2 lipca 2017

Jurajski Szlak Rowerowy "Orlich Gniazd"


Jest taka kraina w Polsce, która rozciągnięta pomiędzy Częstochową a Krakowem stanowi jeden z najpiękniejszych zakątków naszego kraju. Zbudowana ze skalistych wzgórz, wapiennych ostańców, wąwozów, jaskiń. Unikalna pod względem krajoznawczym, historycznym i przyrodniczym. Idealna na spędzenie fantastycznego weekendu. Raj dla turystów, rowerzystów, wspinaczy. O czym mowa? Oczywiście o Jurze!



Wyżyna Krakowsko-Częstochowska bo tak z punktu geograficznego nazywany jest ten obszar, naszpikowana jest szlakami różnej maści – rowerowymi, pieszymi czy nawet konnymi. Dla lubiących uprawiać wspinaczkę Jura też ma do zaoferowania bardzo wiele. Liczne grupy wapiennych skał stanowią obok sudeckich Sokolików/Rudaw Janowickich poletko dla początkujących jak i zaawansowanych wspinaczy.

Na Jurze każdy się odnajdzie, bo sposobów na spędzenie tam czasu jest naprawdę sporo. Na swoją pierwszą jurajską wizytę wybrałam wariant rowerowy, głównie z racji tego że najbardziej zależało mi na zobaczeniu Orlich Gniazd – systemu średniowiecznych zamków, niegdyś strzegących granicy Królestwa Polskiego. Wybór dwóch kół nasunął się automatycznie - dzięki nim, pokonanie ponad 160 km szlaku łączącego Częstochowę z Krakowem będzie wykonalne w dużo krótszym czasie.

By pojechać na Jurę z rowerem musiał być spełniony jeden, najważniejszy warunek: pogoda nie trącąca deszczem. Tą w końcu w prognozach udało mi się ustrzelić. Kupione bilety dla siebie i Skajka zamknęły wachlarz wymówek. Plan strategiczny w głowie dopięłam do ostatniego neuronu, wszystko miałam przed wyjazdem przygotowane. Jedyna rzecz, która mogła naprawdę mnie zaskoczyć to jurajskie piaski, o których krążą już legendy. Pozostało mi nic innego jak po prostu na własne oczy zobaczyć jak z nim jest naprawdę, bo generalnie z wyczytanych opinii udało mi się ustalić dwie grupy postrzegające możliwości przejechania rowerem szlaku pieszego, na który pierwotne się zdecydowałam. Dla jednych jest to istna walka i jedno wielkie nieporozumienie, dla drugich piasek stanowi jedynie nieprzyjemne podłoże na krótkich odcinkach, z którym da sobie radę troszkę szersza opona.

Wykaz Orlich Gniazd oraz orientacja Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej na mapie Polski

Tylko ja, rower i roztaczająca się przed nami przygoda jak i postawione przez siebie wyzwanie. Jakby nie patrząc, z takim dystansem skompresowanym w dwóch dniach jeszcze się nigdy nie zmierzyłam. Postawiłam na tak zwany styl alpejski – zabrałam ze sobą tylko niezbędne rzeczy, które miałam w plecaku, a rezerwację noclegu załatwiłam parę dni wcześniej.


czwartek, 18 maja 2017


Plan był prosty – przejechać od kropki do kropki, które rozdziela ponad 160 km szlaku pieszego. Pierwotnie zdecydowałam się na niego ze względu na przychylniejsze opinie wyczytane w internecie (mniej asfaltu, więcej atrakcji itd.), gdzie natomiast rowerowy w opinii internautów pozostawia wielki niedosyt (więcej asfaltu, przebieg szlaku omija czasem największe atrakcje na rzecz innych, nie objętych w wariancie pieszym).

Zanim zjawiłam się przy kropce w Częstochowie, musiałam się jakoś z rowerem tam przetransportować. Wybór był oczywisty – pociąg. Wysiadłam na stacji Częstochowa Stradom kilka minut po 8-ej. Kilka dłuższych chwil zajęło mi w którym kierunku należy szukać kropki. Mapa i gps w telefonie wspomogły mnie i w końcu oficjalnie stanęłam na linii startu. Początkowo oznakowanie szlaku było bardzo dobre, praktycznie na każdym skrzyżowaniu widniał w zasięgu wzroku kolejny namalowany znak. Byłam pozytywnie zaskoczona. Od razu sobie pomyślałam, że sprawa błądzenia jak i notoryczne sięganie po mapę w celu odnalezienia dalszej drogi nie będzie mi uprzykrzać jazdy. Ta wizja trwała do momentu przejechania może raptem 5 km. 

No to startujemy!

Szlakowskazy.

Charakterystyczne dla Jury wapienne skały

Na obrzeżach Częstochowy pojawił się pierwszy problem. Szlak pieszy nagle znikł, za to bardzo dobrze prezentował się przebieg szlaku rowerowego. Skręciłam w kilka uliczek w celu poszukania jednak wariantu pieszego, lecz albo tych znaków nie ma albo ja ich po prostu nie widziałam. No i czar prysnął i musiałam sięgnąć po mapę, do której brakowało mi cierpliwości przez cały mój pobyt na Jurze, bo ta na wietrze była bardzo niesforna i rozkładanie jej zajmowało stanowczo zbyt dużo czasu. Po analizie jak przebiegają oba szlaki, stwierdziłam że niewiele stracę jak wybiorę na parę kolejnych kilometrów znaki rowerowe, bo na pieszych niczego istotnego nie ominę.

To był pierwszy, ale nie ostatni raz kiedy podczas tego dnia zmieniłam szlak z pieszego na rowerowy. Po kilku godzinach jazdy, niestety moja średnia prędkość była zbyt niska dla wariantu szlaku pieszego. Czas szybko mijał, a do Podzamcza, w którym miałam zarezerwowany nocleg pozostawało jeszcze sporo kilometrów. Nie chciałam też zjawiać się o zbyt późnej porze.

Postanowiłam swój pierwotny plan zmienić i zamiast trzymać się ściśle szlaku pieszego, po prostu przejechać część północną Jury w miksie ze szlakiem rowerowym.

Widok na Olsztyn.

Na zamku w Olsztynie.

Kaplica św. Idziego w Zrębicach - miejsce niezwykle urokliwe.

Ruiny zamku w Mirowie - mój faworyt wśród wszystkich Orlich Gniazd.

Zamek w Bobolicach.

W rezerwacie "Góra Zborów".

Okiennik Wielki.

Majowe klimaty na Jurze.

Około godziny 20:00 zjawiłam się w Podzamczu. Odnalazłam „Firlejówkę”, w której zarezerwowany miałam nocleg. Skajek na noc wylądował w garażu, a ja na upragnionym wyrku. Przed zgaszeniem światła w pokoju, przeanalizowałam jeszcze trasę na następny dzień. Dystans do pokonania miałam podobny bądź nawet większy, ale niestety czas już mocno ograniczony. Kilka minut po 18:00 w Krakowie odjeżdżał mój pociąg jadący w stronę domu. Musiałam więc o tej godzinie stawić się na mecie.


piątek, 19 maja 2017


Tuż po 6 rano wyruszyłam dalej. Moja obecność o tak wczesnej porze, niejednokrotnie zdziwiła sarny czy zające stojące na leśnej ścieżce. Poza zwierzyną w jurajskich lasach nie spotkałam nikogo.

Tempo miałam optymalne i ze spokojną głową jechałam w stronę Krakowa. Co prawda liczyłam po cichu, że jak podgonię z czasem to znowu wskoczę na szlak pieszy, by zajechać do Ojcowskiego Parku Narodowego, ale ostatecznie wybiłam to sobie z głowy, gdy po wyliczeniach okazało się, że mogę wyrobić się na styk, a nie miałam też pewności czy nie spotkam znowu głębokich piasków pod kołami.

Wiaty na szlaku. 

Zamek w Rabsztynie.

I gdy już miałam naprawdę prostą drogę i około 30 kilometrów do końca, to niczego nieświadoma pojechałam w złą stronę. Niestety okazało się, że Jurajski Szlak Rowerowy, który jest koloru czerwonego, w pewnym momencie styka się z innym szlakiem rowerowym, również koloru czerwonego. Ta pomyłka kosztowała mnie godzinę w plecy. Gdy udało mi się wyprostować ten błąd, zdecydowałam nie wracać już na szlak rowerowy, ale jechać wzdłuż niego, tylko poniżej – przez wioski.


Zjawiłam się na stacji w Krakowie na czas, ale niestety bez zagarniętej drugiej kropki kończącej jakikolwiek szlak :(

Kraków!

Z jednej strony szkoda, że szlaku nie udało mi się przejechać od deski do deski, ale smuteczek szybko poszedł w niepamięć jak endomondo wręczyło mi kolejny pucharek z okazji pobicia rekordu przejechania dystansu. Jak się nie ma co się lubi, to.... :)


Z wielką ulgą odetchnęłam, że jednak na ten pociąg zdążyłam, bo moje spóźnienie naprawdę skomplikowałoby mój powrót do domu. Niestety kolejnego dnia musiałam się rano stawić w pracy.

Z totalnym już luzem wsiadłam do pociagu IC relacji Kraków-Wrocław. Generalnie przede mną była już tylko nudna jazda, z przesiadką we Wrocławiu do Legnicy. Skomunikowanie pociagów miałam z kilkudziesięciominutowym zapasem. Ten dzień jednak jeszcze nie powiedział dla mnie ostatniego słowa. Tuż przed Opolem pociąg stanął. Początkowo nie martwiłam się tym zbytnio, bo ostatecznie miałam jeszcze do dyspozycji kolejny przesiadkowy pociąg. Niestety opóźnienie pociągu IC wzrosło do prawie 3 godzin i z sytuacji wytworzyła się mała nerwówka. Okazało się bowiem, że ostatni pociąg, który jest w stanie zabrać mnie i Skajka do domu nie poczeka na peronie, tylko odjedzie zgodnie z rozkładem jazdy. Pasażerom w tej sytuacji zaproponowano wzięcie taksówki. Niestety roweru w tym przypadku nie mogłabym ze sobą zabrać. Cała sytuacja mnie bardzo podirytowała, głównie z powodu bardzo kiepskiej komunikacji z konduktorami, bo jakbym wiedziała co się święci, to z większym wyprzedzeniem zaczęłabym organizować jakiś transport, by mieć szansę wrócić do domu jeszcze o ludzkiej porze.


Tak jak Adam Bielecki ma swoje „Centrum Kryzysowe Tychy”, tak ja musiałam skorzystać ze swojego „Centrum Kryzysowego Legnica”. Dobrze, że Damian miał czas i podjechał po mnie do Wrocławia samochodem. W międzyczasie gdy na niego czekałam, przed głównym wejściem dworca kolejowego spotkałam Bożenę, w internecie znaną jako Cyklistkę. Bożena to zapalona rowerzystka, świetna dziewczyna która lubi stawiać sobie kolejne rowerowe wyzwania. Do Wrocławia przyjechała z realizacją kolejnego z nich. W krótkiej rozmowie, dowiedziałam się, że wybiera się na przejażdżkę do Gdańska... 

Kilka faktów i spostrzeżeń
〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰〰
  • Jura północna, czyli mniej więcej należąca do województwa śląskiego jest bardziej piaszczysta
  • To,  że wybierzemy szlak rowerowy wcale nie oznacza, że nie będziemy mieli do czynienia z piaskiem. Niejednokrotnie szlak pieszy z rowerowym się łączy. Co ciekawe inne szlaki rowerowe są także niejednokrotnie poprowadzone w terenie bardzo piaszczystym.
  • Dla rowerowych wymiataczy podobno przejechanie całego szlaku (rowerowego czy pieszego) jest do zrobienia w jeden dzień.
  • Dwa dni dla Jury w wykonaniu rowerowym to moim zdaniem minimum, ale optimum to jednak trzy dni – max ok 50 km na dzień, a nie 80/90/100km. Co prawda nie zależało mi na zwiedzaniu obiektów od środka, to jednak goniłam czas. Zwłaszcza drugi dzień, z ustaloną godziną pojawienia się w Krakowie na mecie, by wrócić do domu, odebrał trochę przyjemność z jazdy, bo często zamiast spoglądać na krajobrazy, ja spoglądałam na zegarek.
  • Rower MTB jak najbardziej jest wskazany na oba szlaki. Czasem zjazdy naprawdę sprawiały wielką frajdę i czułam się jak na sudeckiej STREFIE MTB :) Rower trekkingowy z ciężkimi sakwami może odebrać lekkość jazdy.
  • „Styl alpejski” sprawdził się super. Nie czułam się jak na wielkiej rowerowej wyrypie. Oba szlaki przebiegają w taki sposób, że co jakiś czas jest dostęp do cywilizacji i spokojnie można uzupełnić braki wody czy kalorii.
  • Wracając jeszcze do piasku. Nie jest go na tyle dużo, że trzeba zsiadać z roweru i prowadzić go kilometrami. Na kilkudziesięciometrowych odcinkach po prostu są takie momenty, kiedy jest głęboki piasek, że bez odpowiedniej prędkości po prostu koła zaczną się zapadać i łatwo o wywrotkę.
  • W tytule relacji uwzględniłam szlak rowerowy, bo procentowo więcej kilometrów przejechałam właśnie nim. Uważam, że wcale nie jest taki zły. Więcej razy zaskoczył mnie pozytywnie niż negatywnie. Na trasie bywało różnie:
Słynne jurajskie piaski.

Przyrodnicze katastrofy.

To akurat jakieś nieporozumienie. Nie z winy przyrody, ale człowieka :/

Ten single to mój jurajski hit! :)

Zapis trasy zarejestrowanej przez endomondo.

Mimo małych perturbacji, swój pierwszy pobyt na Jurze będę bardzo miło wspominać. Trochę odwiedziłam ją w „świńskim galopie”, ale to może stanowić tylko powód by wrócić w te rejony kiedyś ponownie, przede wszystkim z większym zapasem czasu. Ojcowski Park Narodowy, który zmuszona byłam ominąć jest tego powrotu na pewno wart.



18 komentarzy :

  1. Zainspirowałaś mnie. Jura cały czas przede mną. A teraz chyba już wiem, w jaki sposób chciałabym ją przemierzyć. Rower to świetny pomysł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jura na rowerze to moim zdaniem najlepsza opcja, tylko trzeba mieć więcej czasu by spokojnie wszystko zobaczyć.

      Usuń
  2. Polecam Dolinki Podkrakowskie. Jest taka mapa. Jura od Olkusza wzwyż (dla mnie) w stronę Częstochowy jest bardzo piaszczysta. Dolinki Podkrakowskie, to obszar bezpośrednio przy Krakowie. Zawiera Ojców. Dolinek jest kilkanaście. Najlepsze, moim zdaniem, to Będkowska, Kobylańska, Racławki i Bolechowicka. A i Mnikowska z Zimnym Dołem (rajem dla bulderowców) jest też piękna. Nocleg najlepiej sobie zorganizować w Brandysówce. Jest tam też pole namiotowe (Dolina Będkowska) wprost pod najwyższą skałą na Jurze - Sokolicą. W razie czego służę wiedzą i pomocą. Mieszkam 2 km od Będkowskiej :) Niestety ubolewam też, bo ostatnio dolinki, a w tym najpiękniejsze "ostańce" zarastają krzakami. Obawiam się, że za kilkadziesiąt lat znikną zupełnie z krajobrazu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za info. Może tam się kiedyś zjawię... z dodatkiem bikepackingu lub innego hamakingu :D

      Usuń
  3. Przejechałem ten szlak w bardzo podobnym wariancie do tego, który Ty zrobiłaś. Trochę pieszego szlaku, a trochę rowerowego. Gdy trafimy z pogodą to Jura odwdzięczy się nam pięknymi widokami. Ja niestety nie miałem tego szczęścia i starałem się przejechać całość w ciągu jednego dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pogoda zmusiła do przejechania tego szlaku w jeden dzień czy tak miałeś w założeniu? Z resztą co to dla Ciebie te 160 czy 180 km ;)

      Usuń
  4. Te pierwsze - "Charakterystyczne dla Jury wapienne skały" - to Towarne Góry, akurat tak się składa, że całkiem niedawno się tam wspinałem, więc kojarzę ;)

    Od ładnych paru lat już się wybieram tym szlakiem rowerowo i efekt wciąż taki sam, czyli często jestem na Jurze, ale robię coś innego ;) Mam nadzieję jednak, że w końcu się uda!

    Mimo perturbacji, kapitalna wycieczka Ci wyszła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, a co Ty możesz takiego innego robić na tej Jurze? ;) Ale tak Ci powiem, mimo że ostatnio ze wspinaniem to mam niewiele wspólnego i na Jurze nigdy tego nie robiłam, to jednak jak tak patrzyłam na te skałki, które mijałam na rowerze, to jednak włączył mi się lokalny patriotyzm - wspinaczkowo Sokoły/Rudawy Janowickie i ich otoczenie bardziej mi się podoba :)

      Usuń
  5. Na Wielkim Okienniku zaliczyłam pierwszy zjazd tyrolką. :) Fajna wyprawa na zagospodarowanie paru wolnych dni. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mega! Wielki Okiennik naprawdę wygląda świetnie. A zjazd tyrolką to w ramach jakiegoś zjazdu klubowego czy innej imprezy? :)

      Usuń
  6. Fajne spędzenie czasu. My rozważaliśmy w trzy dni to przejechać, ale czasu jakoś brakowało. Ciekaw jestem jak z noclegami po drodze. Trochę obawiam się tych piasków, podobne występują opodal Puław i ciężko jest przejechać na pusto, a co dopiero z sakwami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W trzy dni spokojnie się wyrobicie. Z noclegami nie ma problemów. W każdej większej wiosce jak i przy zamkach się coś znajdzie. Trzeba tylko uważać czy w terminie nie ma organizowanych jakiś festynów/imprez, bo akuratnie np jak ja w piątek już wracałam do domu, to na weekend kobieta w "Firlejówce" miała wszystko zajęte, bo miał być jakiś festiwal kultury wczesnego średniowiecza na Zamku Ogrodzieniec.

      Usuń
  7. Zrębice, nie Zrębowice ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano faktycznie :) Już poprawiam. Dzięki za czujność Czytelniku :)

      Usuń
  8. Ty zawsze znajdziesz coś ciekawego. Fajna traska i opis...
    i wed ług mnie...
    stawić się w pracy a nie wstawić...to ostatnie brzmi dwuznacznie...;)
    Stały czytelnik...
    Mariusz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj alkohol po tej kolejowej przygodzie na rozluźnienie to by mi się przydał :P Kolejna literówka wyłapana. Tekst tyle razy wertowany, a jednak zawsze coś umknie. Poprawione :P

      Usuń
  9. I fajna wycieczka :) Szkoda, że drugiej kropki nie udało się odwiedzić, bo to zawsze lepsze wrażenie po długim szlaku zostaje, bo ma się taki namacalny początek i koniec. Ale i bez tej kropki warto było się tam przejechać. Widoki na zamki bardzo malownicze.

    A KD jakoś mają opory by czekać na spóźnionych pasażerów, ale i tak załatwili taksówkę. Szkoda, że o rowerze nie pomyśleli. Ja miałem, podobną przygodę jak jechałem z Jawora do Piechowic z przesiadką w Jaworzynie. Dwa pociągi KD, pierwszy spóźniony, drugi nie czekał i swoja podróż zakończyłem wieczorem w Jeleniej Górze. Dalej również załatwiałem podwózkę samochodem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te zamki dodają niesamowitej magii całej okolicy. Brak drugiej kropki pozostawił trochę niesmak, no ale cóż...
      Sytuację z odjechaniem pociągu rozumiem, ja jako pasażerka też nie chciałabym czekać 40 min by mogło wsiąść jedynie 5 osób. Nie rozumiem natomiast marketingu KD odnośnie rowerzystów. Cenę obniżyli za przewóz roweru (to się chwali), ale jak sam dobrze wiesz, pociągi kompletnie nie nadają się do przewozu większej ilości rowerów.

      Usuń