20 października 2016

Weissmies 4017 m n.p.m


O tym jak zdobyliśmy nasz pierwszy 4-tysięcznik - relacja tutaj. Skończyło się szczęśliwym powrotem na camping w Saas Grund. Przez całą noc targał namiotem wiatr, a padający deszcz próbował się przebić przez poliester. Nie daliśmy się jednak tak łatwo wygonić ze Szwajcarii. Byliśmy głodni przekroczenia ponownie magicznej czwórki. 



poniedziałek, 5 września 2016

Otrzymaliśmy smsem od znajomego prognozy pogody na najbliższe dni. Poniedziałek zapowiadał się na totalną klapę, ale na kolejny dzień zgodnych było kilka serwisów pogodowych - lampa! Planując wyjazd, mieliśmy oprócz Allalinhorn, opracowaną jeszcze jedną górę. Zdecydowaliśmy, że przekiblujemy w namiocie ten jeden dzień i spróbujemy powalczyć o drugi 4-tysięcznik - Weissmies 4017 m n.p.m należący do Alp Walijskich.

Masyw Mischabel, który pięknie góruje nad naszym campingiem schowany był w chmurach. Praktycznie cały dzień przesiedzieliśmy w namiocie. Temperatura powietrza znacznie spadła, zrobiła się naprawdę nieprzyjemna aura. Patrząc na takie warunki, nie do końca wierzyliśmy, że to załamanie pogody będzie tylko krótkim epizodem...

Na wieść o wyjeździe w góry lodowcowe zazwyczaj rodzina łapie się za głowę i zamartwia, znajomi robią wielkie gały i zżera ich zazdrość, a jak naprawdę wyjazd może wyglądać za kulisami? ;)

Siedzisz cały dzień w namiocie i gotujesz wodę na kisiel :D

Z czekanami  przy namiocie zamiast śledzi.

Na campingu zaczepił nas Szwajcar, który po południu zamierzał iść w góry. Dowiedzieliśmy się od niego, że na lodowcu Trift oberwał się w lipcu serak i przewodnicy dla bezpieczeństwa swoich klientów częściej prowadzają teraz drogą pierwszych zdobywców przez południowo-wschodnią grań od schroniska Almagellerhutte (2860 m n.p.m), która jest obiektywnie bezpieczniejsza (brak seraków i tak dużej ilości szczelin), ale jest za to znacznie dłuższa (brak możliwości wjechania wyciągiem). Droga ma wycenę PD (nieco trudno) i mogą występować trudności skalne (I) ze względu na małą ilość śniegu.

My chcieliśmy wykorzystać karty gościa, które umożliwiają darmowe przejazdy wszystkimi wyciągami w dolinie (wspominałam o tym w relacji z Allalinhorn), by móc zdobyć Weissmies w jeden dzień, idąc właśnie przez lodowiec Trift, przez północno-zachodnią ścianę, a następnie zachodnią granią na szczyt. Droga ma również wycenę PD (nieco trudno), ale jest śnieżno-lodowa i miejscami mocno eksponowana. Na kilku fragmentach nachylenie sięga do 40 stopni.

Informacja o niedawno zerwanym seraku trochę nas zaniepokoiła, tym bardziej że będąc jeszcze w domu czytaliśmy kilka relacji, w tym dwie polskie gdzie osoby były świadkami wpadnięcia innych zespołów do szczelin. Osoby te brały nawet czynny udział w akcji ratunkowej. W necie krążą też zdjęcia jak w niektórych sezonach kładzione są drabinki nad szczelinami (można poczuć się jak w Himalajach) bo lodowiec Trift do "sennych" nie należy.

Po przetrawieniu tematu, postanowiliśmy jednak nie zmieniać planów.

wtorek, 6 września 2016

Podjechaliśmy na parking pod kolejkę Hohsaas, która wjeżdża na wysokość 3142 m n.p.m.  Na tablicach widnieje jednak napis, że kolejka jest nieczynna z powodu silnego wiatru. Na szczęście okazało się, że jest to informacja z dnia poprzedniego, która nie została jeszcze zmieniona przez obsługę.

Zaczęły się pojawiać też osoby z przytroczonymi do plecaków czekanami. Ich widok nas trochę uspokoił, że pomimo tego seraka, jednak tutejsi śmiało decydują się na drogę przez lodowiec Trift.

Dopiero po przekroczeniu wysokości 3000 m n.p.m, wyjeżdżamy wagonikiem ponad granicę chmur i wtedy do nas dociera, że zapowiadana pogoda na ten dzień sprawdzi się w 100%.  W takich warunkach to już dawno nie byliśmy w górach. Pogoda-żyleta! Na powitanie zastaliśmy widok na Masyw Mischabel z pięknie prezentującym się najwyższym szczytem - Dom 4545 m n.p.m.

Takie powitanie w górach to ja rozumiem. Banan na gębie natychmiastowy.

W cieniu czterotysięczników.

Gdy wysiedliśmy z wagonika na górnej stacji kolejki, kilka zespołów od razu udało się w stronę lodowca. My natomiast zatrzymaliśmy się na chwilę przy drewnianej ławeczce w celu "docieplenia się", a następnie ruszyliśmy w pościg za innymi by nie zostać w tyle. By dotrzeć na lodowiec, trzeba najpierw przejść kilkaset metrów dość szeroką drogą, a następnie przebić się wzdłuż wielkich głazów moreny bocznej do miejsca gdzie lodowiec staje się bardziej płaski i mniej uszczeliniony. Przejście jest dość męczące, zwłaszcza idąc w skorupach. Mieliśmy na uwadze też to, że nie możemy się zbytnio guzdrać, ponieważ lodowiec wiecznie w cieniu nie będzie.

Idziemy przez głazy w stronę lodowca Trift.

Na ostatnich kamieniach, założyliśmy sprzęt lodowcowy. Widok seraków jak i samej drogi którą mieliśmy iść zrobił na mnie ogromne wrażenie. W takich okolicznościach w górach jeszcze nigdy nie byłam. Dobrze, że słońce jeszcze nie przedarło się na naszą stronę, bo dawało to pseudo-gwarancję, że nic nam nie spadnie na łeb.

Na wypłaszczeniu lodowca, wyprzedziliśmy jeden zespół, prowadzony chyba przez przewodnika, opóźniany mocno przez przydługawy instruktaż zachowania się na lodowcu. Trochę mnie podbudował fakt, że tym razem nie będziemy ostatnim zespołem wchodzącym na szczyt.  

No to ruszamy!

Pierwsze szczeliny.


Zespół na dole dalej stoi.

Stromym śnieżnym stokiem podchodzimy w najbardziej niebezpieczną część lodowca.

Widok na górną stację kolejki Hohsaas. 

Przyjemnie to nie wygląda.

Wydeptana ścieżka skręca w prawo i omija szerokie szczeliny. W pewnym momencie wąski chodniczek urywa się. Trzeba będzie skakać! Szerokość szczeliny nie jest na tyle duża, by była potrzebna drabina, ale nie na tyle mała by można było swobodnie stawić krok. Siłą rozpędu trzeba było się wybić tuż przy brzegu i ją przeskoczyć. 

Granica cienia i słońca oraz okoliczności w jakich prowadzi dalsza droga na szczyt.

W górnej części zdjęcia widoczna szczelina, którą trzeba było przeskoczyć.

Wyjście z cienia.

Szukaliśmy tego oberwanego seraka, o którym wspomniał Szwajcar. Damian nawet wskazał na jedno podejrzanie wyglądające miejsce. Ogólnie cała droga przez lodowiec Trift na długo pozostanie w mojej pamięci. 

Jesteśmy ponad serakami.

Gdy wyszliśmy na oświetloną przez słońce zachodnią część grani, do przejścia pozostał nam już tylko śnieżno-lodowy odcinek w przepięknych okolicznościach. Obiektywne zagrożenia związane ze szczelinami i serakami mieliśmy już za sobą. 

Zdjęcie zrobione przez okulary lodowcowe :)

Szczęśliwi zdobywcy przed którymi teraz przejście lodowca Trift.

Droga na Weissmies.

Od lewej: Monte Rosa 4634 m n.p.m,  Stralhorn 4190 m.n.p.m, Rimpfischhorn 4199 m n.p.m , Allalinhorn 4027 m n.p.m

Zachodnia grań.

I mamy szczyt!

Dziwne uczucie, bo na wierzchołku nie ma nic! Ani śladu krzyża, ino śnieg.

Zespoły wchodzące od strony południowo-wschodniej.

Damian z Narodową  na szczycie oczywiście obowiązkowo :)

Alpejski ogrom. Widok ze szczytu.

Portjenhorn, 3567 m. n.p.m.


Jezioro zaporowe Mattmark.

Lagginhorn 4010 m n.p.m 

Widok ze szczytu.

Z Masywem Monte Rosa :D

Weissmies, pomimo że leży trochę na uboczu i nie sąsiaduje z wielkimi kolosami, to jest bardzo ciekawym szczytem. Przede wszystkim oferuje piękne widoki na największe górskie gwiazdy Szwajcarii. Poza tym, przejście drogą od strony południowo-zachodniej nie jest takie banalne. W przeciwieństwie do grani Hohlaubgrat na Allalinhornie, droga od północnego zachodu na Weissmies praktycznie cały czas wiąże się z różnymi zagrożeniami obiektywnymi - szczeliny, seraki, kamienie...

Na szczycie jak to zawsze, nie zawojowaliśmy za długo, mimo że warunki pogodowe mieliśmy wymarzone. Chciało się zostać na górze i chłonąć te niecodzienne widoki. Niestety z faktem szybkiego zejścia trzeba było się pogodzić. Słońce już na dobre zaczęło operować po stronie lodowca. 

Czas schodzić.

Szczyt po lewej skojarzył nam się z Baranimi Rogami z Tatr Wysokich, ino w wersji alpejskiej :D

Ostatnie spojrzenie na szczyt.

Zeszliśmy tą samą drogą. Staraliśmy się utrzymać w miarę szybkie tempo. Wpływ słońca na śnieg był już widoczny. Jeszcze rano twardy beton, teraz śnieg na ścieżce był mocno rozmiękczony. To tylko jeszcze bardziej uświadomiło nas, jak temperatura może działać na seraki i mosty śnieżne. 

Martwiliśmy się trochę o stan szczeliny przez którą przeskakiwaliśmy. Na szczęście była w stanie nienaruszonym. 

Jesteśmy coraz bliżej zejścia z lodowca.

A to przykład szczelin występujących na lodowcu Trift.

Widok na naszą drogę. Po lewej stronie szczyt Weissmies.

I dla zobrazowania miejsca wydarzeń. Fragment mapy.

Ponownie  przedarliśmy się wzdłuż głazów i dotarliśmy do górnej stacji kolejki. Chwilę posiedzieliśmy na ławeczce wpatrując się w Masyw Mischabel. Ten widok zapamiętamy na długo...

-------------------------------------

Szwajcarski plan zrealizowaliśmy w 100%. Dwa czterotysięczniki - Allalinhorn oraz Weissmies otworzyły nowy górski rozdział, także na łamach bloga. Świat lodowców jest piękny, na pewno chcielibyśmy do niego powrócić w przyszłym roku. Jak będzie, czas pokaże. Jedno jest pewne - świstaki z Saas Fee już nas wypatrują :)




24 komentarze :

  1. No w takich warunkach pogodowych być w górach to ja rozumiem ! Gratulacje wykonania planu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raz na jakiś czas się taki warun trafi w górach. Jak ślepej kurze ziarno :P

      Usuń
  2. Genialna relacja! Świetne jest to pierwsze pionowe zdjęcie, widać skalę wyzwania :) No a te chmurki w dolinie rano? Poezja :) Gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak stanęłam na tym wypłaszczeniu lodowca, to zastanawiałam się gdzie tam wśród tych seraków droga prowadzi :)
      A te chmurki w dolinie na dzień dobry były wyborne! :D

      Usuń
  3. Świetna wyprawa :) Ja w przyszłym roku wybieram się w rejon Mischabel :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czad! Warunki cudowne. Gratulacje!
    A co do szczelin, to od samego parzenia na zdjęcia jakoś mi słabo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielkość szczelin robiła spore wrażenie. Pierwszy raz musiałam też przez jedną przeskakiwać. Także były emocje jak na jagodach ;)

      Usuń
  5. 2x4000! :) Gratulacje. :) Rzeczywiście można tam dostrzec Baranie Rogi. :) Piękna zima tego lata, pogoda żyleta, tylko pozazdrościć takich warunków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alpejska wersja Baranich Rogów to Alphubel 4206 m n.p.m :)

      Usuń
  6. Pikawa stawa:P Gratki!
    Dla mnie szwajcarskie górki pozostaną dostępne jedynie do wysokości, do której dowiezie mnie kolejka ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam, szwajcarskie górki to nie tylko 4 tysięczniki ;) Jest mnóstwo szlaków, z których są piękne widoki i nie potrzeba kolejki :)

      Usuń
  7. Fantastyczne zdjęcia i świetna relacja. Gratulacje za udane wejście. Pięknie tam, tak wysoko.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jeszcze raz wielkie gratulacje za kolejne 4K. Zdjęcia wspaniała. Nas też coś zauroczyło w lodowej wędrówce po wejściu na Zuckerhutl, mimo szczelin jest to coś fantastycznego. Tak dalej trzymajcie :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygooglowałam sobie ten Zuckerhutl. Kawał fajnej góry! No i ta "słodka" nazwa! :D Szczyt ląduje w moim zeszyciku górskich planów :)

      Usuń
  9. Widok szczeliny lodowca na zdjęciu mnie przeraził, ten ogrom, to niebezpieczeństwo czyhające na turystów. Dziękuję za tak wspaniałą relację, czekam na więcej. Powodzenia na szlakach! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomimo, że Weissmies jest jednym z najniższych czterotysięczników to lodowiec do bezpiecznych nie należy. Z resztą każdy lodowiec trzeba traktować poważnie... chociaż te austriackie na których byłam to jeszcze pare lat i będą w śladowych ilościach.

      Usuń
  10. Brawo! Brawo! Brawo!
    Za kolejną pokonaną granicę!
    Za piękne zdjęcia!
    Za ciekawą relację!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to było przekroczenie mojej kolejnej granicy:) Z resztą Jolu, Ty to dopiero jesteś mistrzynią w pokonywaniu granic! Bardzo Cię podziwiam i kibicuję! :)

      Usuń
    2. Hmmmm, a kto ostatnio "biegał" po ferratach w Dolomitach. Z tego co mi wiadomo, to one takie poziome nie są :P

      Usuń
  11. Piękne widoczki! Aż miło popatrzeć! Znane mi te tereny i aż uśmiech mi się pojawił, jak zobaczyłem morze chmur pod Taschhorn i pod Domem. Miałem dokładnie takie samo i wiem, co musiałaś czuć. Takie widoki zostają na trwałe w pamięci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kiedy byłeś i jakie szczyty zdobyłeś? :) Tak, taki widok nie przytrafia się często.

      Usuń