10 sierpnia 2014

Hochalmspitze 3360 m n.p.m

Wysokie Taury kojarzą się przede wszystkim z najwyższym szczytem Austrii – Großglocknerem (z niem. Wielki Dzwonnik). Temat tej góry zapewne będzie do nas wracał jak bumerang i pewnego dnia spróbujemy się z nią zmierzyć. W tym roku jednak, zdecydowaliśmy się na inną górską opcję, należącą do tego samego pasma górskiego. Hochalmspitze stojący jakby za plecami Großglocknera, urzekł nas na tyle, że wygrał alpejski przetarg :)



Zajechaliśmy na parking przy tamie-zaporze Gößkar lekko przybici. Przygody na Traunstainie (link do relacji), trochę odebrały nam wiarę w cały zamysł alpejskiego wyjazdu. Tą atmosferę podtrzymywała także pogoda, która nie napawała optymizmem. Nie mieliśmy cienia szansy na jakąkolwiek poprawę czy chociażby jedno okno pogodowe. Front nadciągający z zachodu był nie do przeskoczenia. Z tym faktem po prostu musieliśmy się oswoić, pogodzić a nawet polubić.


wtorek, 22 lipca 2014

Z wypełnionymi po brzegi plecakami ruszyliśmy w kierunku schroniska. Prawa fizyki mocno spowolniły nam tempo, ale dla nas na szczęście nie miało to dużego znaczenia. Tego dnia planowaliśmy jedynie spacer na Winterleitenkopf -małą jak na okolicę przyschroniskową górkę.

Idziemy do schroniska Gießener Hütte.

"Po co idziecie tak wysoko, skoro tutaj są najlepsze kąski?!" :)

W progach Gießener Hütte powitał nas Nori - czarny labrador, który błyskawicznie zaczął plątać się między nogami. Nie wiem czemu, ale to właśnie mnie zaczął molestować swoją zabawką - kawałkiem sznura. Damian wykorzystując sytuację szybko czmychnął od razu do środka, by dowiedzieć się o nocleg. Kiedy udało mi się schować przed Norim, usłyszałam polski język dobiegający z korytarza. "Czy ja na pewno jestem w Austrii?" - z obślinionymi przez psa spodniami, ale z uśmiechem na twarzy przywitałam się z Anią, która na letni sezon podjęła się pracy w tym dość odległym od cywilizacji miejscu. Okazało się, że w schronisku pracują jeszcze dwie Polki. Zaczerpnęliśmy od nich najcenniejszych informacji, m.in o zasięg w telefonie, który pojawia się tylko w dwóch konkretnych miejscach. Jednym z nich była właśnie schroniskowa górka Winterleitenkopf.

Schronisko Gießener Hütte 2215m n.p.m

Pierwszy raz miałam okazję zobaczyć na żywo Szarotkę alpejską!

Po zalogowaniu się do pokoju, ruszyliśmy na poszukiwania zasięgu. Zależało nam na kontakcie ze światem, głównie z powodu uzyskania jakichkolwiek informacji o prognozie pogody. W drodze na szczyt, pojawiły się pierwsze kreski w telefonie. Damian otworzył w komórce stronę mountain forecast. Zaczął na głos wyczytywać po angielsku opis na najbliższe trzy dni. "Super...rain showers, rain showers" - przy głębokim wydechu zaczęłam w kółko to powtarzać. Postanowiłam szybko zasięgnąć drugiej opinii, mając nadzieję że wyczytane kilka zdań jest mocno przesadzonych i asekuracyjnych. Wysłałam meldunkowego smsa do Łukasza z prośbą o pogodowe wsparcie. Odpowiedź uzyskaliśmy niestety bardzo podobną....

Winterleitenkopf 2518m n.p.m

Widok z Winterleitenkopf. Od lewej widoczny lodowiec Schwalben'kees oraz szczyty, którym zabrakło kilkudziesięciu metrów do miana 3tysięcznika.

Mieliśmy nadzieję, że ze szczytu zobaczymy naszą drogę na Hochalmspitze. Nic z tego!

Wróciliśmy do schroniska, które znacznie opustoszało już od turystów. W naszym malutkim pokoju przedyskutowaliśmy jeszcze raz prognozy pogody oraz realne szanse na wyjście w góry. Damian szczerze stwierdził, że bez sensu przeczekiwać w schronisku niepewną pogodę, bo niesie to ze sobą ryzyko, że nigdzie nie wejdziemy, a Nori zamęczy nas na śmierć. Wisiały w powietrzu też szanse, że z dnia na dzień zamiast się polepszać, aura za oknem będzie coraz gorsza. Zgodnie podjęliśmy decyzję, że następnego dnia rano zdecydujemy, gdzie spróbujemy wejść.

"Każdemu schronisku kot!"

środa, 23 lipca 2014

Gdy wstaliśmy rano następnego dnia, za oknem niebo nie było jakoś mocno fatalne. Nie mogliśmy jednak się nastawiać, że w takim stanie pozostanie przez cały dzień. Ruszyliśmy wspólnym szlakiem na oba szczyty, które mieliśmy na uwadze. Na rozwidleniu Damian zapytał: "To jak? Sauleck czy Hochalmspitze?". Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Błagalnym wzrokiem spojrzałam w kierunku grani, która i tak była przysłonięta chmurami. "Sauleck czy Hochalmspitze.. Nie wiem! To jak wybieranie mniejszego zła" - zaczęłam przeciągać podjęcie decyzji. Damian zaczął kręcić głową z niecierpliwością. Bez konkretnej odpowiedzi wybrałam ścieżkę w kierunku Hochalmspitze...

Godzina 7:00 rano. Wychodzimy ze schroniska.

Na Rudolstädter Weg, szlaku o numerze 536.
Salamandra czarna.

Będąc na wysokości około 2600m n.p.m zaczęły się przedzierać z nad grani Winterleitenkopf pierwsze promienie słońca. Może jednak nie będzie tak źle? Zatrzymaliśmy się na chwilę przy małym, ale bardzo pięknym górskim stawie. Nie mogłam się napatrzeć na jego nieskazitelnie błękitną barwę. Damian w tym czasie wyciągnął mapę z plecaka. "Dojdziemy do lodowca i zdecydujemy co dalej" - przekazał mi dalsze plany. "Ok" - krótko potwierdziłam podczas przeciskania przez głowę polarowej bluzy. Słońce, które tak szybko się pojawiło, zniknęło po kilku minutach, co spowodowało ponowne ochłodzenie. W pewnym momencie usłyszeliśmy jakby grzmot. "Burza? No to pozamiatane. Możemy zwijać żagle i kierować się do portu" - krzyknęłam do Damiana. Wiadomo, że taki sygnał nie pozostawia żadnych wątpliwości co do wycofu. Coś mi jednak nie do końca pasowało. Zaczęłam wytężać wzrok w celu lokalizacji tego dziwnego, trwającego kilka sekund huknięcia. Okazało się, że zerwały się małe seraki i to one podniosły nam na moment tętno. Na szczęście to bardzo niebezpieczne zjawisko odbyło się w niezagrażającym dla nas miejscu.

Teren zaczął się zmieniać. Coraz większa ilość śniegu zapowiadała, że do lodowca Trippkees mamy coraz bliżej.

Sauleck w chmurach.

Po kilku głębokich wdechach, ruszyliśmy dalej, zgodnie z przyjętym przez nas planem. Niestety pokonując kolejne metry przewyższenia, zauważyłam na kurtce pierwsze krople deszczu. "Niedobrze" - skwitowałam do siebie, spoglądając  na kamienie, przez które przedzierał się niesforny strumyk - wykropkowane znaki prowadziły właśnie wzdłuż jego biegu. Damian wydawał się tym być w ogóle nie przejęty. Narzucił szybsze tempo i zniknął mi z pola widzenia. U mnie natomiast pojawił się mętlik w głowie - "czy to nie jest moment by dać sobie spokój"? Na dobre zaciągnęły się ciężkie chmury. Kompletnie nie wiedzieliśmy ile mamy do lodowca. Widzialność na jakieś 20 metrów, nie dawała nam jakiegokolwiek punktu odniesienia. Bazowaliśmy jedynie na wysokościomierzu.

Przy progu lodowca Trippkess zaczęło porządnie lać. Ubraliśmy na buty raki, mając w duszy jakiś dziwny spokój i opanowanie. Nie mam kompletnie pojęcia dlaczego w tym momencie nie wkradła się panika. Wręcz odwrotnie. Związaliśmy się liną i ruszyliśmy po lekko zarysowanych śladach. Dystans jaki mieliśmy do pokonania lodowcem był krótki. Pierwsza połowa była o umiarkowanym stopniu nachylenia, druga cześć ostro wypiętrzała się. Po około 30 minutach stanęła przed nami wielka skalna ściana, a przy niej dosyć spora szczelina brzeżna, w której dostrzegliśmy metalowe ubezpieczenia.

Szpieg z krainy deszczowców w szczelinie brzeżnej.

By dosięgnąć ubezpieczeń musieliśmy wejść do szczeliny brzeżnej. Oboje wpięliśmy lonże via ferratowe w metalową linę. Nie zdecydowaliśmy się jednak na schowanie liny używanej na lodowcu do plecaka. Ruszyliśmy w górę asekurując się sprzętem via ferratowym jak i liną. Nie było to aż tak głupie posunięcie. Idąc od przełęczy przy Steinerne Mandln w kierunku Hochalmspitze, są miejsca gdzie jest brak ubezpieczeń i nie zawsze droga prowadzi stricte granią, lecz poniżej - po lodowcu Hochalmkees, który jest bardziej rozległy i przede wszystkim ewidentnie uszczelniony.

Przy pomocy ubezpieczeń, wchodzimy na przełęcz. W pewnym momencie po prawej stronie dynamicznie przesuwający się deszczowy front, odsłania...

Steinerne Mannln 3158m n.p.m

Gdy zobaczyłam tą spektakularnie wypiętrzoną turnię, krzyknęłam do Damiana, który walczył w tym czasie z zablokowanym na metalowej linie karabinkiem. Gdy obrócił się w moją stronę, szybko wskazałam palcem na to, co zaczęło się odsłaniać po naszej prawej stronie. "Może najgorsze już za nami. Chodź! Musimy szybko dostać się na przełęcz" - odkrzyknął z jakbym już lekkim wyluzowaniem w głosie. Przyznam szczerze, że widok tej turni trochę mnie przestraszył. Wspinając się po kolejnych skalnych półkach, zaczęłam się zastanawiać, co dla mojej psychiki i wzroku będzie lepsze. Rozległe panoramy i Alpy po horyzont, czy mleko, które ograniczy widok przepaścistości grani. Gdy udało się nam wyjść na przełęcz, zobaczyliśmy, że była to jedynie mała dziura we froncie, a najgorsze jest dopiero przed nami.

Jesteśmy na grani.

Nie widzieliśmy szczytu. Nie widzieliśmy kompletnie nic! Poderwał się wiatr, a potem zaczął odbijać się od naszych kasków grad. Pomimo ponownego pogorszenia się warunków pogodowych, szliśmy granią dalej. Czuliśmy się subiektywnie bezpiecznie, przypięci do ubezpieczeń w trochę trudniejszych technicznie miejscach. Zaczęliśmy też uważniej pilnować istotnych dla nas czerwonych kropek, które dawały nam pewność, że w końcu zobaczymy krzyż na Hochalmspitze.

Podejście na przedwierzchołek Schneeige Hochalmspitze.

Eksponowany odcinek grani.

Przemoknięte rękawiczki. Jeszcze tego brakowało na tej grani.

W otaczającej nas  mgle, pojawił się w końcu zarys szpiczastej kopuły szczytowej. Tylko gdzie ten krzyż? Czyżby widzialność była aż tak bliska zeru? Do pokonania mieliśmy jeszcze jedną, pochyłą skalną półkę. Trzymając się jej krawędzi, przeszedł ją najpierw Damian -  "Jest krzyż! Dawaj, robimy szybko fotę i spadajmy stąd, bo zaczyna się robić mocno nieprzyjemnie!" - krzyknął. 

Ostatnie metry do szczytu.

Hochalmspitze 3360m n.p.m
Nie było uśmiechów. Nie było uścisków. Jedna szczytowa fota przewidziana dla każdego i jednogłośnie zarządzony natychmiastowy odwrót.

Podejmując się wejścia na Hochalmspitze, planowaliśmy zejście drogą Detmoder Grat do przełęczy Lassacher Winkelscharte 2856m n.p.m. W trakcie naszych zmagań na grani, ustaliliśmy, że do schroniska wrócimy jednak tą samą drogą. Taką decyzję wymusiły na nas dynamicznie zmieniające się warunki pogodowe. Po prostu nie byliśmy w stanie przewidzieć co nam front zafunduje za minutę. Gdy podczas naszego wejścia na szczyt, pojawił się grad i ciężkie chmury, nie marzyliśmy, że niebo jeszcze tego dnia się zmieni. Przekreśliliśmy już szanse na jakąkolwiek poprawę. Front nas jednak zaskoczył. Dał nam na chwilę odpocząć od deszczu. Dał nam nawet na chwilę możliwość popatrzenia ślepiami prosto w słońce!

W pewnym momencie pułap chmur zaczął się podnosić. Odsłonił nam między innymi widok na rozległy lodowiec Hochalmkees.

Na grani poczuliśmy przedzierające się przez chmury promienie słońca.

Nie pomyślelibyśmy, że pogoda da nam jeszcze tego dnia powody do radości.

Na ostrzu grani :)

Żegnamy się z granią. Schodzimy znanymi już dla nas ubezpieczeniami na prawo - prosto do paszczy szczeliny brzeżnej.


Że niby się nie boję...


Uczucie skraplania się lodowca na nosie nie było przyjemne. 

Podczas wychodzenia ze szczeliny brzeżnej zaliczyłam kolejny wzrost tętna. Na krawędzi szczeliny poślizgnęłam się, zaliczyłam obrót o 180 stopni i zawisłam na wbitym wcześniej czekanie. Uffff... Szybko wybiłam stopnie butami. "Ok! Stoję stabilnie. Możesz iść" - krzyknęłam do Damiana, który stał jeszcze przypięty do metalowych ubezpieczeń. Niebieskie niebo, które podrasowało trochę stan psychy jeszcze nie tak dawno, znowu zaczęło znikać w morzu chmur. Front ponownie szykował dla nas pokonywanie lodowca w strugach deszczu. Na szczęście jednak, tym razem widzialność była dużo lepsza - mieliśmy widoczne punkty odniesienia. Dużo łatwiej było nam ocenić odległość do szlaku.

Poletka śniegowe na zejściu.

Będąc na lodowcu wkręciła mi się do głowy piosenka. Znikąd! To były pierwsze odznaki rozluźnienia. "Life is a moment in space, when the dream is gone, it's a lonelier place... I am a woman in love and I'd do anything to get you into my world and hold you within.." Nucąc w kółko te kilka wersów, dopadło mnie  w końcu olśnienie. Damian?! - zawołam lekko skonsternowana. "Jaka piosenka towarzyszyła kiedyś Kurtyce w Himalajach. Kojarzysz? Opowiadał o tym z takim typowym dla niego przejęciem?". "Nie pamiętam, chyba Barbary Streisand, a co?" - odpowiedział mi z zaciekawieniem w głosie. "Wiesz, on chyba nie jest takim świrem. Bo mam to samo. No chyba, że ja też już zaczynam fiksować" - zaczęłam nucić na głos melodię znanego muzycznego hitu. Pamiętam, że Kurtyce to dziwne zjawisko wytworzyło się po przez tarcie liny na zmrożonym śniegu, podczas schodzenia lodowcem. Kurcze, może faktycznie coś w tym jest? Naprawdę, przed wyjazdem w ogóle nie rozmawialiśmy ani o Wojtku, a tym bardziej o Barbarze.

Zaczął padać znowu ostry deszcz (dopiero co wyschły nam kurtki!), ale nie zrobiło to już na nas jakiegokolwiek wrażenia. Najbardziej kluczowe momenty już przeszliśmy - pozostał nam jedynie powrót ewidentnym szlakiem do schroniska. Na dobre wróciła nam mowa. Zaczęliśmy więcej wymieniać się między sobą spostrzeżeniami czy emocjami jakie nami targały podczas wejścia na szczyt. Wcześniej praktycznie komunikowaliśmy się ze sobą bez słów.

 "Jak wrócimy do schroniska to wygłaskam Mause'a i posłucham jego mruczenia w ramach odstresowania się" - oznajmiłam stanowczo o swoich zacnych planach. Damian uśmiechnął się tylko po czym stwierdził: "a ja napcham się Speck'iem mit Ei i popiję Radlerem z radości, że nie muszę już tam wracać".

Mause -schroniskowy kot.

Nasza  droga. Zdjęcie zrobione następnego dnia po zdobyciu Hochalmspitze. Pogoda nie utrzymała się w takim stanie zbyt długo. Po południu przeszła burza z kilkugodzinnym ulewnym deszczem.

Zooming na Hochalmspitze z poziomu schroniska. Zdjęcie zrobione następnego dnia po wejściu na szczyt.

Ta czarna plama z antentką to właśnie Nori :)

Zdjęcie zdjęć znajdujących się w jadalni schroniska.
Znajdź różnice :)

Kilka przydatnych informacji i naszych spostrzeżeń:

Giessener Hutte nie prowadzi sprzedaży map. Nam udało się kupić za 10 euro w informacji turystycznej (szary, nowoczesny budynek) w małej miejscowości Malta, wydawnictwa Alpenverein. Obok jest także bank i bankomat. Ostatnia szansa, żeby podreperować finanse!

W planach mieliśmy przejście fragmentu grani zwanej Detmolder Grat – niestety warunki pogodowe podczas naszego pobytu zmieniały się dość dynamicznie, stąd musieliśmy zmodyfikować plany. Według naszych spostrzeżeń, na tą ciekawą grań warto zabrać lonżę via ferratową.  

* Jesteśmy członkami OEAV, za nocleg w Zimmerlagerze (pokoju 2-osobowym) zapłaciliśmy po 10euro/os/noc. Prysznic płatny 2 euro. Ceny z 2014r.

* Trippkees to mocno wytopiony lodowiec. Stan na mapie nie pokrywa się z rzeczystością. 

* Nad zaporę, przy której jest bezpłatny plac parkingowy(na ponad 1600m n.p.m) prowadzi 14 kilometrowa, miejscami wąska, kręta i stroma szosa. 


20 komentarzy :

  1. Wielki szacunek w Waszą stronę za odwagę i w ogóle podziwiam osoby wspinające się po linie na szczyt. A planujecie może wejście na Mont Blanc? Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcielibyśmy w niedalekiej przyszłości spróbować wejść na jakiś 4tysięcznik. Niekoniecznie zaraz Mont Blanc, ale jak będzie okazja to też nie pogardzimy. Pożyjemy, zobaczymy :)

      Usuń
  2. Heh, a ja miałem w tym roku właśnie w planie tą część Wysokich Taurów. Przypadek, a konkretnie fakt, że udało się trafić na super tanie bilety lotnicze w pewne miejsce, które zawsze mnie interesowało, sprawiło, że oferta austriackiego wypoczynku została odrzucona. A w planie były pewnie znane Wam szczyty: Ankogel, Sauleck, Petzeck.. i kilka innych jeszcze. Hochalmspitze również było przez pewien czas na celowniku, ale że to zdecydowanie trudniejsza i przede wszystkim wymagająca sprzętu górka, to odpadła ;) Patrzę na zdjęcia i widzę, że w Taury na pewno się wybiorę. Rewelacyjne tereny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybierz się, wybierz! Ja jak tylko będę miała możliwość zawitania tam ponownie, to chciałabym spróbować tej super ekstra via ferraty na Sauleck.

      Usuń
  3. Fajna trasa, szkoda tylko, ze warunki nie pozwolily na pelne podziwianie widokow ze szczytu. Ale i tak nie bylo zle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z dwojga złego lepsze były już takie warunki niż jakby nas doświadczyła burza na grani. Szkoda tych zasłoniętych widoków, szkoda. Ale te zmieniające się warunki też w sumie miały swój urok i dodawały "pazura" ;)

      Usuń
  4. Przeczytałam z zapartym tchem, niezła przygoda, fantastyczne zdjęcia (pomimo gorszych warunków). Salamandry i szarotek bardzo zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszyłam się jak dziecko, gdy zobaczyłam szarotkę! Świstak w Alpach zaliczony, wciąż poluje na jakiś egzemplarz, który zamieszkuje nasze Tatry :)

      Usuń
  5. Kurcze, pięknie tam, szczególnie ta wąska grań. Wysokie Taury od jakiegoś czasu są w mojej strefie marzeń, kto wie, kto wie... :) Całe szczęście, że teraz obyło się bez spadających kamorów, ale emocji to Wam nie brakowało... W każdym bądź razie, szacun! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! To w jakich warunkach była nam dane zdobyć szczyt na długo zostanie w naszej pamięci. I ten widok Steinerne Mannln... jak sobie o nim przypomne to od razu mam ciarki!!! Ale i tak było super! Polecam Wam bardzo.

      Usuń
  6. Szkoda, że taka pogoda się trafiła, choć z drugiej strony to było jedyne "okno pogodowe" w tym czasie w tej części Europy. W każdym razie udało sie zdobyć szczyt i nazbierać kolejnych doświadczeń. Teraz pora już chyba na coś +4000?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A będziesz odległościowym "panem pogodynem" na wyprawie? ;)

      Usuń
  7. Gratuluję zdobycia szczytu! Brawo!
    Pomimo niepogody zdjęcia są super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy :) Naprawdę myślałam, że wrócimy z mlecznymi zdjęciami do domu, ale na szczęście aparat był w ciągłej gotowości i udało się złapać kilka widoków.

      Usuń
  8. Świetny opis, no i zdjęcia (w szczególności to z wyłaniającą się turnią). Gratuluję zdobycia szczytu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta turnia to będzie chyba mój tegoroczny "pupilek" :) Pozdrawiam!

      Usuń
  9. Coś pięknego, rewelacyjne zdjęcia, kawał dobrej roboty. Zazdroszczę trasy, widoków i tego co czuliście. Pozdrawiam i do zobaczenia na szlaku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam Twoje świetne zdjęcia z miejsc tak bliskich i bardzo dobrze mi znanych na Dolnym Śląsku, że aż sama byłam zaskoczona w jakim pięknym województwie mieszkamy. Do zobaczenia na szlaku! Dziękuję za odwiedziny :)

      Usuń
  10. cześć ! Ja także z moimi dwoma przyjaciółmi byłam na Hochalmie, konkretnie 2.08 br, pogody też nie mieliśmy jakiejś rewelacyjnej, ale i tak było cudownie ! schodziliśmy Detmolder Grat , jest zdecydowanie warta polecenia!Co do Ani... Nawet chcieliśmy ją jakoś odnaleźć, ale nie bardzo wiedzieliśmy jak :( Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może Ania z końcem lipca zdecydowała się wrócić do Polski, bo nie wykluczała takiej opcji. Trochę mi szkoda, że nie poszliśmy Detmolder Grat, ale ten grad już do reszty psychicznie nas zblokował z takim pomysłem. A jak tam Mouse? Tęsknie za nim :) Pozdrawiam!

      Usuń