22 grudnia 2014

Watzmann 2713 m n.p.m


Mieliście coś takiego, że to góra „wybrała” kolejną górę? Pokazała paluszkiem i szepnęła do ucha – jedź tam i wejdź! Doświadczyłam tego w Wysokich Taurach, kiedy to siedząc już bezpiecznie w jadalni Giessener Hutte po psychicznie obciążającym, lipcowym wejściu na szczyt Hochalmspitze, chwyciłam jedną z wielu leżących na blacie książek. Damian w tym czasie zajadał się schroniskowymi specjałami, ja natomiast pochłaniałam kolejne strony, które udekorowane pięknymi zdjęciami, opisywały propozycje ciekawych motywów wyjazdowych w Alpy. Mruknęłam w pewnym momencie pod nosem, że na Watzmannie chcę być jeszcze w tym roku. Z nazwą góry już się wcześniej spotkałam - rozpoczynając współpracę z Klubem Wysokogórskim z Lubina, który szykował się na spotkanie z Wackiem ;) w jesiennej aurze. Przy przychylnych wiatrach udało się zebrać klubową ekipę i wyruszyć w kierunku Alp Bawarskich...


Ramsau bei Berchtesgaden to jedna z najdogodniejszych miejscowości startowych, z której rozpoczynają się szlaki turystyczne. Dojazd z Polski jest bardzo prosty, ponieważ droga praktycznie cały czas prowadzi autostradą przez Niemcy. Tylko ostatnie 30 km to przejazd przez lokalne miejscowości. Na miejscu (Wimbachklamm) parkingi, kibelki i informacja turystyczna. Jesteśmy tam późnym wieczorem, stąd decydujemy się na „spanie” w samochodach. Wiadomo, że to żadne spanie, ale nie czujemy spiny by wyruszać nocą szlakiem w kierunku schroniska Watzmannhaus. Podczas gdy próbujemy w powyginanych pozycjach przymknąć oko, przytoczę kilka informacji o naszym górskim celu i okolicy.




Watzmann należący do masywu Alp Berchtesgadeńskich, stanowiąc jednocześnie część Alp Bawarskich leży na terenie Niemiec, przy granicy z Austrią. Tworzą go w sumie cztery wierzchołki: Hocheck 2651m n.p.m, Mitellspitze 2713m n.p.m, Südspitze 2712m n.p.m oraz Kleine Watzmann 2307m n.p.m. Z górą jest związana legenda o bardzo okrutnym królu Watzmannie, który kiedyś rządził tą okolicą. Razem ze swoją rodziną terroryzował swoich podwładnych. Za swoje czyny zostali przeklęci i zamienieni w kamienie, które tworzą obecnie wszystkie wierzchołki. Szczyt jest najwyższym punktem leżącym w całości na terenie Niemiec (tak jak Kozi Wierch w Polsce). Słynna Ostwand (wschodnia ściana) mierzy ponad 1600m. W miejscowości Ramsau można na własne oczy zobaczyć słynne ujęcie kościółka z mostkiem na tle Alp Bawarskich, które często pojawia się na puzzlach do układania. 



niedziela, 9 listopada 2014

Przywitał nas całkiem przyjemny poranek, który zrekompensował niewygodną noc spędzoną w samochodach. Po śniadaniu, wyruszyliśmy w kierunku schroniska Watzmannhaus 1930m n.p.m. Do pokonania mieliśmy około 1400m przewyższenia. Szlak z numerem 441 początkowo prowadził nas szeroką, szutrową drogą, później już typowym górskim szlakiem. Podejście według tablic miało nam zająć około 4 godzin. Wszystkich zadziwiał ulatniający się zapach w powietrzu na szlaku. Czy to te bawarskie kwiaty, które już dawno przekwitły? Dopiero w schronie okazało się, że Jankowi wylało się malinowe piwo w plecaku i to ono umilało nam drogę. Ja mniej więcej po 2 godzinach drogi poczułam, że moje ramiona już mają dosyć ciężaru plecaka (niepotrzebnie zabrane hektolitry wody!). W sumie to odzwyczaiłam się od noszenia wgniatających w ziemię kilogramów na plecach. Ostatnie górskie wyjazdy były realizowane z dołączoną etykietką "x-lite" :) 

Na szlaku nr 441.

Klimaty alpejskie na szlaku.

Tak sobie spoglądałam na znikającą smugę jaką wytworzył samolot, gdy moją uwagę zwróciła pewna poruszająca się plama na grani...

...a to samotny Kóz Thomas z Bawarii.

Widoki ze szlaku.

Widoki ze szlaku.

Kleine Watzmann 2307 m n.p.m

Widoki ze szlaku.

Watzmannhaus jest sporym alpejskim schroniskiem, ale również i ono o tej porze roku jest zamknięte. Na ratunek często przychodzi w takich chwilach samoobsługowy schron (winterraum). Ten przy Watzmanhausie jest naprawdę bardzo sympatycznym domkiem, z podstawowymi rzeczami do przetrwania. Przygotowane drewno do pieca, zgrzewki piwa, koce, kibelek tuż obok. Za korzystanie z tych dobrodziejstw, płaci się do puszki. Zalogowaliśmy się do niego naszą 8-os grupką i jak się okazało podczas całej akcji górskiej byliśmy jego jedynymi mieszkańcami. Wodę pozyskiwaliśmy topiąc śnieg, który mniej więcej od tej wysokości zalegał już od kilku dobrych tygodni. Ja miałam okazję po raz pierwszy próbować słynnych liofilizatów. Te, które kupiłam na próbę były całkiem przyzwoite. Nieoceniona wygoda i niska waga - naprawdę warto kupić chociażby dla odciążenia kręgosłupa :). Po obiedzie przyszedł czas na podziwianie popołudniowych widoków, aż do zachodu słońca. Jak na miesiąc widniejący w kalendarzu, noc była zaskakująco ciepła, a w naszym domku panowała wręcz sauna! Podobno na strychu zamieszkują myszki, ale ja osobiście żadnej nie widziałam, ani nie słyszałam. Ogólnie męska część ekipy była zawiedziona, że te symaptyczne gryzonie nie robiły na dziewczynach jakiegokolwiek wrażenia. Po prostu twarde babki pojechały na tego Watzmanna! :)

Tam dalej pójdziemy następnego dnia.

Nasz domek :)

Winterraum oraz świetnie prezentujący się Kleine Watzmann 2307 m n.p.m


Jesień w dolinkach.

Dobranoc!

Skrawek mapy okolic Watzmanna.  Naszym celem było wejście na nawyższy wierzchołek Mitellspitze 2713m n.p.m

O godzinie 19 cała nasza grupa zapadła w sen, z nastawionymi budzikami na 3 w nocy. Chowając się w czeluściach śpiwora wciąż docierały do mnie odgłosy chrapania współtowarzyszy, które chyba zagłuszały "imprezę" na stryszku zorganizowaną przez  bawarskie myszki. 



poniedziałek, 10 listopada 2014

Prognozy pogodowe na dzień  wejścia na szczyt były bardzo rozbieżne, stąd w sumie nie byliśmy do końca pewni jakie warunki zastaniemy na grani. Po ogarnięciu power-śniadania, zastała nas już 4 nad ranem. Do plecaków wrzuciliśmy tylko potrzebny sprzęt (kaski, raki, uprzęże z lonżami via ferratowymi), a resztę ciężkiego sprzętu zostawiliśmy w schronie - jak cudownie! :) W świetle czołówek, na fragmencie stale zalegającego już śniegu pozakładaliśmy raki oraz uprzęże i... ruszyliśmy w górę! 

Na razie pogoda zapowiada się całkiem przyzwoita.

Klimaty o wczesnym poranku.

Przy wschodzie słońca, góry nabierają ciekawego kolorytu.

Wyjście z cienia.

Góry budzą się...

Zaczynamy podejście na Hocheck 2651 m n.p.m

Widoki na grani.

Czy to jeszcze jesień czy to już zima?

Hocheck 2651m n.p.m - pierwszy zdobyty przez nas wierzchołek ugościł nas silnymi podmuchami wiatru. By uchronić się przed nim schowaliśmy się na moment w schronie, w którym także przygotowaliśmy nasze lonże via ferratowe. Cały trawers masywu Watzmanna prowadzi długą i eksponowaną granią, momentami ubezpieczoną metalowymi linami. Naszym celem było wejście na najwyższy wierzchołek Watzmanna - Mitellspitze 2713m n.p.m. Przed nami więc było przejście połowy grani. Mieliśmy trochę utrudnione zadanie z powodu śniegu, który na pewnych odcinkach przysłonił wzmacniające psychę żelastwo. Trzeba było działać troszkę instynktownie, ale też bardzo sprawnie - na niebie ewidentnie coraz bardziej zaczęły się pojawiać przesłanki ku zmianie  pogody.

Z Narodową na szczycie!

Góry, a za górami góry.

Alpy nakrapiane śniegiem.

Chmurne kołderki.

Takie okienko.

A przez okienko taki widoczek.

Hocheck 2651 m n.p.m

Stojąc na szczycie nie mogłam się nacieszyć faktem, że naprawdę udało się zrealizować pomysł, który parę miesięcy wcześniej pojawił się w zupełnie innym górskim wymiarze, bo w dalekich Wysokich Taurach. Po prostu "...kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu" chciałoby się takie  dołączyć wytłumaczenie :) 

Powrót po własnych śladach.

Wyspa na morzu chmur.


Zejście ze szczytu po naszych wcześniej wydeptanych śladach nie sprawiło jakichkolwiek komplikacji. Każdy z osobna  zszedł swoim tempem - cała ósemka spotkała się w winterraumie. Potem pozostało już tylko pakowanie plecaków, jakiś obiad, posprzątanie schronu, powrót szlakiem do Ramsau i przejechanie kilkaset kilometrów do kraju.

Watzmannhaus 1930 m n.p.m

Watzmann tak jak przypuszczałam, zauroczył mnie do reszty i z wielką chęcią powróciłabym do jego świata ponownie. Być może z zamysłem przejścia całego masywu. Dziękuję klubowej ekipie za ten szczyt :) To był naprawdę niepodległościowo świetnie przedłużony  weekend listopadowy!

17 komentarzy :

  1. Wielka pozytywna zazdrość mnie przenika, rewelacyjne zdjęcia pozwalają poczuć przestrzeń a i relacja przednia! Pozdrawiam świątecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo, że nie mieliśmy lampy w dniu wejścia na szczyt, to w sumie może i dobrze. Ciekawsze zdjęcia wyszły. Cieszę się, że relacja się podoba. :) Autorkę takie komentarze tylko motywują do jeszcze lepszego prowadzenia bloga :) Pozdrawiam

      Usuń
  2. Fajna górka, ładna pogoda, czego chcieć więcej? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powrotu w Alpy Bawarskie! :D

      Usuń
    2. No ja nie mam nic przeciwko żebyście wrócili z kolejną porcją zdjęć i relacji :)

      Usuń
  3. Super zdjęcia i fantastyczne miejsce ;) Trochę mi się Triglav przypomniał jak popatrzyłem na tą wąską grańkę z przymocowanymi linami - słowem ekstra, bo lubię takie klimaty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Triglav też mi się marzy, ale odległościowo to już większy wypad trzeba organizować. Na razie czeka cierpliwie w kolejce. A Wy byliście na Triglavie? Zapodaj linka :)

      Usuń
    2. http://gorskiemarszruty.blogspot.com/2013/11/alpy-julijskie-urok-wapieniem-pisanym.html - pierwsza relacyjka :)

      Piękne te bawarskie wieczory i poranki :) Świetna relacja i fantastyczne widoki!

      Usuń
  4. Pięknie podziałałaś :-)

    Zazdroszczę, bo mi wyjazd niepodległościowy się nie udał. A Twój był rewelacyjny :-)

    To jakie masz kolejna alpejskie plany? :-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest kilka alpejskich planów na przyszły rok, w tym powtórka z nieudanego, tegorocznego Traunstein'a. Mamy nową linę, zobaczymy czy okoliczności pozwolą na drugie podejście. A co z Twoim listopadowym wyjazdem? Pogodowo się nie udało zgrać?
      Watzmann jest super :) Hochalmspitze wiedziało :D

      Usuń
    2. Jaką linę zakupiliście?
      Tak, nie trafiliśmy z pogodą, tzn wszystko było ok, tylko nie wiatr, który nazywał się halnym i nie dawał nam szans na realizację spacerów graniowych. Temu uznałem tamten wyjazd za nieudany.

      Usuń
    3. Kupiliśmy linę Millet Absolute Trx 9mm - 70 metrów.

      Usuń
    4. To teraz żadna droga i żaden zjazd w skałach Wam już n ie straszny :-) A i impregnacja jest. To teraz życzę udanych akcji z jej użyciem :-)

      Usuń
  5. U mnie sytuacja była taka, podczas wycieczki na Trojak, dostrzegłem Czernicę i już z ekipą wiedzieliśmy, że jeszcze w tym roku musimy się tam wybrać i się udało :) Można powiedzieć, że też góra wskazała górę :) Ps. Świetna relacja i zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to świetnie, że udało się. Właśnie o to chodzi, żeby realizować swoje górskie cele :), które przynoszą czysty zaciesz i radość :) Pozdrawiam!

      Usuń
  6. prześliczne wędrówki i ten maleńki domeczek, fajne przeżycia na całe życie. Pozdrowienia :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z wielkim sentymentem wspominam ten wyjazd. W takim okresie, kiedy są czynne schrony samoobsługowe w Alpach można poczuć to typowe oderwanie się od cywilizacji, która została gdzieś tam na dole. Baaardzo bym chciała powrócić na Watzmanna z myślą przejścia całej grani. Pozdrawiam serdecznie! :)

      Usuń