8 sierpnia 2011

Mięguszowiecki Szczyt Czarny 2410 m n.p.m



Po ostatnim wykładzie z "Pryszczologii Stosowanej" postanawiam trochę powagarować i zrobić sobie przerwę od nauki tego jakże ważnego przedmiotu. W programie górskiego nauczania warto czasem korzystać z dodatkowych fakultetów, a że okazji nie można pozwolić uciec  ponownie zjawiam się w holu głównego dworca kolejowego w Poznaniu. Tym razem obierając zupełnie inny kierunek niż ostatnio. Stojąc w przydługawej kolejce do kasy biletowej, co jakiś czas z niepokojem spoglądam na szklane  drzwi, za którymi przelotny deszcz z minuty na minute zamieniał się w potężną ulewę, do takiego stopnia ze jej skutki szybko mogłam zobaczyć wcale nie wychodząc z budynku. Po otrzymaniu swoich 2 minut przy okienku, obezwładniona szczęściem udaje się w kierunku przejścia podziemnego, by dostać się na peron nr 5. Mój pewny krok zatrzymał dosyć niecodzienny widok. Całe przejście podziemne było zalane do wysokości kostek u nóg. To nie jedyna napotkana trudność podczas mojej podroży do Wrocławia. Od polskich kolei otrzymałam w gratisie dodatkowe 40 minut jazdy "bez trzymanki" (jakby 3 godziny nie były wystarczające i co bym mogła widzieć szczegółowo krajobraz za oknem). Zaczęłam mieć wątpliwości, czy aby na pewno uda mi się wydostać z  nizin i  uczestniczyć w tym fakultecie. W najgorszym przypadku czekała mnie i moich dwóch towarzyszy - Damiana i Artura - nocna, piesza wycieczka do Legnicy, gdyż o tak później porze nie mielibyśmy już żadnego transportu do domu.





Na szczęście pomimo zawirowań zjawiam się w holu wrocławskiego dworca na czas, próbując przedrzeć się przez dziki tłum zlokalizowany przy głównej tablicy informacyjnej. Z owego tłumu wyłania mi się Damian, a po chwili dzwoni do mnie Artur z zapytaniem czy jesteśmy już na miejscu. Stojąc już w komplecie przy wejściu do tunelu na poszczególne perony zauważamy pewne znaki szczególne wśród innych podróżujących. Z powodu zapowiadanej słonecznej pogody na najbliższe dni oraz organizowanych letnich festiwali muzycznych, czoła musieliśmy sprostać aż trzem grupom przodującym tamtego wieczoru.  "Bieszczadowcy"- grupa charakteryzująca się wielkimi plecakami, karimatami i wędkami. Może stanowić spore zagrożenie podczas pogoni za wolnym przedziałem. Nie tylko ze względu na podobny kierunek podróży, co większe gabaryty. "Woodstockowcy" - tej grupy nie trzeba przedstawiać. Przebywanie w ich obrębie groziło nikłymi szansami na jakąkolwiek drzemkę w pociągu. Na szczęście jednak, słynący z budzenia wielu kontrowersji festiwal, organizowany jest  z dala od jakichkolwiek pagórków. Grupa była jednak dosyć pokaźna, stąd mogła utrudnić nam w przedarciu się na konkretny peron, który w dalszym ciągu nie był nam znany. No i ostatnia grupa. Najniebezpieczniejsza -"Górołazi". Wyglądający jak panoszące się lwy w klatkach na górskim głodzie. Ich rozjuszenie było spowodowane niekorzystną pogodą jaka ostatnio panowała. Jako, że nasz duchowy stan wyglądał podobnie, wiedzieliśmy, że musimy się wykazać lisim sprytem wobec ostatniej grupy. Ustawiamy się zatem w strategicznym miejscu i czekamy na informację z głośników. Po kilku minutach wszystko staję się jasne i uczestniczymy w kolejowej olimpiadzie. Biegniemy do pierwszego wagonu i szybko zajmujemy przedział. Samotnością nie cieszymy się długo. Towarzystwo jakie się zeszło było bardzo zróżnicowane. Od napompowanego mięśniaka w kolorowych japonkach, faceta z tatuażem określającym wyznawaną przez niego religię, po starszego pana z zaburzeniami termoregulacji.



sobota, 6 sierpnia 2011

O 5 rano dojeżdżamy do Krakowa i swoją dalszą podróż w okolice Tatr odbywamy autobusem. Po dwóch godzinach jesteśmy w Zakopanem. Łapiemy busa i po godzinie 8-ej jesteśmy w Palenicy Białczańskiej. To właśnie tam, oficjalnie rozpoczęliśmy tatrzański fakultet. Monotonne 9 km asfaltową drogą do Morskiego Oka urozmaicało (głównie mi - stąd dzielnie go nosiłam przez cały dzień) bawienie się GPS'em, któremu nadałam imię Tymek :P Jego debiut został na tyle dobrze przyjęty, że pewnie nie raz będzie mi towarzyszyć w górach.

Polskie śmigło nad Morskim Okiem.

Przed południem, w ostatkach dziwnego przypływu gorąca docieramy do Czarnego Stawu po Rysami. Robimy tam  przerwę i ustalamy plan na najbliższe pare godzin. Tłumy idące przed nami bądź za nami, na szczęście w planach miały tego dnia Rysy. Wystarczyło dosłownie pare metrów by się od niego odłączyć. Jak? Wybrać szlak zielony na Przełęcz pod Chłopkiem.

A przy schronisku nad Morskim Okiem standardowo - ludziów jak mrówków ;)

Artur zoom'uje na...

...skrzydlatego przyjaciela na tle Morskiego Oka.

Przy rozwidleniu szlaków, odbijamy w prawo i  już po chwili możemy się cieszyć tatrzańską ciszą. Do osiągnięcia pełnej radości brakowało nam jedynie przypływu  groźnie wyglądających chmur niosących ze sobą powiew zimnego powietrza. Matka natura nie zawiodła.

I gdzie jest ten Chłopek, z którym byłam umówiona tego dnia ;-)?

Nie spiesząc się zbytnio i jakoś nawet nie spoglądając na godzinę podążamy w głąb, mniej zdeptanego przez turystów szlaku. Całej naszej trójce udziela się panujący na nim klimat. Kolejną dłuższą przerwę robimy przy kolebie. Na skalnym ganku wygrzewamy się jak jaszczurki i pochłaniamy promienie słoneczne, które tylko co jakiś czas muskały nas po twarzach.




Przyłapana na ładowaniu górskich baterii.

Koleba przy szlaku na Przełęcz pod Chłopkiem.

Okolice tej koleby przy której zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę, spowodowały, że całkiem zapomniałam o moim umówionym spotkaniu z Chłopkiem. Przebywanie w górach jednak sprawia, że nawet zbyt długie leniuchowanie potrafi być męczące. Jakaś  nieokreślona siła motywuje do działania, stąd ruszamy dalej - w kierunku Kazalnicy (2159m n.p.m). To właśnie tam zginął Boguś Linda w filmie "Prowokator" ;-)
 
Chłopek już pewnie czeka...a ja spóźniona ;)

Charakterystyczny płat śniegu pod Bulą pod Rysami.

Fragment szlaku zaznaczony ikonką niebezpieczeństwa na mapie. Hmmm...

Na Przełęczy pod Chłopkiem jesteśmy po godzinie 15-stej. Zastajemy tam jedynie 4-osobową grupę, która właśnie przygotowywała się do ewakuacji z owej przełęczy. I tak po kilku minutach jesteśmy kompletnie sami w towarzystwie pięknej, równie opustoszałej słowackiej strony Tatr oraz trzech Mięguszowieckich kumpli. Na jednego z nich decydujemy się wejść. Pomocne okazują się kamienne kopczyki, dzięki którym bez problemu docieramy na szczyt.

Tymek oraz kamienne kopczyki bez problemu doprowadziły
nas na Czarnego Mięgusza.

Widoki na słowacką stronę Tatr.

Na Mięguszowieckiej grani.

Na Czarnym Mięguszu. W tle Mięgusz Pośredni oraz Wielki.

Yes, we can!

Ostatnie spojrzenie i już tylko w dół.

Na szczycie jesteśmy pare minut. Z obawy na ciągle nachodzące chmury jak również późną godzinę  decydujemy się już jedynie tracić na wysokości. Schodzimy tą samą trasą do miejsca lokalizacji kamiennej koleby. Tam otwieramy własną restaurację. Niestety klientów żadnych nie było, stąd wszystko zjadamy sami.




Piękna gra świateł na pożegnanie była fantastycznym 
prezentem od matki natury.


 To jeszcze nie ostatnia prosta.

Ludziów mrówków przy schronisku jakby ciut mniej ;-)
Morskie Oko o 3 w nocy wygląda psychodelicznie. Idąc wzdłuż jego brzegów ma się wrażenie, że ukazuje swoje drugie, trochę mniej łagodne oblicze. Wczesnym rankiem docieramy do Palenicy Białczańskiej czekając ponad godzinę na pierwszego busa jadącego do Zakopanego. A stamtąd, pozostaje nam już tylko 8 godzinna podróż do domu.

1 komentarz :