrówkę rozpoczynamy od ostrego podejścia. W dole przełęcz na której biwakowałyśmy.

Podejście na Kozí chrbát 1330 m n.p.m.

Ostatni szczyt. Z niego już tylko zejśćie do Donovaly.

Widać Donovaly!

Gdy wyszłyśmy na ostatni, asfaltowy odcinek szlaku, zaczęło padać. Przekroczyłyśmy bramę z napisem Donovaly. Doszłyśmy do mety! Dałyśmy sobie świetnie radę lepiej niż nie jeden męski team spotkany na szlaku.

Koniec!

W Donovalach miałyśmy do dyspozycji jeszcze zapas czasu. Wykorzystałyśmy go na zrobienie zakupów słowackich słodyczy, a w pobliskiej knajpie zjadłyśmy drugie śniadanie. Nasz Flixbus przyjechał do Donovaly na czas. Będąc jeszcze na przystanku, zgodnie stwierdziłyśmy, że to nie koniec naszej przygody ze słowackimi górami. Stanowczo wzrósł nam apetyt. Tatry Niżne smakowały znakomicie, ale przecież o to chodzi by poznawać nowe smaki, więc zaczęłyśmy snuć plany o kolejnym wyjeździe.

Podróż do Krakowa minęła nam bez problemów, chociaż gdy rozczytałam się w wiadomościach o wypadku, które zaczęły pojawiać się na różnych portalach, ciężar uciskający serce, zwielokrotnił się, powodując po prostu eskalację wielkiego żalu i smutku.

W Krakowie miałyśmy przesiadkę, około 1,5 h czekania na autobus do Wrocławia. Egzystując prawie przez tydzień w ciszy, z dala od ludzkich skupisk, ciężko było nam się odnaleźć w tej cywilizowanej dziczy panującej w obrębie dworca.



Dystans dnia: 9 km
Przewyższenie: 483 ↑, 622 ↓
Trasa: Hiadeľské sedlo – Kozí chrbát 1330 m n.p.m – Donovaly



Z tygodniowego pobytu wróciłyśmy mega wypoczęte i pełne energii, mimo iż w nogach miałyśmy przewędrowane ponad 90 km, a sumując wszystkie dni na szlaku, pokonałyśmy prawie 6000 m przewyższenia!



Poradnik oraz przydatne informacje i przemyślenia:

  • Dysponowałyśmy papierową mapą wyd. Compass Tatry Niżne w skali 1:50 000. Na mapie są zaznaczone źródła. Przy każdym schronie w którym spałyśmy był w niedalekiej odległości dostęp do wody.
  • W dobie smartfonów i roamingu na przesył danych komórkowych warto zainstalować aplikację z mapą offline. My używałyśmy „Mapy Turystycznej”, która sprawnie wyprowadzała nas na właściwą ścieżkę, gdy zgubiłyśmy szlak. Łatwiej też dzięki aplikacji planować dystans dnia.
  • Na śniadania i obiado-kolacje jadłyśmy dania liofilizowane. Wiem, że ich koszt jest większy niż zupki chińskiej, ale warto w budżecie wyjazdu zawrzeć ich zakup. To nie tylko pełnowartościowy posiłek, ale także mniejszy ciężar do noszenia, w stosunku do np. słoików i konserw. Plecy na pewno wam za to podziękują. W czasie drogi wzmacniałyśmy się batonami, ciasteczkami typu „Belvita”, owocami suszonymi. Mając trochę euro w kieszeni na całej trasie są też miejsca z dostępem do normalnego jedzenia: schron Andrejcova (piwo, zupa), przełęcz Czertowica (kilka knajp), dwa schroniska w niedalekiej od siebie odległości (schronisko Stefanika oraz Kamenna Chata – szeroki wybór), schron Durkova (piwo, zupa).
  • Dylemat od zarania dziejów: Jaką zabrać ilość wody? Ja używałam bukłaka, do którego wlewałam maksymalnie 1,5l wody – w zależności od tego jak miał wyglądać dzień, często wody wlewałam też mniej. Dodatkowo miałam ze sobą 0,5l butelkę wody do rozpuszczania tabletek typu izotonik. Na trekking zabrałam ze sobą jedną tubkę Litorsala.
  • Z racji tego, że byłyśmy dwie, sprzęt wspólny do noszenia podzieliłyśmy, zachowując w miarę taką samą wagę. Wyszło około 2 kg na głowę. Mi przyszło nosić tropik oraz sypialnię namiotu. Karolina nosiła maszty od namiotu i śledzie, kuchenkę gazową typu Jetboil, kartusz z gazem oraz mini apteczkę.
  • Kuchenkę odpalałyśmy dwa razy: rano do śniadania oraz wieczorem do obiado-kolacji, średnio gotując za każdym razem około 1l wody, który starczał nam na zalanie dań liofilizowanych. Kartusz z gazem o pojemności 240g w takim trybie spokojnie wystarczył - czyli gotowanie 1l wody do wrzątku - dwa razy dziennie, przy warunkach letnich, raczej bezwietrznych.
  • Miałam duży dylemat w jakich butach przejść te 90 km. Ostatecznie zdecydowałam się zabrać sandały z ochroną palców oraz buty trailowe. Lato obfituje w częste występowanie burz. Bałam się przemoczenia butów, ale jak się okazało, przy dużych ulewach tylko gumiaki by się w takich warunkach sprawdziły. Plusem trailówek było to, że nawet jak przemokły, to gdy tylko przygrzało trochę słońce, w szybkim tempie wysychały. Dzięki butom trailowym czułam niesamowitą lekkość na szlaku. Teren nie jest trudny techniczne, szlak prowadzi po normalnych górskich ścieżkach – trochę błota, ziemia, piach, kamienie, korzenie. Spisały się na medal! Po zakończonym dniu wędrówki w ogóle nie odczuwałam zmęczenia i spokojnie mogłabym jeszcze przejść kolejne kilometry!
  • Rzecz o ciuchach. Mój zestaw startowy, który miałam na sobie to: bielizna, koszulka z krótkim rękawem, krótkie spodenki, cienkie skarpety, buty trailowe. Z dodatkowej odzieży zabrałam: 2x koszulka z krótkim rękawem, nogawki kolarskie, kurtka puchowa 1x, wiatrówka 1x (mała po spakowaniu), kurtka przeciwdeszczowa 1x (także mała po spakowaniu), 1x cienkie skarpety, 1x grubsze skarpety – przeznaczone raczej do zakładania do spania, majtki 2x, sandały. Sprzęt: czołówka, kije, materac dmuchany, śpiwór puchowy na okres wiosna-lato, mini kosmetyczka, mini ręcznik, buff, opaska, pokrowiec przeciwdeszczowy na plecak, aparat, telefon, okulary.
  • Przejście grani można rozplanować z mniejszą ilością sprzętu – mam tu na myśli nie zabieranie namiotu, który stanowi główny ciężar całego bagażu. Można nastawić się na spanie tylko w schronach i schroniskach lub zamiast namiotu spać pod tarpem. 






16 komentarzy :

  1. No nie! Najpierw Mus Mozołu przeszedł GSB, a teraz Wy zrobiłyście grań Niżnych Tatr! Oba od dawna przeze mnie planowane i wiecznie odkładane na lepsze czasy! Widzę, że muszę w końcu rozprawić się z tematem: i jednym, i drugim ;) Gratuluję świetnego przejścia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie, ten rok w końcu okazał się tym "lepszym czasem" bo i Niżne udało się w końcu zrealizować jak i MSB --> http://www.skadinagrani.pl/2018/06/may-szlak-beskidzki-na-rowerze.html Dwa dłuższe projekty :) Ale w głowie są już następne ;)

      Usuń
  2. Tatry Niżne są wspaniałe, muszę się tam znowu wybrać. Hmmm...może jutro? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się teraz marzy jakaś dłuższa wycieczka skiturowa lub rowerowa w Niżnych :D

      Usuń
  3. No co można napisać - rewelacja :D Świetna przygoda, piękne zdjęcia i kojąca (przynajmniej dla mnie) informacja o butach. Już byłem je przymierzać :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jak wrażenia z przymiarki? ;) Pamiętaj by brać rozmiar większe! Ja noszę na co dzień 36, te trailówki mam 37, akurat jest miejsce na palce podczas schodzenia...

      Usuń
  4. Dodałam komentarz i zniknął, więc piszę jeszcze raz. Super relacja i wyprawa, tylko te burze mnie przerażają, ostatnio coraz bardziej się ich boję. Na Tatry Niżne napaliłam się już po relacji Morgusia, a teraz jeszcze bardziej.Niestety, urlopu już nie starczy ( a raczej starczy, tylko wiecej mi w pracy nie dadzą)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, na graniówkę trzeba już wziąć ten tydzień urlopu, z tego też powodu tak trudno mi było przez tyle czasu znaleźć chętne osoby na wyjazd.

      Usuń
  5. Fajna przygoda !
    Całkiem sprawnie poszło Ci ogarnięcie relacji z tak długiego wypadu. Ja mam z Niżnymi doświadczenie tylko czysto rowerowe ;)
    No i brakuje mi jakiś późno wieczornych lub nocnych zdjęć !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha wiedziałam, że wspomnisz o nocnych zdjęciach! Chciałam robić, co prawda bez statywu... ale samej ciężko było mi się mobilizować by wyłazić z namiotu... Jednak z kimś kto też foci jakoś tak łatwiej. Poza tym, mój kit po naszych zimowych Karkonoszach niestety nie doszedł do siebie. Raz ostrzy raz nie, więc jedynym pewnym obiektywem jest ta moja stałka 35mm, którą miałam na wyjeździe. Zastanawiam się co z tym zrobić. Może byś polecił jakiś obiektyw szerokokątny (broń Boże rybie oko!) w rozsądnej cenie? ;) Jak schodziliśmy do Donovaly to mijałyśmy trasy MTB, chyba niedawno był nawet jakiś maraton "Donovalsky drapak". W ogóle chętnie bym się tam pojawiła z rowerem. Nawet w okolicach grani przewinęło się kilku rowerzystów na fullach.

      Usuń
    2. Dobre szkło i w przystępnej cenie pod matrycę APS-C Tokina 11-16 mm f/2,8. Fajne jasne szkło. Są też Tamrony i Sigmy, ale ciemniejsze.
      Ja Niżne tylko rowerowo. W szczególności okolice Kralovej H. :)

      Usuń
  6. Jestem pod wrażeniem, brawo :). Może kiedyś uda się zrealizować takie przejście. Szlaki długodystansowe zawsze nas interesowały. Pozdrawiamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie! Jesteście dużo bardziej doświadczeni w wielodniowych wędrówkach niż ja! Koniecznie musicie zawitać w Niżne! Tak sięgając pamięcią wstecz to jakoś wcześniej nie wędrowałam tak długo z całym dobytkiem na plecach. Ten wyjazd to był mój debiut jeżeli chodzi o taki rodzaj wyjazdu :D

      Usuń
  7. Super wyjazd. Jak widać sam dojazd nadal nie jest najłatwiejszy i jeden dzień trzeba liczyć. Miałem tak samo jak tam jechałem.

    Pogoda, jak na letnie standardy, bardzo dopisała. Na drugiej części trasy (Ďumbierske Tatry), gdzie są najwyższe szczyty, pogoda dopisała :) Na pierwszej części też nie było tak źle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, dojazd wciąż jest logistycznym wyzwaniem, zwłaszcza jeżeli tak długa trasa nie tworzy pętli, ale sam wiesz że warto bo Niżne są super ;)

      Usuń
  8. Piękno tego graniowego szlaku w pełni wynagradza cały poniesiony trud. Kiedyś go przeszliśmy i marzenie wciąż pozostaje by przejść go po raz drugi, może w drugą stronę, ale nie koniecznie – może być w tą samą stronę. Niżne Tatry trudno scharakteryzować, bo występująca w nich różnorodność jest ogromna, przerosła to czego się spodziewaliśmy. Z każdym pokonanym wierzchołkiem widzieliśmy nowe wcielenie piękna krajobrazu i przyrody. Znakomite panoramy właściwie nie odstępowały nas na krok. Miło jest wspomnieć poprzez Twoją relację tamte dni. Gratulujemy Wam przejścia w podobnym stylu, choć nie było nam dane wyciągać namiotu z plecaka (trochę baliśmy się niedźwiedzia ;).
    Z Krakowa dojazd jest chyba niezły przez Poprad, który jest punktem przesiadkowym zarówno od strony Donovaly, jak i Telgart, ale też trzeba na to poświęcić oczywiście kolejny dzień. Takie jest jednak życie podróżnika i wędrowcy. Pozdrawiamy.

    OdpowiedzUsuń