8 lipca 2013

Kozia Turnia & Jastrzębia Turnia



Spoglądam w dyżurowy kalendarz... a niech mnie! Trzy dni wolnego, w tym weekend! Trzeba koniecznie coś z tym zrobić.  Wlazłam na forum w celu rozeznania - kto, gdzie jedzie i ewentualnie nie przeszkadza mu dodatkowe towarzystwo. Znalazłam wiadomość od Patrycji, że ma wolną niedzielę i jakoś głupio by było przez cały dzień dłubać tylko w nosie. Ostatecznie z naszej dwójki, grupa urosła do pięciu osób!


Ja ze wszystkich miałam największą przeprawę... Wyjechałam z Legnicy o 20, by zajechać na miejsce zbiórki tuż przed północą. W Sosnowcu byliśmy już w komplecie. Załadowaliśmy się do jednego autka i tuż po 3 w nocy stawiliśmy się na parkingu przy wlocie do Doliny Białej Wody Kieżmarskiej.

niedziela, 7 lipca 2013

Niedzielny poranek w Dolinie Białej Wody Kieżmarskiej.

Schronisko nad Zielonym Stawem Kieżmarskim.

Na szlaku postraszyliśmy nietoperze i sowy - były mocno zaskoczone naszą obecnością o takiej porze. W schronisku zameldowaliśmy się po piątej. Opróżniliśmy nasze plecaki z pierwszego rzutu prowiantowego i po krótkim relaksie ruszyliśmy dalej - rozdzielając się nieparzyście. Idąc szlakiem żółtym, Wiktor z Edytą ukierunkowali się na Jagnięcy Szczyt, natomiast ja, Patrycja oraz Zbyszek zboczyliśmy na ścieżkę taternicką prowadzącą na Kozią Turnię. Wycena drogi to "0-", a przy końcowym jej odcinku  "0".

Chmury się kłębią, ale wierzymy w przychylne prognozy pogodowe.

Na żółtym szlaku, widoczne we mgle skały tworzące Kozią Turnię.

Zbyszek na horyzoncie :)

Kozia Turnia z dołu.

Kóz Tomasz poprowadził nas przez część trasy :)

Podchodzimy na przełączkę.

I z przełączki ostatnie metry do szczytu.

Na Koziej Turni. Ze Zbyszkiem i Patrycją. Godzina 8 rano.

Widok na Tatry Bielskie z Koziej Turni.



Na trzy sekundy pokazała się Łomnica.

W oddali na ścieżkowej "zetce"druga część naszej ekipy - Wiktor i Edyta, zmaga się z łańcuchami na żółtym szlaku.

Tatrzański mur.


Na szczycie spędzamy z dobre 40 minut. Niestety zaczęły nachodzić chmury, które już przez cały dzień namiętnie przysłaniały najwyższe szczyty i granie. W planach mieliśmy jeszcze jeden cel, jednak decyzję wejścia na Jastrzębią Turnię postanowiliśmy pozostawić sobie będąc z powrotem na wysokości żółtego szlaku. W drodze powrotnej dało już się odczuć pierwszy wysyp turystów. Na naszej ścieżce natomiast mijaliśmy grupę wspinaczy podążających na jedną ze ścian Koziej Turni. 

I nasza pogodowa lampa dobiegła końca. Jedyne ciepłe kolory były na naszych kaskach :)

Ponieważ godzina na naszych zegarkach była jeszcze młoda, połakomiłam się na wejście z Patrycją na Jastrzębią Turnię - mimo, że pogoda tworzyła  w naszych głowach znaki zapytania. Z obserwacji jednak wynikało, że nie są to chmury deszczowe, a tym bardziej burzowe. Zbyszka opuściłyśmy na szlaku, który żartobliwie zaczepiał Słowaczki zachęcając je do wrzucenia kilku ojro do jego kasku. 

                            
Po lewej widoczna Jastrzębia Turnia - nasz drugi cel tego dnia.

Opis drogi i jej wycena jest podobna jak na Kozią Turnię. Różnicą są dwa miejsca o wycenie I. Muszę przyznać, że pierwszy raz zdarzyło mi się, że wlazłam na dwa szczyty -  leżące na przeciwko siebie, jednego dnia. Podejście pod samą ścianę minęło nam zaskakująco szybko. Co kilka minut Patrycja informowała mnie, jak niewiele już mamy do szczytu. Wiedziałyśmy, że widokowo niewiele możemy oczekiwać. Chmury nie chciały się rozproszyć chociaż na chwilkę.

                             
Klarowna ścieżka. Naprawdę nie łatwo się nie zgubić.

                             
 U podnóża ściany Jastrzębiej Turni.

Na prawo lufa na lewo lufa, ale uśmiech do zdjęcia musi być ;)

Na postrzępionej grani Jastrzębiej Turni.

Na szczycie nie spędziłyśmy aż tyle czasu, co na poprzednim. Zrobiłyśmy jedynie zdjęcia i ruszyłyśmy z powrotem na żółtoszlakową ścieżkę. Będąc przy schronisku, Zbyszek wysłał nam sms'a, że wybrał się z Edytą i Wiktorem jeszcze na małą przebieżkę w okolice sąsiadujących Tatr Bielskich.

Koniec pokonywania przewyższeń. Teraz już tylko w dół.

Cała nasza piątka spotkała się na parkingu o godzinie 16. Na legendarnej Zakopiance oczywiście staliśmy w korkach. Z ekipą pożegnałam się w Sosnowcu przed 20-tą. Kolejne trzy godziny na trasie za kółkiem pokonałam sama. Może to i lepiej, bo auto prowadziłam na bosaka - pęcherz na pięcie potrzebował się dotlenić!

5 komentarzy :

  1. Świetna wycieczka, zazdroszczę widoków !

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedna pięta... :) Ale takie wyprawy są warte i kilku pęcherzy. Pozazdrościć tej pięknej Jastrzębiej Turni. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. fajna wycieczka i super zdjęcia :-)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Super wycieczka :) Zapraszam do obserwowania mojego bloga (swiat-gor.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluję zdobycia ładnie wyglądającego szcyztu :-)

    OdpowiedzUsuń