1 stycznia 2011

Zimowy Kurs Turystyki Wysokogórskiej 2010



Nowy rok rozpoczął się dla mnie dość spektakularnie. Mówi się nawet, że "Jaki Sylwester, taki cały rok". Ciśnie mi się na usta zmienienie trochę tego porzekadła w moim przypadku. "Jakie pierwsze dni nowego roku, taki nie cały rok". O co chodzi? Może przedstawię mały opis sytuacji. Poprzednich wydarzeń noworocznych nie wspominam  za dobrze. Zaburzenia żołądkowe (nie łączyć z upojeniem alkoholowym!) nie spowodowały na szczęście, że rok 2010 przedstawia mi się obecnie w samych złych statystykach. Wręcz odwrotnie! A jaki będzie rok 2011? Rozpoczął się zerwaniem torebki stawowej stawu skokowego. Czyż to nie przepowiednia, że będzie już tylko lepiej? :) Co ciekawe, taką krzywdę nie wyrządziły mi góry, ale miejskie chodniki. Z bandażami i okładami na nodze wracam jeszcze do końcówki 2010 roku, kiedy to pierwszy raz w życiu trzymało się czekan w ręce i uświadamiało sobie, że śnieg może być punktem asekuracyjnym.




Pomysł skorzystania z dobrodziejstw takiego kursu, wpadł mi i Pawłowi do głowy mniej więcej jeszcze w okresie przedwakacyjnym. Odległość czasowa była trochę zabójcza. Nikt nie myślał wtedy o zimie, ale postanowiliśmy zacząć powoli werbować ludzi, którzy nie koniecznie chcieliby spędzić okres świąteczny przy stole. Ostateczny "team" ukształtował się na początku października. Pięciu śmiałków: Skadi, Kamil, Paweł, Piotrek oraz Witek już w Drugi Dzień Świąt Bożego Narodzenia opuścili ciepłe pomieszczenia z przepełnionymi lodówkami by z własnej nieprzymuszonej woli trochę poegzystować  w wysokogórskim terenie.

Dzień 1. "Linoleum"

Naszą podróż do Zakopanego postanowiliśmy podzielić na dwa etapy. Głównie z przyczyn oszczędzania energii i nie tułania się po nocach pociągami. Dlatego też zatrzymaliśmy się u mojej kuzynki mieszkającej w Krakowie. Dla niektórych, była to pierwsza okazja by zobaczyć dawną stolicę Polski, a dla mnie możliwość skosztowania bardzo dobrego drinka z ogórkiem! Dzień minął bardzo sympatycznie, głównie na graniu w "Boggle", rozmawianiu o muzyce i wyjaśnianiu dlaczego Kamil upodobał sobie słowo "linoleum" :)

Dzień 2. " Lajkonik, brokuły i Holandia"

O 7 rano jesteśmy w autobusie do Zakopanego. Większości udziela się drzemka. Dla mnie, to pierwsza  okazja zobaczenia Tatr wysłanych śniegową pierzynką. Po 9 wsiadamy ze swoimi pakunami na tył busa jadącego do Kuźnic. Krótka przejażdżka bardzo pobudziła wyobraźnię moich kolegów. Rozmawianie na abstrakcyjne tematy to ich specjalność. W połowie zgubiłam wątek rozmowy, więc moje myśli skierowały się na to, że za chwilę czeka nas podejście do  Murowańca i będziemy musieli się pożegnać na parę godzin z ciepłymi pomieszczeniami. Wybraliśmy szlak niebieski na Halę Gąsienicową przebiegający przez Boczań.

 Na rozdrożu szlaków. Przed nami jeszcze 30 minut drogi.

Około 14 docieramy do schroniska, gdzie okazuje się, że pokój dzielimy z kursantami, którzy jechali tym samym busem co my i wysłuchiwali naszych pogaduszek o brokułach i Holandii. Zabawne było również to, że jeden z nich mieszka w tym państwie. Może nie wywarliśmy dobrego wrażenia na początku, jednak po bliższym poznaniu daliśmy się polubić do takiego stopnia, że jeden z nich - Adam -  postanowił do nas dołączyć i przez najbliższe dni wspólnie zmagać się z programem kursu. Dopiero o  godzinie 19, po samochodowych zawirowaniach przyjechali instruktorzy. W szybkim tempie rozdano nam potrzebny sprzęt i przydzielono instruktorów do poszczególnych grup. Nasza ekipa trafiła pod opiekę "Lochnes'a" - sympatycznego instruktora, który  nie ma nic wspólnego z potwornością legendarnego potwora. Historia przydzielenia takiej ksywki do jego osoby musi więc być inna. Na sali wykładowej uczyliśmy się podstawowych nazw sprzętów, bezpiecznego ich użycia czy typów wiązań.

Dzień 3. "Pomarańczowy pocisk".

Pierwsze wyjście w teren. Pierwsze zmagania z mrozem. Tego dnia temperatura wynosiła - 15 °C. Śnieg padał przez cały dzień. Pierwszą część dnia poświęciliśmy na naukę hamowania upadków z wykorzystaniem czekana na pobliskim, malutkim stoku.  Symulowaliśmy upadek przy pomocy bezpiecznego dupozjazdu. Czekan w ruch i próba zahamowania. Zjazdy wychodziły różnie. Przynajmniej mi. Podobno taką umiejętność trzeba ćwiczyć przy każdej możliwej okazji. Ja, jeszcze tego dnia mogłam  już wykorzystać naukę z pierwszej części zajęć przy okazji prawdziwego, niekontrolowanego upadku.

 Z Piotrkiem próbujemy hamować upadki.

Zanim jednak do tego doszło, podeszliśmy w okolice żlebu, gdzie po raz pierwszy mogliśmy wykorzystać targany przez siebie sprzęt. Ubieranie raków czy uprzęży nie należało do prostych. Stromy stok powodował częste zapadanie się śniegu. Przy tych wszystkich manipulacjach zgubiłabym dwa karabinki, które myślałam, że już przepadły jak kamień w wodę. Na szczęście przykryła je tylko mała warstwa śniegu i z powrotem znalazły się na mojej szpejarce.

Hura! Mam już raki. Teraz w tym mrozie trzeba je jeszcze założyć!

Podzieliliśmy się na dwa, 3 osobowe zespoły. Związani linami poznawaliśmy tajniki asekuracji lotnej idąc w górę żlebu. Częste postoje na montowanie kolejnych punktów asekuracyjnych powodowały, że mróz coraz bardziej doskwierał. Z racji, że mój zespół szedł drugi, Piotrek idący ostatni, miał za zadanie zbierać  nasze "zabawki". Myślę, że jak na pierwszy raz, poszło nam to wszystko całkiem sprawnie.

Witek, Paweł oraz Kamil na asekuracji lotnej.

Ze śnieżnej otchłani wyłania się potwór!

 Majster Piotr wykręca śruby lodowe.




      Instruktor udziela wskazówek Kamilowi.

 Zawsze chciałam mieć zdjęcie z uniesionym w górę czekanem :P

Około godziny 14 znaleźliśmy się w okolicach Przełęczy Liliowe. Ponieważ powoli zbliżał się zmrok naszym kolejnym celem było już tylko dojście do schroniska.  Schodziliśmy dosyć długim stokiem. W pewnym momencie idący z przodu Paweł chcąc coś nam powiedzieć stracił równowagę i zmagając się z wbijaniem czekana w śnieg, zniknął za zakrętem.  Jedynie co zdążył nam przekazać przed upadkiem to wyrażenie "Uprasza się...". Podejrzewam, że końcówka brzmiała " o zachowanie ostrożności", gdyż w tym samym miejscu również mi ześlizgnęła się noga.  Turlając się z dobrych 30-40 metrów wysmyknął mi się z ręki czekan. Lecąc niczym pocisk reszta towarzyszy idących z przodu odsuwała się na bok. Przed oczami  miałam jedynie biel. Mój niedający się samoistnie zakończyć upadek przerwał dopiero instruktor idący jako pierwszy. Dzięki temu doświadczeniu dowiedziałam się co należy robić, kiedy nie mamy możliwości użycia czekana. Do schroniska wróciliśmy cali i zdrowi. Niestety nie wszyscy mieli tyle szczęścia co my. Trzy kursantki z innej grupy doznały dosyć poważnych urazów uniemożliwiających ich dalsze uczestnictwo w kursie. Wieczór poświęcony teorii.  Jeden, słuszny nasuwający się wniosek z przeprowadzonych wykładów brzmiał: "Wełna jest dobra na wszystko".

Dzień 4. " Idzie rak nieborak"

Trzeci dzień kursu. Temperatura bez zmian. Natomiast zamiast padającego śniegu, poranek wita nas słonecznymi promieniami. Drogę do Czarnego Stawu Gąsienicowego urozmaicał nam instruktor, który zwracał uwagę na pewne aspekty charakterystyki terenu w jakim się znajdowaliśmy. Większość z nas nigdy by nie pomyślała o niektórych sprawach czy czyhających zagrożeniach.

Wiążemy się linami by bezpiecznie przejść przez Czarny Staw Gąsienicowy.

W końcu pokazały się góry!

No i ruszyliśmy. W niezmienionym składzie z poprzedniego dnia.

Po przejściu, z  powrotem zwinęliśmy cały sprzęt i podeszliśmy trochę w górę w kierunku Zawratu. W pewnym momencie odbiliśmy trochę ze szlaku. Na oblodzonym terenie zaczęliśmy się uczyć chodzenia w rakach. Z początku nie dawałam im pełnego kredytu zaufania i za wszelką cenę chciałam wbijać zęby w powierzchnię jak najgłębiej. Na własnej skórze musiałam się przekonać, że na darmo idzie moja energia, gdyż dwa czy cztery przednie zęby wbite w lód spokojnie są w stanie mnie utrzymać. Każdy pokonywany krok stawał się coraz pewniejszy. By jeszcze lepiej zapoznać się z zasadami użytkowania raków, podeszliśmy w nich aż do Zmarzłego Stawu Gąsienicowego.

"Cały czas do przodu. Cały czas do przodu. 
Staramy się. Przede wszystkim. :)"

Okolice Zmarzłego Stawu wywarły na mnie bardzo duże wrażenie. Nie sądziłam, że istnieją takie miejsca w Tatrach, zwłaszcza w zimowej odsłonie. Nie mam tu tylko na myśli możliwości praktykowania wspinaczki lodowej. Czułam się jakbym była na jakimś wielkim stadionie. Tyle, że w wersji górskiej. Trybuny w postaci przepięknych grani i szczytów oraz zamarznięty staw robiący za murawę. Jeden z kolegów skomentował nawet, że fajnie by się grało tam w piłkę. Nie tylko więc ja miałam podobne skojarzenia widząc to miejsce po raz pierwszy. Gdy stawiła się cała nasza szóstka przy małej, lodowej ścianie, Lochnes pokazał nam sposób montowania śrub lodowych oraz jak wykonać ucho Abałakowa. 

Kamil złapał się aż za głowę, 
gdy dowiedział się że ktoś zwinął nam jebadełko.

Po walce z wkręcaniem śrub przyszła pora na próbowanie swoich sił na lodospadzie. Kto poszedł na pierwszy rzut? Oczywiście ja. Na drugiej linie miał się wspinać Paweł. Mozolnie wiązałam "ósemkę". Mróz spowalniał ruchy wymagające precyzji, więc potrzebowałam dłuższej chwili by się przygotować. Na asekuracji stanął Piotrek, który (jak sam otwarcie przyznał) nigdy tego nie robił. Bez chwili głębszego zastanowienia nad tym faktem, ruszyłam. Jak prawa moja strona ciała dobrze funkcjonowała i pięła się w górę, tak lewa całkowicie odmawiała posłuszeństwa. Czekan trzymany w lewej ręce nie chciał się wbić. Podobnie sytuacja wyglądała z rakiem. Będąc mniej więcej w połowie lodospadu przydarzyło mi się kolejne, ciekawe doświadczenie.. Uniosłam w górę lewą nogę, natomiast but z wbitym rakiem nawet nie drgnął. Po kilku sekundach dotarło do mnie, że prawdopodobnie słabo zawiązane sznurówki spowodowały wysunięcie mi się nogi z buta. Cała konstrukcja trzymała się jedynie na gumowym pasku od stuptuta. Wyglądało to dosyć komicznie, zwłaszcza przy opuszczaniu mnie na dół. Paweł wspinający się z boku w pierwszej chwili pomyślał, że mam złamaną nogę. Może dobrze, że musiałam w połowie zrezygnować, gdyż mój czekan trzymający w lewej dłoni zaczynał mnie dobijać swoim niewbijaniem się. Będąc na dole, dowiedziałam się, że źródło mojego utrapienia znajdowało się w ciężarze czekana.

Lodospad w całej okazałości.

Ma ktoś czekoladę?

Pamiętam, że najgorszą rzeczą po tej akcji była próba "naprawienia" zaistniałego stanu rzeczy. Wszystko ufajdało mi się  oczywiście śniegiem. Nie wspomnę już o panującym mrozie. Gdy w końcu uporałam się ze wszystkim, w łapki wręczono mi dwie dziaby (które znacznie ułatwiły mi wspinaczkę), a w gębę włożono tabliczkę czekolady na pobudzenie sił do walki z lodem.  ;)

 Oby tylko nie rozwiązały się sznurówki w drugim bucie! 


 Druga próba poszła mi już znacznie lepiej.


 Wspin Pawła na drugiej linie. Asekuruje Adam.

Powrót do schroniska przebiegł bez większych komplikacji. Wieczorem odbył się kolejny wykład. Tym razem instruktorzy omawiali "uroki" nieplanowego bądź planowanego nocowania w terenie. Głównie mówili o zasadach w jakich sytuacjach należy podejmować takie decyzje. O godzinie 22 gasili w schronisku światło, więc nawet nie mieliśmy okazji obgadania mijającego już dnia czy przedyskutowania omawianego tematu.

Dzień 5. "Deadman z grzybem."

Ostatni dzień kursu. Pogoda była naprawdę przyjemna. Nawet mróz trochę zbastował. Na termometrze było jedyne -12 °C. W programie została nam jeszcze nauka zjazdów, montowanie różnych stanowisk asekuracyjnych w śniegu oraz wydostawanie się ze szczelin lodowych. Tatry mają to do siebie, że nie we wszystkich aspektach umożliwiają rzeczywiste przećwiczenie tych czynności w praktyce. Nieopodal schroniska jest na szczęście sprzyjające miejsce,  które pozwala na bezpieczne choć nie w pełni realne wypróbowanie nowo poznanych umiejętności.

Meteorologiczny spektakl trwał nad górami prawie przez cały dzień.

Pierwszą rzeczą jaką nauczyliśmy się robić, to wykonanie z czekana punktu asekuracyjnego. Ja po raz kolejny musiałam mieć chwilę zachwytu nad tym prosto zbudowanym narzędziem. Nigdy nie sądziłam, że  czekan może mieć aż tyle zastosowań. Po instruktażu, każdy znalazł swoją życiową przestrzeń i rozpoczął tworzyć rowki w śniegu.

Chodzą słuchy, że jeden z turystów w okresie letnim zgubił tutaj 5zł.

Po wypróbowaniu swoich stanowisk asekuracyjnych mieliśmy "wydeptać" śnieg w miejscu zakończenia  taśm przymocowanych do czekana. Ja na szczęście na ten moment wyciągnęłam go ze swojego stanowiska, gdyż  podświadomie przeczuwałam, że długo tam nie postoję. Po raz kolejny ześlizgnęła mi się noga, ale tym razem bez problemu udało mi się zahamować upadek. Dzięki temu nasunął się motyw do omówienia kolejnego aspektu zawartego w programie.

Niektórzy złożyli już ręce w geście, że nie dostanę się 
z powrotem na górę. ;)

Nasz instruktor jednak wszystkiemu zaprzeczył. Paweł korzystając ze swojego stanowiska asekuracyjnego wykonanego z czekana rzucił mi line, dzięki której doczłapałam się z powrotem na górę. Po "pokazie" reszta kolegów wzajemnie uczyła się wydobywania swoich partnerów. Następnie poznaliśmy jeszcze inne możliwości budowania punktów asekuracyjnych. Lochnes pokazał nam między innymi ciekawy przyrząd zwany deadman'em. W historię nazwy nikt nie chciał wnikać.

Z Pawłem zdobywamy zaufanie do kolejnego punktu asekuracyjnego. 
Tym razem utworzonego z tzw "śnieżnego grzyba".

O ile grzyb śnieżny faktycznie mógł się wydawać solidnym punktem dającym nam 100% bezpieczeństwo, jakoś w działanie metalowej małej blaszki z dokręconym metalowym sznurkiem nie byliśmy w stanie uwierzyć. Paweł zdecydował się powierzyć życie tej małej kupie żelastwa. Ku zaskoczeniu wszystkim, kolega przeżył. Pomimo najszczerszych chęci spowodowania wysunięcia się deadman'a ze śniegu i obalenia mitu o jego skuteczności, jak na złość ani nie drgnął. Postanowiliśmy zwiększyć siły. Do liny zamontował się także Witek, lecz deadman dalej mocno trzymał. Nie chcieliśmy dać tak szybko za wygraną, więc do akcji wkroczył najcięższy osobnik z grupy...

Paweł podpina mnie do liny, by ostatecznie rozprawić się z deadman'em. 

Dla większej siły nacisku na przyrząd, upozorowałam upadek wykonując dupozjazd. Cała nasza trójka poczuła dziwne poluzowanie się punktu asekuracyjnego, ale w dalszym ciągu staliśmy w tym samym miejscu. Pomimo tych prób, nie wiem czy w przyszłości będziemy używać deadman'a. Zapewne pokaże to czas, a przede wszystkim warunki w jakich będziemy przebywać.

1-0 dla deadman'a.

W wolnych chwilach spoglądaliśmy na pięknie oświetlone góry.

Pogoda naprawdę tego dnia rozpieszczała.

Mogłoby się wydawać, że największe atrakcje dnia są już za nami. Ostatnim elementem do przećwiczenia była próba prowizorycznego wpadnięcia do szczeliny lodowej i samego wydostania się z niej. Na "demo" posłużył nam kamienisty stok, a w roli potencjalnego pechowca - ja. Zostałam opuszczona pare metrów na linie po czym na sygnał (w momencie poluzowania liny) miałam wychylić się do tyłu. Skutek był bardzo realistyczny. Wisząc na linie przez pare minut, oglądałam sobie Tatry do góry nogami. W tym momencie wolałam nie myśleć do jakiego punktu asekuracyjnego jestem przymocowana. Cała grupa zeszła do mnie na dół. Lochnes poinstruował mnie co w takich przypadkach można zrobić, gdy jesteśmy zdani tylko na siebie. Po wykonanym z liny "miszmaszu" sama zaczęłam podciągać się do góry. Czynność bardzo męcząca, ale skuteczna. Widząc, że cały mechanizm naprawdę działa, a moje ręce zaczęły opadać z sił postanowiłam przekazać linę  kolegom, którzy po kolei próbowali się znaleźć z powrotem na górze.

Jedyne ciepłe miejsce w okolicach 
Hali Gąsienicowej - schronisko "Murowaniec".

Do schroniska wróciliśmy przed godziną 16-tą. Po oddaniu szkoleniowego sprzętu, spakowaniu się i zjedzeniu ostatnich zupek chińskich jakie mieliśmy w zapasie, a przede wszystkim pożegnaniu się z naszym instruktorem, wróciliśmy szlakiem niebieskim do Kuźnic. Po raz pierwszy będąc na tatrzańskim szlaku o późnej zimowej porze, widziałam pięknie oświetlone całe Zakopane. Do centrum miasta dotarliśmy około 20, gdzie udało nam się złapać autobus jadący do Krakowa.

Dzień 6. " Pekin."

Do Krakowa dojechaliśmy po 23-ej. Najbliższy środek transportu jadący do Wrocławia mieliśmy kilka minut przed godziną 1 w nocy. Pociąg na szczęście przyjechał o czasie, a podróż minęła nam spokojnie. Przeczekując dłuższą chwilę na dworcu kolejowym na jednej ze ścian dostrzegliśmy trochę już zadrapaną naklejkę. Jej tematyka dotyczyła głównie atmosfery (której media nie przedstawiały) panującej na letniej olimpiadzie w 2008 roku. Jednak jej główne hasło brzmiało "Jedź do Pekinu". Ja osobiście w tej naklejce widzę głębsze przesłanie...

Odbyty kurs otworzył nam szerzej oczy na pewne sprawy. Głównie nakierował nas na co mamy zwracać szczególną uwagę w przyszłości, a przede wszystkim w jakim kierunku pogłębiać wiedzę, by móc jeszcze bezpieczniej poruszać się po górach zimą. Dla mnie to był także czas próby. Dzięki szkoleniu stanęłam już pod  drzwiami z tabliczką "wysokie góry". Jeszcze ich nie otworzyłam, ale myślę, że jestem na dobrej drodze by to kiedyś uczynić.

4 komentarze :

  1. JESTEM POD WRAŻENIEM CUDOWNYCH WYPRAW !!! POZDRAWIAM I ŻYCZĘ ICH JESZCZE WIĘCEJ :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hola¡¡¡¡
    Qué fotos mas bonitas¡¡¡ y cuanta nieve¡¡¡
    Un saludo fuerte desde España¡¡¡

    OdpowiedzUsuń
  3. jaaaaacieeeee! ale czad:) tak właśnie powinno się spędzać czas zimowy !

    OdpowiedzUsuń
  4. Mieliście szczęście do pogody. Zazdroszczę słońca
    !

    OdpowiedzUsuń