14 lutego 2017

Skiturowe Karkonosze - odcinek 5


Na nadchodzący sezon zimowy zaczęliśmy się zbroić już w październiku. Narty do serwisu oddaliśmy jeszcze wtedy kiedy wszyscy oczekiwali na objawy pięknej polskiej złotej jesieni (której i tak trzeba było ostatecznie szukać ze świeczką). W międzyczasie pojawiły się też w szafie nowe buty skiturowe, a do naszych drzwi zapukał kurier z książką o tytule "Lawiny", wydaną przez Tatrzański Park Narodowy. Ponad 200 stron o śniegu i zagrożeniu jakie może stwarzać. Lekturę uważam za obowiązkową i powinna znaleźć się w górskiej biblioteczce każdego, kto planuje działać w wysokogórskim terenie, bez względu na to czy na nartach czy "tylko" w rakach. W oczekiwaniu na białą porę roku ze śniegiem o jakim marzą skiturowcy, wieczory mijały nam na czytaniu książki bądź poszukiwaniu ciekawych wycieczek skiturowych dla początkujących z dużym naciskiem na łatwe zjazdy. Może by spakować narty i pojechać w Tatry? Strona www.skiturowezakopane.pl okazała się być strzałem w dziesiątkę. Znaleźliśmy pod tym adresem wszystko czego szukaliśmy. Po przefiltrowaniu zakładki „szukaj tras”, wybraliśmy trzy, które według nas nadawały się na pierwsze foczenie w Tatrach.


Kapka wolnego pojawiła się na początku stycznia. Prognozy pogody były całkiem obiecujące. Trzy doby zaplanowane po brzegi. Z pełnymi pokładami optymizmu wsiedliśmy z Damianem do auta. Poczułam ten delikatny, przyjemny dreszczyk na plecach, w momencie zapięcia pasów i przekręcenia kluczyków w stacyjce. Oczami wyobraźni byłam  już na tatrzańskich szlakach w nowym wydaniu - tym razem skiturowym! 


poniedziałek, 9 stycznia 2017

Podróż do Zakopanego przez autostradę i zakopiankę to jak zawsze najnudniejszy etap wyjazdu i generalnie nie wnoszący nic poza obolałym tyłkiem. I gdy pozostało nam jakieś 20 km do celu, w jednej sekundzie wszystko się zmieniło, a jeszcze kilka minut wcześniej dywagowaliśmy czy idziemy wieczorem do METY na Krupówki czy włazimy na Gubałówkę ;) Poczułam nagłe szarpnięcie i uderzenie w ramię oraz biodro. Nasze auto wylądowało na przeciwległym pasie, bo kierowca który w nas uderzył nie zatrzymał się przed znakiem „STOP”. 

Praktycznie bez obrażeń, nie było po mnie widać, że wzięłam udział w zdarzeniu drogowym. Jednak to co siedziało we mnie w środku to było jak wulkan chwilę przed ekshalacją. Tylko zamiast magmy, miałam ochotę z siebie wyrzucić złość, smutek, rozżalenie... Te emocje nie były związane ze stanu naszego auta, ale ze świadomością, że ten wyjazd właśnie się skończył. Tatr nie ujrzę przez co najmniej dwa miesiące, a kolejna kapka wolnego zapewne pojawi się w najgorszym armagedonie pogodowym. Może ja mam trochę nie poklei w głowie, ale w momencie zbyt długiej rozłąki z górami, jestem przeraźliwie niespokojna i bardziej nerwowa ;) 

Zakańczając temat naszego tatrzańskiego niewypału. Przejechaliśmy się ponad 400 km tylko po to by nie ujrzeć nawet Giewontu i wypić grzanego wina w MECIE na Krupówkach. Przesiedzieliśmy za to ponad trzy godziny w aucie przy temperaturze zewnętrznej sięgającej około – 10 stopni na chodniku przy sklepie. Następnego dnia wróciliśmy ze wszystkimi tobołami do domu pociągiem, a na stronie Tygodnika Podhalańskiego znalazła się o nas nawet krótka wzmianka.

I tak kolejne dni stycznia mijały... Ja już depresyjnie zaczęłam obwieszczać, że zima się dla nas skończyła... ;) Zaburzenia nizinne (kiedyś o nich pisałam na blogu) coraz bardziej zaczęły mi doskwierać



Koniecznie chciałam uratować styczeń przed nieobecnością w górach. Dla swojego psychicznego dobra :) Znalazła się ostatnia szansa na jakiś wypad. Do dyspozycji mieliśmy jakieś 1,5 dnia. Szybka analiza mapy, wstępne obranie trasy i już byliśmy w drodze, tym razem do Karpacza. Obiecałam sobie, że w styczniu w górach będę, choćbym musiała się do nich doczołgać! ;)



niedziela, 22 stycznia 2017


Zajechaliśmy po południu (niestety godziny poranne nie wchodziły w grę) na parking pod kompleks narciarski „Kopa”. Foki do nart przykleiliśmy jeszcze w domu, więc od razu mogliśmy wyruszyć na trasę. Wybraliśmy podejście zielonym szlakiem (droga Bronka Czecha - znanego taternika, ratownika, narciarza). Szlak prowadzi wzdłuż rzeki Pląsawa, która wydrążyła bardzo przyjemną dolinkę. W połowie szlaku znajduje się ciekawy punkt widokowy. Od samego startu, foczenie było mało komfortowe i nie mam tu na myśli że ciężko było „przebierać” nartami. Śnieg akurat zdążył już zostać ubity przez turystów i nie było w ogóle mowy o zapadaniu się. Za to podejście w nieużywanych dotąd butach skiturowych zaczęło po dłuższym czasie sprawiać nieprzyjemny ból. W zaciszu domowym próbne zakładania i wszystkie możliwe kombinacje zapinania klamer wydawały się być już przerobione i idealne uformowanie stopy i zapięcie jej w bucie zostało odnalezione. Poruszanie się w terenie jednak wszystko zweryfikowało. To klamra za luźno czy za mocno była zapięta, to botek za słabo dowiązany, to język od botka źle ustawiony w stosunku do kości piszczelowej. 

Po kilku miesiącach przerwy, czerwone deski ponownie w kontakcie ze śniegiem.

Jednak gdy zaczęliśmy podchodzić szlakiem żółtym w stronę "Pielgrzymów" - kolejnych karkonoskich skałek, zapomniałam o wszystkich "drobnych niedogodnościach". Wszystko za sprawą Śnieżki, która w końcu pojawiła się w zasięgu naszego wzroku. 

Foczymy sobie nieśpiesznie.

Skałki o sympatycznej nazwie "Kotki".

No i wyłoniła się Królowa Karkonoszy.

Ufff, dobrze, że tym szlakiem nie będziemy podchodzić ;)

Okazało się, niestety po fakcie, że podchodziłam w butach z przełącznikiem ustawionym do zjazdu :D


Przy "Pielgrzymach".

Śniegu w granicach lasu jest wystarczająco, ale na grzbiecie będzie już go znacznie mniej. Wszystko za sprawą prędkości wiatru, który w Karkonoszach bije rekordy.

Człapiemy sobie dalej :)

Czasem trza było pokombinować.

Podchodzimy dalej szlakiem żółtym, w stronę następnych skałek - "Słonecznik".

Powoli zbliża się zachód słońca. Na niebie pojawia się różowy akcent, świetnie kontrastując z bielą.

Pielgrzymy oraz widok na całą Kotlinę Jeleniogórską.

Kolejną ciekawostką na temat Śnieżki (oprócz silnie wiejących wiatrów), to prowadzi na jej wierzchołek najwyżej położona w Polsce ulica " Na Śnieżkę".
768 metrów różnicy wzniesień.

Przy skałkach „Słonecznik” zaszło słońce i lada moment czekało nas foczenie w świetle czołówek. Wiało tak jak na Karkonosze przystało. Gdzieś w oddali widać było małe światełka nocnych wędrowców, ale generalnie mieliśmy wrażenie jakbyśmy się znajdowali w jakiś dalekich, dzikich górach. Karkonosze zawsze dostarczają mi takich odczuć, gdy wędruje po nich po zachodzie słońca. To w nich chyba najbardziej lubię! Są w tym aspekcie niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju.

Z racji małej ilości czasu do dyspozycji, nie mogliśmy sobie pozwolić na planowanie jakichś dalekich tras skiturowych. Zarezerwowaliśmy sobie wcześniej nocleg w Domu Śląskim. Okazało się, że w tak dużym schronisku tego dnia nocowały w sumie aż cztery osoby. Obsługa schroniska czekała niecierpliwie na naszą obecność, ponieważ chciała zamknąć główne wejście do schroniska. Na zegarku widniała 18, a pustki i sytuacja z zamknięciem wejścia sprawiły jakbyśmy co najmniej dotarli tam w samym środku nocy. Ot, takie uroki zimy i krótko trwającego dnia!

W zaciszu schroniskowego pokoju, musieliśmy zweryfikować plany; generalnie je dość mocno skrócić. Do naszego towarzystwa chciało się dołączyć przeziębienie. Damian wybrał się ze mną na ten wypad z niedoleczonym kaszlem. Niestety karkonoskie wiatry go nie przepędziły. Postanowiliśmy następnego dnia nie szwendać się dalej na fokach tylko od razu zjechać do Karpacza.


poniedziałek, 23 stycznia 2017


Zanim jednak na dobre opuściliśmy schronisko, wypełzłam na wschód słońca i pokręciłam się po okolicy. Z wejściem na Śnieżkę w samych botkach dałam sobie spokój. Słońce nad ranem pięknie oświetlało Studnični Horę. Śnieżka natomiast z tej perspektywy pozostawała długo w cieniu. Wiało jak... zawsze i było pioruńsko zimno! Od tego mrozu podeszwa w moich botkach całkowicie się rozkleiła.

Kotlina Jeleniogórska powoli budzi się ze snu.

Ostatnie minuty i światła w spodku zgasną.

Po śniadaniu, już przy pięknych promieniach słońca ruszyliśmy w stronę górnej stacji wyciągu na Kopę. W planach mieliśmy zjazd nartostradą. Niestety górna część była mocno wywiana. Miejscami wystawała trawa i gałązki kosodrzewiny. Oficjalnie trasa była zamknięta, ale wiedzieliśmy że te znajdujące się poniżej są czynne. Przytroczyliśmy narty do plecaków i zeszliśmy tą nieczynną nartostradą („Jan „)  Po utracie około 300 metrów przewyższenia, warunki znacznie się poprawiły, a za rogiem było już słychać pracujący wyciąg. Dolną częścią nartostrady zjechaliśmy niemal do samego auta.

Studnični Hora 1544 m n.p.m

Śnieżka B&W.

Podwójny błysk na Śnieżkę.

Z Domu Śląskiego mamy około 15 minut do nartostrady.

Nartostrady. Widok z góry.

Ściągamy foki, przepinamy się na tryb zjazdu i w krótkim czasie meldujemy się przy samochodzie.

To był stosunkowo krótki skiturowy odcinek. Mam nadzieję, że od niego rozpocznie się już tylko dobry górski czas. Bo skoro początek okazał się być (nie)szczęśliwy – wiem, że wypadek mógł przynieść dużo poważniejsze konsekwencje, to wierzę że ta 17-stka szykuje dla mnie wiele pięknych chwil spędzonych w górach.

Nasza  krótka skitura. 

Oraz króciutki filmik z 5 odcinka Skiturowych Karkonoszy :) Kręcenie filmu i podchodzenie na nartach mam jeszcze do przećwiczenia ☺



_____________________________________________________________________________________________

PS: Przestroga dla wszystkich dojeżdżających samochodami do polskiej stolicy Tatr. Bądźcie czujni i zachowajcie szczególną ostrożność w wiosce Szaflary. Po naszym zdarzeniu, już dwa dni później miała miejsce podobna sytuacja. Skrzyżowanie przy stacji kolejowej jest tam bardzo niebezpieczne. 

21 komentarzy :

  1. Całe szczęście, że Wam się nic nie stało :) Szkoda tych Tatr, ale co nie odwlecze, to... ;)
    Wypadzik w Karkonosze bardzo fajny, zima bardzo odmienia te góry :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karkonosze zimą podobają mi się dużo bardziej niż latem. Te góry są wtedy magiczne. Tatr szkoda. Nie mam jakiegoś psychicznego urazu do jazdy samochodem, ale tak jakoś mam mniej motywacji teraz by tam pojechać i zdążyć je jeszcze ujrzeć w zimowej odsłonie.

      Usuń
  2. Rzeczywiście Tatr szkoda, ale zdrowie jest najważniejsze. I pod tym względem finał był pozytywny.
    Skitura krótka, ale bardzo sympatyczna. Szkoda, że w Sudety mamy tak daleko, bo jest gdzie foczyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja za to coraz częściej spoglądam w stronę Beskidów pod kątem skiturowym. Jedną wycieczkę mam już opracowaną. Czeka na realizację :)

      Usuń
  3. Dobrze, że nic Wam się nie stało. Na szczęście Tatry nie uciekną. :)
    A Karkonosze po zachodzie słońca są cudne. Niesamowicie to wszystko wygląda, jak ten cały tłumek ludzi się ulotni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to jest właśnie ten moment, kiedy na chwilę Karkonosze łapią oddech, bo generalnie te góry biją rekordy jeżeli chodzi o frekwencję turystów.

      Usuń
  4. Dołączamy się do reszty - dobrze że jesteście cali i zdrowi. To chyba mój największy lęk związany z jazdą samochodem. Możesz wszystko zrobić dobrze, uważać i jechać całkowicie bezpiecznie, a ostatecznie i tak ktoś inny może się zagapić...
    Wycieczka jak zwykle fajna, takie krótkie wypady też pozwalają odreagować. U mnie objawy nizinnej depresji zaczynają się pojawiać po około miesiącu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobnie. Bez kontaktu z górami powyżej miesiąca to już dla mnie tortura. Dlatego ten krótki wypad był dla mnie tak ważny :)

      Usuń
  5. No toście grubo rok zaczęli... na całe szczęście nic Wam się nie stało. Samochód się wyklepie, albo kiedyś nabędzie drugi drogą kupna, góry jak stały, tak stać będą, a mały wypadzik w Karkonosze był całkiem przyjemny. Przez małą chwilę chciałam wskoczyć w ten monitor i "pofoczyć" z Wami. Pozdrowienia ślę wraz z nieśmiałymi promykami słońca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mieliśmy sporo szczęścia. Mam przeczucie, że to wydarzenie odmieni moje podejście do podróżowania w kierunku Tatr. Od teraz oprócz obolałego tyłka będę wieźć ze sobą garść niepokoju i za każdym razem jak będziemy mijać miejsce w którym zdarzył się wypadek to będę wracać pamięcią do tego dnia...

      Usuń
    2. Moja Droga, zamiast jechać przez zakopiankę i wieźć garść niepokoju, wjeżdżaj do Zakopca od strony Chochołowa. Szybciej, bez korków, bez nerwów. Jak jeszcze posiadałam auto, to nadkładałam drogi, ale wjeżdżałam do miasta normalnie. Teraz, cóż, wjeżdżam od strony pociągów :) Grunt, to się nie denerwować. Dobrego dnia! :)

      Usuń
  6. Czytałem pierwszą część i zasmuciłem się okropnie, przez nieodpowiedzialnego kierowcę cały Wasz plan poszedł w diabły. Najważniejsze, że Wam nic się nie stało, blachy się wyklepie.
    Wasza wycieczka po Karkonoszach skrócona, ale i tak fajna. Zawsze powtarzam - "czytać instrukcję obsługi", buty byś dobrze ustawiła :)
    My też powoli myślimy o zmianie nart zjazdowych na skitury, moje kolana już takich przeciążeń nie chcą przenosić i się buntują.
    Pozdrawiamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O przełączniku wiedziałam, po prostu o nim zapomniałam :D "Instrukcję obsługi", której nie dołączono, z chęcią bym przeczytała, zwłaszcza jakbym wiedziała z jakimi obolałymi "piszczelami" wrócę do domu. Podczas podchodzenia miałam zapięte wszystkie klamry, być może niepotrzebnie...

      Usuń
  7. Najważniejsze, że jesteście cali i zdrowi :) Rewelacyjnie wygląda Śnieżka na tle tej różowej poświaty! Zawsze się zastanawiałem jak dużym ułatwieniem w zimowym chodzeniu po górach jest założenie skiturów i poruszanie się w ten sposób. Póki co chodzę wszędzie z tzw. "buta" i z zazdrością patrzę na tych, którzy z lekkością przemykają obok mnie na nartach. Trzymajcie się cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Narty dają bardzo duże ułatwienie podczas przemieszczania się w miejscach gdzie nie masz udeptanego przez turystów śniegu. Swobodnie się poruszasz i nie zapadasz się po pas stawiając każdy krok ;) Drugim plusem jest powrót. Jesteś w stanie szybciej wrócić i czas zejścia który miałby trwać ze 3 godziny, jesteś w stanie w przyjemny sposób skrócić do kilkudziesięciu minut i zjawić się w domu na kolację :) Generalnie w skiturach wciąż jestem początkująca i tak naprawdę nie zaznałam tych wszystkich dobrodziejstw na własnej skórze. Miałam okazję foczyć tylko w Karkonoszach, które są bardzo "udeptane" zimą, a na zjazdy w terenie nie jestem jeszcze gotowa, dlatego staram się korzystać z nartostrad. Jeżeli miałeś styczność chociażby z nartami zjazdowymi to śmiało wybierz się na wycieczkę skiturową, nawet w Beskidy. Wypożyczalni sprzętu skiturowego w Polsce jest coraz więcej. Pozdrawiam!

      Usuń
  8. Mnie oprócz opisu podobał się też film. Miło było zobaczyć znajome okolice. Tym bardziej, że tam zacząłem swoją przygodę z Karkonoszami. Teraz czekam aby tam wrócić.
    Zima w każdych górach jest fajna i zmienia je bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie szybkiego powrotu i oby Śnieżka była w dobrym humorze! :)

      Usuń
  9. W tym roku i ja miałem podobne zdarzenie. Stłuczka na Podlasiu, 600 km od domu. Na szczęście nam nic się nie stało, szkody też nie były duże, ale niesmak zawsze zostaje. Tego się nie da przewidzieć.
    Dobrze, że Wam nic złego się nie przytrafiło, a wypad w Karkonosze tez bardzo fajny i pewnie było dużo frajdy podczas zjazdu. Widok Śnieżki tak ładnie oświetlonej - bezcenny.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byliście w stanie kontynuować dalej podróż? My niestety nie. Policja zepchnęła nas na chodnik i jeszcze zagroziła mandatem jeżeli szybko tego auta nie zabierzemy! Patrząc na całą sytuację, jako osoby poszkodowane mieliśmy najwięcej problemów. Dobrze, że temat już zamknięty. Co ciekawe trwał on aż dwa miesiące!

      Usuń
  10. Ja o tym zdarzeniu już od Damiana słyszałem. Dobrze,że nic się Wam nie stało poważnego, tylko wyjazdu szkoda.

    Taa, postraszenie mandatem, bo przecież sami chcieliście zostawić to auto w tym miejscu.

    Pierwsze spotkanie z nowymi butami nie do końca udane, ale jak to z nowymi rzeczami, trza się ich nauczyć i będą działać tak jak powinny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli chodzi o buty, to w Tatrach znaleźliśmy rozwiązanie. Dodatkowa wkładka do botka załatwiła sprawę. Już nie mam tak zmasakrowanych piszczeli. :)

      Usuń