5 lutego 2020

SCHRANKOGEL - trzytysięcznik dla początkujących


Czy zdobycie alpejskiego trzytysięcznika dla osoby mieszkającej w Polsce, może być równie proste logistycznie, co wejście na Rysy? Czy przekroczenie magicznej „trójki z przodu” musi wiązać się ze żmudnymi przygotowaniami kondycyjnymi, braniem tygodniowego urlopu, zakupem dodatkowego sprzętu? Czy musi się to wszystko ocierać o wycieczkę mającą w sobie co nieco z wyprawy? Otóż nie! I nie musi to być zaraz „naciągany”, najmniejszy trzytysięcznik, lecz „z krwi i kości” pięknie prezentująca się góra! W dodatku jeszcze nietknięta dobrami cywilizacyjnymi takimi jak wyciągi z całym swoim zapleczem zaburzającymi naturalny krajobraz.



Sama niedawno stanęłam przed problemem znalezienia góry do zrobienia na szybko, bez lodowcowych niebezpieczeństw i bez zbędnych ułatwień. Rozpoczęłam przeszukiwanie kolekcji alpejskich map i przewodników. Cel: znaleźć ambitny, ale łatwy trzytysięcznik na weekend, z którym poradzi sobie osoba nie mająca alpejskiego doświadczenia. Znalazłam! Schrankogel 3497 m n.p.m leżący w Alpach Sztubajskich idealnie spełnił wszystkie wymagania!


Dlaczego Schrankogel jest fajny i według mnie jest dobrą opcją na pierwszy
 trzytysięcznik dla ambitnych początkujących?

  • Jest to drugi co do wysokości szczyt Alp Sztubajskich. 
  • Ma masywny, regularny kształt piramidy - dobrze się prezentuje!
  • Prowadzi na niego znakowany szlak (dla początkujących to bezpieczna opcja!).
  • W okolicy nie ma wyciągów i całego zaplecza gastronomiczno-hotelarskiego; można więc cieszyć się naturalnym krajobrazem!
  • Dla osób mieszkających w południowo-zachodniej części Polski wyjazd spokojnie można zorganizować na trzy dni!
  • Jest możliwość zanocowania w prawdziwym, alpejskim schronisku!
  • Wejście na wysokość prawie 3500 m n.p.m!
  • Nie ma potrzeby zabierania sprzętu lodowcowego. W okresie pełni lata zazwyczaj wejście drogą normalną ma charakter typowo skalny*.
  • Smaczku dodaje fakt, że wejście ma jedno punktowe miejsce wycenione za I oraz kilka bardzo krótkich odcinków eksponowanych, ale naprawdę nie powinno to odstraszyć osób, które ogarnęły najtrudniejsze szlaki w Tatrach.
  • Góra mimo wszystko swój lodowiec ma, tylko że od strony północnych ścian.
  • Przy dobrej kondycji można wejść na szczyt w jeden dzień.
  • Oferuje rozległe widoki! Ze szczytu widać m.in Ruderhofspitze (3472 m n.p.m), Wilder Freiger (3418 m n.p.m), Wildspitze (3772 m n.p.m)  czy prezentujące się w całej okazałości sporych rozmiarów lodowce Schwarzenberg oraz Alpeiner.

na grani może leżeć śnieg (trzeba mieć na uwadze miesiąc w kalendarzu!) i wtedy pod szczytem może być niebezpiecznie, trzeba iść czujnie.


 PLAN NA OGARNIĘCIE 3 TYSIĘCZNIKA W 3 DNI BY SKADI 


W całym przepisie na Schrankogel będzie dominować liczba 3 (z resztą moja ulubiona – zwłaszcza w szkole😅). Poniżej lista krok po kroku co trzeba zrobić. Załóżmy, że robimy wyjazd w stylu przedłużonego weekendu. Mamy do dyspozycji 3 dni czyli piątek, sobotę i niedzielę.

  1. Zbieramy ekipę. By wyjazd wyszedł w miarę ekonomicznie wystarczą już trzy osoby!
  2. Potrzebne jest sprawne auto, które dojedzie i wróci z Austrii. Najlepiej spisze się diesel.
  3. Sprawdzamy prognozę pogody i warunki. Kamerki internetowe mogą być bardzo przydatne. Jeżeli mamy wątpliwości zawsze można zadzwonić lub wysłać maila do schroniska z zapytaniem! Jeżeli nic nie wzbudza naszych obaw, przechodzimy do następnego kroku.
  4. Bierzemy urlop (kto musi😉).
  5. Przed wyjazdem warto załatwić rezerwację w schronisku Amberger Hütte (wysłać maila bądź zadzwonić), zwłaszcza w okresie pełni lata. Najtaniej wyjdzie opcja spania w Lagerze (sala zbiorowa) z pokazaniem karty Alpenverein (50% zniżki!) - cena noclegu powinna być w granicach 10-12 euro! Przy opcji spania w schronisku warto ze sobą zabrać klapki oraz śpiwór, a jeszcze lepiej samą wkładkę do śpiwora bo jest lżejsza, mniejsza, a nic cieplejszego na jedną noc nie potrzeba.
  6. Oprócz ekwipunku, który będziemy nieść ze sobą, do auta wrzucamy sprzęt campingowy. Pierwsza noc będzie na polu namiotowym!
  7. W piątek rano wyruszamy do Austrii i dojeżdżamy do miejscowości Huben. Z Wrocławia jest to ok 900 km (10h). Dobrze jakby w ekipie było przynajmniej dwóch sprawdzonych kierowców by móc się wymieniać za kółkiem. Wieczorem, na campingu Öetztaler Natur Camping rozbijamy się na jedną noc. 
  8. W sobotę opuszczamy camping i jedziemy z Huben przez Längenfeld do wioski Gries im Sulztal. To raptem 10 km (15 min)! Najlepiej oczywiście wyruszyć wcześnie rano.
  9. Parkujemy samochód na bezpłatnym parkingu, który znajduje się na końcu wioski.
  10. Ruszamy szutrową drogą w stronę schroniska Amberger Hütte. Zajmie to ok 2h, a do pokonania będzie 563 m w górę.
  11. W schronisku możemy zrobić przerwę na drugie śniadanie i ewentualnie załatwić nocleg w wariancie bez wcześniejszej rezerwacji. W tzw niskim sezonie i zwłaszcza poza weekendem nie powinno być problemu z dostaniem wolnego łóżka.
  12. Po krótkiej przerwie ruszamy w stronę szczytu, zgodnie z kierunkiem żółtych tablic informacyjnych oraz maźniętych w terenie czerwonych kresek bądź kropek.
  13. Po około 4-5h i pokonaniu 1361 m w górę zdobywamy swój pierwszy trzytysięcznik!
  14. Wracamy po tych samych śladach z powrotem do schroniska.
  15. Późnym popołudniem bądź wczesnym wieczorem, w schronisku pijemy zasłużone piwko i konsumujemy jakiś ciepły posiłek. Z uśmiechem na ustach i rozpierającą dumą idziemy spać.
  16. W niedzielę opuszczamy schronisko i tą samą drogą szutrową meldujemy się na parkingu przy aucie. Zajmie to około 1,5 h. Chwila na oddech, bo przed nami powrót do Polski. Wieczorem jesteśmy w domu.
  17. Kładziemy się do własnego łóżka, a w poniedziałek na pełnej naładowanej baterii możemy iść do pracy (kto musi 😉).

Ten scenopis naprawdę jest do zrealizowania na żywo, czym postaram się udowodnić w relacji z naszego wejścia na Schrankogel. W zespole była osoba, która od dawna marzyła o swoim pierwszym trzytysięczniku i na całej trasie dała sobie świetnie radę! Pewnie można się przyczepić, że więcej w tym planie jest jazdy samochodem niż samych gór. No cóż, nie zaprzeczę,że trasa jest długa, ale jeżeli ktoś naprawdę chce spełniać marzenia to nie szuka wymówek. Jak na razie nie zanosi się, by w Polsce wyrósł jakiś trzytysięcznik...

Lokalizacja miejscowości Huben w Austrii.

Przejazd z Huben do Gries.

Pierwszy etap. Dojście do schroniska.

Trasa ze schroniska na Schrankogel.

Uważam, że jak na tak krótki czas (3 dni!), wszystko rozplanowane jest z głową. Odległość, którą spędzimy za kółkiem, przy założeniu, że jedzie dwóch w miarę wprawionych kierowców, nie powinna być uciążliwa. Również kwestia noclegów rozwiązana jest tak, aby nie iść w góry ani nie wsiadać za kierownicę będąc niewyspanym.


Ile kosztuje trzytysięcznik w trzy dni? Wyjazd został opracowany na styl budżetowy, ale bez cebularstwa. Wszystkie wydatki na wyjeździe opłacała jedna osoba, która po powrocie przedstawiła rozliczenie. W opcji 3-os teamu, na głowę wyszła kwota troszkę ponad 300 zł. Na "paragonie" jest zawarte paliwo, opłata za jedną noc na campingu, opłata za jedną noc w schroniskowym Lagerze oraz wieczorny posiłek w schronisku (zupa + radler).

Rachunek za trzytysięcznik.

Na dowód, że da się to wszystko zorganizować, zapraszam do relacji z naszego wejścia na Schrankogel w formule 3K w 3 dni.



piątek, 27 września 2019



Rok 2019 mocno zapisze się jako ten, który zdominowany będzie przez Alpy. Latem, na przełomie czerwca i lipca razem z moją kumpelą podjęłyśmy się wyzwania przejścia długodystansowego szlaku Adlerweg. W ramach urlopu spędziłyśmy w Austrii ponad 2 tygodnie. Nie sądziłam, że dwa miesiące później układ gwiazd, który odpowiada za przychylność dojścia do skutku jakiegoś górskiego wyjazdu (muszę mu w końcu wymyślić jakąś nazwę), ułoży się w taki sposób, że razem z Marcinem i Ulą (debiutantką w temacie trzytysięczników) będę siedzieć w samochodzie z nawigacją ustawioną ponownie na Austrię. Schrankogla w ogóle nie brałam w swoich górskich planach pod uwagę w najbliższym czasie. To znaczy ja myślałam o tej górze już od dawna, ale szczyt leżał sobie spokojnie w górskiej szufladce z napisem „kiedyś”. Wyjazd w Alpy zrodził się tak naprawdę z chęci wejścia na trzytysięcznik nowej towarzyszki.

Na pokładzie standardowo pojawił się również Marcin, który już jest stałym kompanem i uczestniczył niemal we wszystkich przełomowych górskich wyjazdach. To właśnie razem z nim i Damianem przekroczyłam kilka dobrych lat temu magiczną barierę 3000 m n.p.m. By spełnić to marzenie, naszym łupem stał się Habicht – również szczyt leżący w Alpach Sztubajskich. Tamten wyjazd jednak odbył się w oblężniczym stylu i choć wspomnień i przeżyć nikt nam nie odbierze, to drugi raz w takiej formule zdobywania tego typu góry nie chciałabym jakoś szczególnie uczestniczyć...😉

Około godziny 17-tej zajechaliśmy do Huben na camping Öetztaler Natur Camping. W recepcji bez problemu załatwiliśmy wszystkie formalności (można było zapłacić kartą). Obsługa biegle mówiła po angielsku. Wybraliśmy miejsce dla rozbicia namiotu, które spełni wymagania bliskości dostępu do auta oraz sanitariatów.

Camping ma swój klimacik i jest bardzo zadbany. Sanitariaty są odpicowane, z grającą muzyczką w tle. Muszę przyznać, że na kilku campingach w Austrii już nocowałam, ale ten na chwilę obecną w rankingu wysunął się na pierwsze miejsce, biorąc pod uwagę stosunek ceny do warunków, zaplecza i lokalizacji. Bardzo polecam(y)!

Jeszcze po jasnemu udało się nam ogarnąć kolację, a przy zapadającej szarówce spakować plecaki szturmowe na jutrzejsze wyjście. Rzuciliśmy jeszcze raz okiem na trasę, co by każdy w zespole miał pojęcie jak wygląda na mapie teren w obrębie Schrankogla. Ustaliliśmy pobudkę na 5:00. Ustawiliśmy budziki w telefonach i schowaliśmy się w namiocie, starając się jak najefektywniej przespać noc.



sobota, 28 września 2019



Jeszcze długo przed wschodem słońca jako pierwsi obudziliśmy się na campingu. Standardowe czynności takie jak toalety, końcowe pakowanie czy gotowanie śniadania udało się zmieścić w zaplanowanym czasie. Bez dbania o drobiazgowość, zwinęliśmy namiot oraz maty, które następnie wylądowały w bagażniku. Po spakowaniu pozostałych rzeczy, podjechaliśmy 15 minut autem do wioski Gries im Sulztal, z której rozpoczyna się droga na szczyt. Na bezpłatny parking zajechaliśmy kilka minut po 6-tej. Przy świetle czołówek wyruszyliśmy w górę szutrową drogą, która miała nas doprowadzić do schroniska Amberger Hütte. Po około godzinnym marszu, nastąpił przymglony wschód słońca, który rozjaśnił, dotychczas ubrane w ciemne barwy, otoczenie.  

Początek w ciemnościach. Aura o tej porze dawała znać już o zbliżającej się wielkimi krokami jesieni. W dwóch słowach - było rześko.

Droga do schroniska.

Figurka drewnianego orła przy schronisku.

Widok na Dolinę Sulztal. Zapodaje jakimś kadrem z filmu...

Amberger Hütte 2135 m n.p.m

Droga do schroniska ma bardzo przyjemny profil nachylenia, stąd udało się nam złamać granicę przemierzenia trasy poniżej 2 godzin. W progu schroniska zjawiliśmy się w okolicach godziny 8:00. W jadalni właśnie było serwowane śniadanie. Odnalazłam gospodarza by zaklepać na dzisiaj miejsce w Lagerze. Po przewertowaniu kilku kartek w kalendarzu, otrzymaliśmy zapewnienie, że w pokoju będą na nas czekać trzy wolne materace. Gospodarz zapytał się czy idziemy w góry. Odpowiedzieliśmy, że planujemy wejść na Schrankogel. Otrzymaliśmy informację, żebyśmy byli ostrożni, bo w najwyższych partiach góry, leży już śnieg. Wpisaliśmy się do książki wyjść i wyszliśmy na zewnątrz w celu odnalezienia żółtych tablic informacyjnych, a następnie ruszyliśmy po wąskiej ścieżce pnącej się w górę doliny. 

W dolinę zaczęła się wtłaczać ogromna chmura!

Wchłonie nas ta chmura czy nie?

Ogromna chmura oszczędziła jednak "czubki" okolicznych szczytów.

Intuicja podpowiadała nam, że ta wielka chmura nie odbierze nam widoków ze szczytu, a wręcz przeciwnie - doda tylko dynamiki tworząc niezapomniany górski warun.

Ucieczka przed  chmurą.

Sukcesywnie zdobywamy wysokość.

Na chwilę zrobiło się mhrocznie. 

W stronę światła.

Nördliche Wildgratspitze 3330 m n.p.m.

Na pułapie około 2600 m n.p.m, w niedalekiej odległości od jeziorka Schwarzenbergsee stoi kolejny słup z żółtymi tablicami. Wybraliśmy szlak skręcający mocno w lewo. Mijając co jakiś czas mniejsze, to większe kopczyki dotarliśmy na małe wypłaszczenie. To miejsce na mapie kryje się pod nazwą Hohes Egg 2820 m n.p.m. i doskonale nadaje się na odpoczynek. My jednak z racji rozsądnego gospodarowania czasem w stosunku do osiągniętej obecnie wysokości, bez robienia przerwy rozpoczęliśmy najbardziej absorbujący i czujny etap z całej dzisiejszej rajzy.

Wybieramy drogę przez "Hohes Egg"

Na podejściu na Hohes Egg udało się nam utrzymać całkiem dobre tempo!

Schrankogel muśnięty chmurami.

Jeziorko Schwarzenbergsee.

Charakterystyczne kopce kamienne w drodze na Hohes Egg.

Z ziemistej ścieżki...

... przeszliśmy na kamienistą.

Za naszymi plecami wciąż rozgrywał się spektakl!

No to do góry!

Z Hohes Egg próbowaliśmy dostrzec w jaki sposób prowadzi dalej szlak. W pełnej okazałości prezentował się teren, którym teraz mieliśmy z każdym krokiem zwiększać swoją wysokość nad poziomem morza. Na razie droga zapowiadała się na wolną od lodu i śniegu.

Hohes Egg 2820 m n.p.m.

W trakcie wyrównywania oddechu raczyliśmy się widokami, które mieliśmy za plecami. Działo się wiele! Za każdym spojrzeniem przez ramię, krajobraz wyglądał inaczej. A to dzięki chmurom, które były na tyle kulturalne, że nie przysłaniały wszystkiego. 

Lodowiec Alpeiner (Alpeinerferner).

Prosimy więcej takiego górskiego warunu na kolejnych wyjazdach w stylu 3k w 3 dni!

Widok na Dolinę Sulztal oraz lodowiec Sulztal (Sulztalferner).

Pierwszy śnieżek w zakamarkach.

Kolejne spojrzenie za siebie i znowu trochę inaczej!

Zbliżamy się do granicy, gdzie śniegu będzie już tylko więcej.

Z każdym zdobywanym metrem wysokości, śniegu w linii przebiegu szlaku było coraz więcej. Nie było go jednak na tyle dużo, aby był sens zakładania raków. W zastanych warunkach mogłyby tylko jeszcze przeszkadzać. Niesione w plecakach, nie ujrzały więc światła dziennego. 

Późny wrzesień niesie ryzyko pierwszych opadów śniegu.

3000 m n.p.m już przekroczone!

Kopczyki wciąż obecne!

Wspomniane miejsce I. Spokojnie jest się czego złapać.

Podejście zaczęło się przeciągać. Każdy krok stawialiśmy w pełni świadomie. Znaleźliśmy się również już w takim miejscu, gdzie ekspozycja zaczęła rozbudzać naszą wyobraźnię i przynosić myśli wizjonerskie w stylu: „A co by było, gdyby tu mi się noga poślizgnęła”.

Jesteśmy już blisko. Widać krzyż!

Choć obecność śniegu przysporzyła nam trochę stresu, to dodała klimatu zdjęciom. 😉

Weekend marzenie!

Schrankogel - widoki ze szczytu.

Schrankogel - widoki ze szczytu.

Schrankogel - widoki ze szczytu.

Schrankogel - widoki ze szczytu.

Dosłownie ostatnie kroki do szczytu!

Skadi - kierowniczka całego zamieszania. 😉

Ula - szczęśliwa zdobywczyni swojego pierwszego trzytysięcznika.

Marcin - bezproblemowy kompan górski. 😁 

W tamtą stronę też można iść, ale z z racji śniegu uznaliśmy, że wrócimy po własnych śladach. 

Schrankogel - widoki ze szczytu.

Wiedzieliśmy, że w trakcie schodzenia trzeba będzie zachować jeszcze większą czujność. Musieliśmy się pilnować, by nie dać się przypływowi rozluźnienia, dlatego też na szczycie byliśmy krótko.

Rozpoczęliśmy zejście ze szczytu.

Wybór ścieżki ułatwiały wydeptane na podejściu własne ślady.

Jeden z czujniejszych momentów w trakcie zejścia

W kilku punktach szlak prowadzi ściśle granią.

Wioska Gries im Sulztal poniżej chmur.

Bitwa jesieni z zimą.

Ach... spieszmy się podziwiać lodowce, tak szybko topnieją...

Bezpiecznie udało się zejść w bezśnieżny teren. Odetchnęliśmy z ulgą! Gdy znaleźliśmy się już na typowo kamienistym podłożu, każdy w swoim tempie dotarł na Hohes Egg. Na „Jajku”, jak ochrzciliśmy to miejsce, zrobiliśmy dłuższą przerwę. 
Byliśmy już w takim miejscu, z którego do schroniska mogliśmy, w razie potrzeby, spokojnie zejść przy świetle czołówek.

Stres związany z obiektywnymi zagrożeniami, zaczął powoli puszczać.

Podczas przerwy na Hohes Egg.

Tam to się działo!

Do Uli jeszcze nie dotarło, że wlazła na trzytysięcznik.

Dla Marcina był to kolejny trzytysięcznik w górskim CV. 😉

Zdjęcie w stylu: "W obliczu wyzwania".

Pomiędzy Hohes Egg, a schroniskiem Amberger Hütte, każdy sobie nadawał tempo zejścia. Z kolejnym utraconym metrem przewyższenia, zbliżaliśmy się do wiszących w dolinie chmur.  

Już za kilka chwil będziemy poniżej chmur.

Powrót do schroniska.

Kolory jesieni.

Z powrotem w Dolinie Sulztal.


Wpadliśmy do schroniska tuż przez zachodem słońca. W suszarni, kiedy ściągaliśmy buty, kelnerka przyjęła od nas zamówienie, byśmy zdążyli jeszcze coś zjeść przed zamknięciem kuchni. W Lagerze zostawiliśmy plecaki i zeszliśmy do jadalni. Wieczór minął nam na dzieleniu się swoimi osobistymi wrażeniami z wejścia na Schrankogel. Ula wciąż nie dowierzała, że wlazła na trzytysięcznik i spełniła swoje marzenie.


niedziela, 29 września 2019


Po szybkich obliczeniach w trakcie wczorajszej kolacji, wyszło nam, że w niedzielę nie musimy się zrywać wcześnie rano. Budziki zadzwoniły o 7:00 i naprawdę w spokojnym tempie spakowaliśmy się oraz przekąsiliśmy resztki prowiantu jakie pozostawały nam w plecakach. Godzinę później opuściliśmy schronisko. Pomimo, że czekał nas już tylko powrót do domu, to mogliśmy jeszcze cieszyć się pobytem w górach. Przed nami było 1,5h zejścia do wioski Gries i dotarcie do auta, które czekało na nas na parkingu. Jeszcze grubo przed południem wyruszyliśmy w stronę Polski, a w domach zameldowaliśmy się na późną kolację.

Powrót na parking.

Słoneczny poranek.

Zawsze po takich szybkich, celowanych, alpejskich strzałach, mam wrażenie, że doświadczam teleportacji. Przecież jeszcze wczoraj byłam wysoko w górach, a dzisiaj już na marnych 120 m n.p.m. W takich momentach czuję że nie zmarnowałam danego mi wolnego czasu i nie ominęło mnie coś naprawdę fajnego.

Jeżeli chodzi Wam po głowie szybki wypad w Alpy, polecam właśnie Schrankogel według naszego przepisu! W przedstawionej formule 3K w 3 dni sporym atutem jest także elastyczność terminu w stosunku do prognozy pogody. Zawsze łatwiej jest wziąć spontanicznie jeden dzień niż tydzień urlopu. 



4 komentarze :

  1. Bardzo fajny i pomocny wpis, zreszta jak zawsze, jednak troche troc razi to gloryfikowanie tej 3 z przodu. Brzmi to troche takby najwazniejsze byly te 3 tysiace, a nie krajobraz, ludzie , czas na szlaku itp. Nie róbmy z chodzenia po górach takiej pustej rywalizacji, bo później to prowadzi do nieszczęśliwych wypadków. Ja pierwsze słysze o "magicznej trójce" :-) Mimo to, uważam ,że robisz tu świetną robote, pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co kto lubi, z dzisiejszej perspektywy patrzę podobnie jak Ty, ale doskonale pamiętam atmosferę wokół zdobywania pierwszego trzytysięcznika. Dla nas to było wejście w śnieżno - lodowy świat gór wyższych, ten sam świat, do którego przynależą najwyższe szczyty naszej planety. Nie chodzi tu nawet o rywalizację, ta trójka jest symboliczna i w sumie odnosi się głównie do Alp - są wszak góry, gdzie trzytysięczniki mają charakter naszych Tatr, a są zapewne i takie, gdzie na trzytysięcznikach pasą się krowy albo porasta je gęsty las. Ale w naszej "karierze" wejście na Habichta było przełamaniem granicy, za którą są wieczne śniegi i lodowce. Przejście przez drzwi do trochę innego wymiaru, który wcześniej znaliśmy tylko z książek i filmów 🤩

      Usuń
  2. Świetnie zorganizowany wyjazd.Informacje i wszelkie porady ujęte w relacji na pewno będą bardzo przydatne dla osób mniej jak i bardziej doświadczonych pragnących przeżyć swoją przygodę z górami na trochę wyższych wysokościach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Z takiego właśnie założenia wyszłam tworząc ten "poradnik". ☺

      Usuń