11 kwietnia 2014

Wysoka 2547 m n.p.m


Kwiecień to fajny miesiąc. Dlaczego? Ano z kilku przyczyn. Po pierwsze sezon w górskich kurortach jest określając to kolokwialnie "martwy". Narciarzy zjazdowych jest niewielu, dzieciaki siedzą w szkolnych ławach, więc tłumów na Krupówkach czy korku na Zakopiance na szczęście się nie uświadczy. Do tego dochodzą także obniżone ceny noclegów. Można nacieszyć się jeszcze zimowymi warunkami w górach, jednocześnie nie martwiąc się o siarczyste mrozy. 

Po prześledzeniu pogody i wszystkich informacji w tatrzańskim przewodniku Chmielowskiego nasz wybór padł na Wysoką, którą Tytus Chałubiński ponad 100 lat temu opisał tak:

"Stąd jednocześnie i grupę Gierlachu i szczególniej Krywania doskonale opatrzysz, nie mówiąc już o zachodnich szczytach. Jeden tylko zarzut można zrobić temu punktowi, że z niego nie widzisz Wysokiej, bo ona istotnie każdej panoramie tatrzańskiej nadaje szczególny dźwięk wykwintnymi  swoimi kształty".


wtorek, 8 kwietnia 2014

Budzik niemiłosiernie poinformował nas o wybiciu godziny 2 w nocy. Zawsze w takich momentach w głowach tłoczą się te same myśli - "po co nam to wszystko było". Ociężały łeb nie chce oderwać się od poduszki. Potem jednak przychodzi zaraz myśl - "będziesz żałować". I właśnie te dwa magiczne słowa zawsze pomagają wyrwać się z otchłani ciepłej kołdry. Podczas robienia herbaty okazało się, że owszem - wzięłam ze sobą termos, jednak bez istotnie ważnej jego części, a mianowicie zakrętki. Poratowałam się kubkiem termicznym, który by nie zrobił powodzi w plecaku został zaopatrzony w wełnianą rękawiczkę :D To na szczęście jedyna rzecz o jakiej zapomnieliśmy w ferworze pakowania rzeczy do bagażnika na nasz tatrzański wyjazd.

Przed 5 rano zajechaliśmy naszym Rekinem (Żaba przeszła na zasłużoną emeryturę i jeździ obecnie tylko po lokalnych nizinach) pod stację elektricki w Strbskim Plesie. Wyruszyliśmy w stronę Popradskiego Plesa, przy którym znajduje się schronisko. Droga jest asfaltowa i minęła nam dosyć szybko.

Dzień powoli wstaje.

Przy schronisku oczywiście o tak wczesnej porze nikogo nie zastaliśmy. Błyskawicznie ominęliśmy jego mury i obraliśmy azymut na Dolinę Złomisk, która odchodzi od czerwonego szlaku. Mimo, że widniały ślady nart skitourowców jak i butów, to nie uchroniły one nas jednak od tego:

Kosodrzewinowe pułapki pod śniegiem. 

Ze szponów pożerającej kosodrzewiny udało nam się wyrwać dopiero przy większych głazach formujących próg Smoczej Dolinki. Od tego momentu szło nam się dużo łatwiej. Poza tym słońce na tle niebieskiego nieba zaczęło oświetlać naszą stronę.

Podchodzimy do Smoczej Dolinki, w której na okolicznych skałkach obserwuje nas Kóz Tomasz.

Silnie mieniący się śnieg pod wpływem promieni słonecznych, zmusił nas do wygrzebania z plecaków okularów. Na ten moment także nasze potwory dały o sobie znać, więc trzeba było sobie zrobić chwilę przerwy na ich nakarmienie. Mimo, że naprawdę korciło nas zostać dłużej i wylegiwać się na skałkach, musieliśmy ruszyć dalej, bo wciąż nie było widać naszego celu. 

Minęliśmy Złomiską Turnię, która jest zakończeniem bardzo ciekawie wyglądającej Siarkańskiej Grani. Swoim wyglądem przypomina wielką płetwę rekina. Natomiast z Wielkim Siarkanem, który jest jej najwyższym szczytem, związana jest legenda o smoku mieszkającym w Tatrach. Osiągając dopiero Siarkańską Przełęcz mogliśmy dostrzec pierwsze zarysy bloków skalnych, które tworzą Wysoką. 


W Smoczej Dolince.





...ruszamy dalej.


Na wybiegu...


Ostre podejście na Siarkańską Przełęcz.

Na niebie pojawiają się pierwsze symptomy zmiany pogody.


... Kóz Tomasz na skałce.

W tle Wielki Siarkan 2260m n.p.m


Siarkańska Grań.

Na Siarkańskiej Przełęczy spotykamy trzech polskich skitourowców, którzy też na tym pułapie postanowi zrobić sobie przerwę. Damian poopowiadał mi trochę o szczytach, które nas otaczały, m.in palcem wskazał na Kończystą, na której byliśmy we wrześniu zeszłego roku. Uświadomiłam sobie, że znajdujemy się na przeciw Stwolskiej Przełęczy, z której widok bardzo mnie wtedy zachwycił.  

Zostało nam jeszcze pokonanie żlebu i 500 metrów przewyższenia. Musieliśmy trochę podkręcić tempo, gdyż w powietrzu wisiało ryzyko, że ze szczytu niewiele zobaczymy.

W żlebie. Łydki pracują :)

Pora na wykorzystanie targanego sprzętu. Własnej roboty szabla śnieżna pilnowała naszych plecaków w żlebie.


Ostatnie metry do szczytu pokonujemy po skalnych płytach zabezpieczonymi metalowymi klamrami. Zima w tym sezonie nie była zbyt intensywna, stąd w ogóle nie są przysypane śniegiem. Skitourowcy zjechali na dół, więc z górą zostaliśmy sam na sam.

Po pokonaniu płyty z klamrami, czekała na nas jeszcze ...jedna płyta. Tym razem z pomocną dla psychy liną.


Jeszcze jedna lufa do pokonania i mamy szczyt!

No i mamy te rozległe widoki, o których wspominał Tytus Chałubiński.

Tatrzańska cisza.


Drugi wierzchołek Wysokiej.

Udało się nawet zrobić wspólną fotę :) Dobrze, że na szczycie mocno nie wiało!

Zawsze jak jesteśmy na szczycie, czujemy się trochę nieswojo i nie lubimy nadwyrężać gościnności góry, dlatego nasze cztery litery szybko kierujemy z powrotem do żlebu. Do pozostawionych plecaków schodzimy asekurując się przy pomocy własnej liny.

Jak zawsze w najmniej odpowiednim momencie, lina lubi się plątać.

Szabla śnieżna spisała się wzorowo :)


Ciężki chmury wiszą nad górami. Pewne jest, że już nic więcej w tygodniu nie ugramy.

W bardzo dobrym tempie udaje nam się znaleźć się z powrotem na Siarkańskiej Przełęczy. Drogę schodzenia wybieramy bardziej lajtową - przez Rumanową Dolinkę, intensywnie obleganą przez skitourowców, a następnie Doliną Złomisk  do Popradskiego Plesa.

Zamiast na prawo, skąd przyszliśmy - odbijamy na lewo do Rumanowej Dolinki. Żegnamy się z Siarkanem, którego zdążyłam już ochrzcić na Siarczana :)


Zawsze schodząc w takich warunkach, jak bumerang wraca temat zakupu snowblade'ów, które znacznie przyspieszyłyby nasz powrót do domu.


No, ale nic. Trzeba stosować bociani chód.

Mogłoby się wydawać, że nic w drodze powrotnej nie powinno nas już zaskoczyć. Trasa znana. Potrzeba jedynie jeszcze wykrzesać z siebie ostatnie pokłady energii. Gdy całe napięcie już puszcza i człowiek czuje się już w miarę bezpiecznie, daje o swoim istnieniu znać największa wredna małpa naszego organizmu jakim jest pęcherz moczowy. Nikogo na horyzoncie, więc  teoretycznie nie trzeba było nawet koniecznie szukać jakiegoś ustronnego miejsca. Ba! Poza tym nawet takiego nie było - dogodne warunki znalazłabym dopiero poniżej poziomu lasu, do którego mieliśmy jeszcze kawał drogi. Wiadomo również odkąd świat istnieje, że kobiety w życiu mają zawsze trudniej od mężczyzn. Kończąc te dywagacje, podsumuję tylko, że jeszcze nigdy w życiu tak szybko nie zakładałam gaci na tyłek. Nagle, wielki helikopter wyleciał zza Kaczego Muru jakby miało się odbyć jakieś bombardowanie. Nisko zatoczył nam nami okrąg i wrócił z powrotem skąd przyleciał. Kamień spadł mi z serca, że nikt z tego helikoptera nie zjechał na linie. Niewątpliwie ekipa w nim musiała mieć ze mnie niezły ubaw.

Gdy minęliśmy schronisko i zostały nam do pokonania ostatnie 4 kilometry asfaltowej drogi, zaczęliśmy z Damianem analizować, co to był za helikopter, gdyż nie był on w kolorze HZS'u.

Dobrze, że nas już tam nie ma.

W momencie zamknięcia drzwi i odpalenia silnika, zaczął kropić deszcz. Po przekroczeniu granicy na Łysej Polanie jechaliśmy do Zakopanego już w totalnej ulewie. Na moment wspomniałam Wysoką i to co się musiało na niej wtedy dziać. Dobrze, że wracaliśmy już do domu...

10 komentarzy :

  1. "Tatrzańska cisza". Jak dobrze, że są jeszcze miejsca i sytuacje, w których nie jest to oksymoron :)
    Gratulacje za wejście, Wysoka to jedno z moich tatrzańskich marzeń. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cud, miód wycieczka :) Wysoka w zimie to zacny cel. Swoją drogą, faktycznie dość szybko Wam się ta pogoda zmieniła. Ale najważniejsze, że panorama ze szczytu uwieczniona zarówno na zdjęciach, jak i w pamięci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że w porę udało nam się stamtąd zwinąć. Po nocy, lawinówka podskoczyła w Wysokich Tatrach do dwójki, więc trochę tego śniegu popadało.

      Usuń
  3. Pogoda Wam się udała, pomimo deszczu na końcu. Widoki mogą nacieszyć oczy, my jednak wolimy oglądać Tatry z okolicznych pasm :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No, no, piękna trasa :-)
    Do książki szczytowej się wpisaliście?

    Gratuluję wiosennej Wysokiej :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że wpisaliśmy się do książki :) Zaraz pod wpisem z 5 kwietnia.

      Usuń
  5. Fajowa wycieczka - piękna pogoda, piękne widoki (zdjęcia też świetne), a koziołek rozkoszny (jako koziorożec, mam ogromną słabość do tych zwierzaków).
    Pozdrawiam, Asia z Halika

    OdpowiedzUsuń
  6. "Własnej roboty szabla śnieżna pilnowała naszych plecaków w żlebie." - Z czego zrobiliście szablę śnieżną? Jakiej długości?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szable mają długość 50cm i są wykonane z aluminiowego kątownika 40x2mm z Castoramy :)

      Usuń
  7. Super wycieczka... Tylko pozazdrościć...
    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń