24 kwietnia 2012

Borówkowa Góra 900m n.p.m - 20/21/22.04.2012

Miał to być zwyczajny weekend spędzony w górach. Nieświadomi wydarzeń jakie nas czekały, zajechaliśmy wieczorem na leśny parking za Złotym Stokiem. Mogłoby się wtedy wydawać, że jedynym naszym problem będzie nieustannie padający deszcz. Żaba (szarego koloru renault clio) na szczęście dzielnie nas przed nim chroniła. Schowaliśmy się do śpiworów, zgasiliśmy wszelkie źródła światła i z nadzieją na słoneczny poranek przy dźwięku stukających kropli o szyby, staraliśmy się przeczekać noc.

Przebudziłam się dopiero po 9-tej. Łypnęłąm jednym okiem przez zamgloną szybę, po czym rozejrzałam się po samochodzie - Damian spał jeszcze w najlepsze. Padał deszcz i nie zanosiło się na jakąkolwiek poprawę. Miałam jednak jakieś przeczucie, że do południa wszystko minie. I minęło. Po 13-tej zaświeciło słońce. Wygramoliliśmy się z naszego schronu, spakowaliśmy wszystkie rzeczy i ruszyliśmy w głąb Gór Złotych, obierając kierunek na Przełęcz pod Trzeboniem. Będąc jeszcze w pracy, odczuwałam lekko dokuczający ból w dolnym odcinku kręgosłupa. Nie był on jednak na tyle uciążliwy, by pomyśleć o powrocie do domu. Bez znacznej utraty na tempie z powodu owego dyskomfortu, dotarliśmy na wspomnianą przełęcz, na której znajdowała się dość pokaźna, drewniana wiata. Znajdując informacje w Internecie na jej temat, miała posiadać stryszek, dzięki któremu moglibyśmy w dogodnych warunkach przetrwać nocny kryzys. Niestety, po stryszku zostało ino wspomnienie. Zrobiliśmy sobie tam jedynie obiadową przerwę. Damian zaczął odpalać maszynkę z gazem, a ja z coraz większym trudem znajdywałam pozycję przy której nie odczuwałabym bólu. Zjedliśmy naszą pierwszą część żarciowych zapasów i ruszyliśmy dalej. Na starcie trochę się zamotaliśmy - nasza mapa nie chciała zbytnio współgrać z rzeczywistością.

Przełęcz pod Trzeboniem.

W towarzystwie słonecznych promieni, wybraliśmy jedną ze szlakowych propozycji. Szło się całkiem przyjemnie, do momentu kiedy już kompletnie zgłupieliśmy. Na jednym drzewie potrafiło być namalowanych kilka symboli. Nie do końca przekonani  obrania właściwej ścieżki, ruszyliśmy mimo wszystko przed siebie. Dotarliśmy do tablicy informacyjnej, z której wyrozumowaliśmy, iż znajdywaliśmy się na "Szlaku widokowym szczytami pogranicza".  Po 5 minutach przejścia żółtą ścieżką krajoznawczą, ukazała się nam drewniana platforma widokowa na Jaworniku Wielkim (872m n.p.m).

Platforma widokowa na Jaworniku Wielkim.

Obejrzeliśmy okolice, po czym obraliśmy azymut na nasz główny cel - Borówkową Górę. Nie trudno ją  było dostrzec, gdyż dumnie wnosiła się na niej wysoka wieża widokowa. Ten, kto wyznaczył przebieg całej ścieżki musiał być chyba niedocenionym artystą.

Wielki silos na Borówkowej Górze.

Po przedarciu się przez iglasty las, dotarliśmy na przełęcz Różaniec, gdzie wg tabliczek do celu dzieliła nas jakaś godzinka. Niestety, z powodu mojego ślimaczego tempa, z godzinki zrobiły się dwie i pół. Kręgosłup bolał mnie coraz mocniej, jednak cel był już tak blisko, że wyłączyłam myślenie o jakimkolwiek wycofie. Dla Damiana będzie to na przyszłość motyw, by już więcej nie wierzyć w mój stan zdrowia oraz w zapewnienia że "dam radę".  Następnym razem na pewno nie będzie gadania tylko skończy się wzięciem mnie za fraki i wywiezieniem z powrotem na niziny.

Na Borówkowej byliśmy dosyć późno. Metalowe, wijące się schody wydawały się nie mieć końca. Z wieży było już tylko widać zarysy gór i światła. Fajnie było sobie powspominać przebieg naszej kuracji z września zeszłego roku. Gdy Damian wymieniał po kolei punkty z przebiegu leczenia, ja w głowie pomyślałam sobie tylko o tym, jak fantastycznie było móc wtedy egzystować bez jakichkolwiek oznak bólowych.

Zeszliśmy z powrotem na dół. Wieża oferowała naprawdę świetną górską panoramę. Moim zdaniem jednak, Czesi trochę przesadzili z zagospodarowaniem terenu wokół wieży.  Będąc tam, miałam wrażenie, że znajdowałam się na jakimś zamkniętym bazarze, a zbliżający się za pare godzin poranek ponownie wskrzesi panujący tam na co dzień harmider.

Po zjedzeniu przez Damiana kolacji (mi kompletnie odebrało apetyt), zanieśliśmy cały swój targany na plecach dobytek do wieży.  Przyjaciel rozłożył dla mnie karimatę oraz śpiwór, a ja nie byłam w stanie się nawet do niego  bezproblemowo wpakować. Centymetr po centymetrze, wspierając się na rękach wsunęłam nogi, a potem resztę niedołężnego cielska. Wyprostowałam plecy na twardym podłożu. Poczułam na chwilę ulgę. Cała metalowa  konstrukcja, która wisiała nad moimi  oczami  sprawiała, że czułam się jak w jakimś statku kosmicznym. Mijały sekundy, minuty, godziny, a ja wciąż prowadziłam nierówną walkę z bólem. Doszło już do takiego momentu, że nie mogłam obrócić się  nawet wokół własnej osi. Żeby uciec przed światem, schowałam głowę jeszcze bardziej w głąb śpiwora. Udało mi się pare razy przysnąć.

O 4 nad ranem obudziło mnie przemieszczające się światło czołówki. Damian zaczął się krzątać, a ja bałam się mu powiedzieć, że czuję przeraźliwy strach przed próbą wstania na nogi. Połknięcie tabletek i popicie ich wodą było dla mnie tak bolesną czynnością, że musiałam mieć chwilę przerwy zanim podjęłam się drugiej próby. Padłam na karimatę, ciężko oddychając. Na długi czas zapamiętam minę Damiana i świst przedzierającego się wiatru między przestrzennymi tunelami nad naszymi głowami.  Musiałam wstać. Nie miałam innego wyboru. Wsparłam swój cały ciężar na ramionach Damiana i jednym ruchem, (by najgorszy ból odczuwać jak najkrócej) podjęłam się próby pionizacji. Nogi nie były w stanie mnie utrzymać. Momentalnie zrobiło mi się gorąco, ręce zsunęły mi się wzdłuż tułowia. Pomyślałam - jeszcze chwila i zaraz stracę kontakt. Największy szok na szczęście minął. Damian był gotów wzywać pomoc. Ja jednak uparcie powiedziałam nie. "Dam radę. Trzeba tylko zainstalować inne oprogramowanie w głowie. To od niego wszystko zależy" - pomyślałam po cichu. Stanęłam przy metalowym filarze, by oswoić się z bólem.

To była najdłuższa utrata 400 metrów przewyższenia w moim życiu.  Schodziłam ponad 3 godziny. W pewnym momencie moją głowę zaczęły zaprzątać słowa pewnej piosenki Myslovitz. Pojawiły się znikąd. Powtarzały się w kółko, jak przy zaciętej płycie. Nie byłam w stanie się od nich uwolnić. Odeszły dopiero w momencie kiedy znaleźliśmy się w Orłowcu- małej wiosce przy Przełęczy Różaniec. Tam zadecydowaliśmy, że ja zostanę i będę cierpieć ból dalej, a Damian przejdzie dalszą część trasy sam. Pięć po siódmej zniknął  za zakrętem asfaltowej drogi. Po dwóch godzinach, usłyszałam warkot nadjeżdżającej Żaby.

Usiadłam za kierownicą z myślą, że nic niespodziewanego nie może nas już spotkać. Wystarczyło ino wytrzymać wszystkie wertepy i dziury na drodze, które skutecznie drażniłyby moje, z nie wiadomo jakich przyczyn niedomagające  lędźwie...

Będąc w Strzegomiu, jakieś 50km od domu zaniemogła nam Żaba. Na skrzyżowaniu popuściła przedni tłumik i zaczęła warczeć jak rozjuszony lew. Koniec. Straciliśmy transport do domu. Ostatkiem sił przepchnęliśmy ją w głąb jakiegoś podwórka. Skończyło się dzwonieniem po assistance i czekaniem na lawetę, a nam pozostało ino śmianie się z całej sytuacji.

4 komentarze :

  1. A nie pamiętasz może w jakich godzinach wieża widokowa na Borówkowej jest otwarta? I czy w dzień powszedni da się tam teraz bez problemu wejść? Jeszcze jedno pytanko - ile się płaci za wstęp? :) Może się tam niedługo wybiorę, a ciężko znaleźć o tym jakieś informacje. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem jak wygląda sprawa wejścia na wieżę o normalnej porze. My byliśmy na niej po 20-stej (sobota) i była otwarta. Myślę,że skoro nie ma żadnych informacji odnośnie godzin jej otwarcia i cen biletów to po prostu jest dostępna dla turystów całą dobę bezpłatnie. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. No, niestety trochę pechowa wyprawa...
    Ale na szczęście jak to się mówi "czas leczy rany" :-)
    Pozdrawiam serdecznie.
    P.S. A na Borówkowa i Jaworniki muszę się wybrać, nie byłem tam nigdy. :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze się czyta, ciekawa opowieść. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń