19 listopada 2017

W pogoni za Mont Blanc


Wspominałam kiedyś o pewnej sytuacji jaka miała miejsce w jednej z poznańskich kawiarni (link tutaj). Był to czas kiedy już wiedziałam, że góry staną się jedynym i słusznym wypełniaczem mojego życia, będą jak taki dobry przyjaciel. Byłam wtedy na etapie zdobywania Korony Sudetów czy Korony Gór Polski. Za mną natomiast były już lata szkolne, które poza nudnym siedzeniem w ławie, będę pamiętać głównie z uczestnictwa w rajdach bądź wycieczkach organizowanych przez PTTK. Teraz z perspektywy czasu wiem, że było to budowanie solidnego fundamentu pod to wszystko co zaczęło się dziać później i trwa do teraz. Ale rozmowy, ba! nawet samo myślenie o wysokich górach, było jak z kategorii lotu w kosmos. Ja osobiście w ogóle nie lubiłam na takie tematy rozmawiać, bo uważałam że to jest nierealne, nie warto temu poświęcać czasu, nawet jeżeli miał to być czas na luźne gdybanie... Miałam swoje góry, dostępne w wolny weekend, nie wymagające tachania dziwnego sprzętu i bania się o to że mogę nie wrócić do domu...



Punktem zwrotnym w tej całej historii okazało się być moje wejście na Grossglocknera. Od tego momentu to co uważałam za nierealne stało się w moim mniemaniu realne, a same rozmowy o wysokich górach przyprawiały mnie o przyjemny dreszcz na plecach.

Mont Blanc jest najwyższym szczytem Alp. Wiadomo, że to co najwyższe, największe, przyciąga jak ćmę do światła. Nie jest to jednak moja ulubiona góra, ta wyśniona, bo według mnie jest wiele piękniejszych i wcale nie wyższych. Skąd w ogóle pomysł żeby się tą górą interesować? Mont Blanc jest dla mnie sentymentalny. Jest takim punktem, do którego w swoim tempie miałam w końcu dotrzeć. Dowodem na to, że marzenia się spełnia. Od tylu lat jest jak taki wrzód na tyłku. Chciałam się go w końcu pozbyć! ;) A gdy już się go „pozbędę” zamknę pewien rozdział, który rozjaśni mój umysł na nowe kierunki i wyzwania.

I tak oto stanęłam u podnóża Dachu Europy. Wcześniej jak Bozia przykazała robiąc wejście aklimatyzacyjne na Gran Paradiso. Przed wyruszeniem z domu, przez kilka tygodni planowany, analizowany z każdej strony. Gdy naoglądałam się filmów na YT z Wielkiego Kuluaru, kategorycznie ogłosiłam że moja noga na drodze francuskiej nie stanie. Stąd pojawiła się wizja ugryzienia Mont Blanc od strony włoskiej, drogą papieską. I gdy już całą strategię mieliśmy opanowaną, dwa tygodnie przed wyjazdem, jeden telefon od kumpla zburzył całą naszą koncepcję. Dostaliśmy najświeższe informacje o stanie lodowca Miage. Takim sposobem, chcąc-nie chcąc wylądowaliśmy we francuskim Les Houches (wiosce nieopodal Chamonix) z której standardowo rozpoczyna się wejście na Mont Blanc.


środa, 6 września 2017


W Les Houches odnajdujemy camping Bellevue. To najlepsza baza dla tych, którzy nie planują zdobywania Mont Blanc z rocznym wyprzedzeniem (taka aluzja do rezerwowania miejsc w Gouterze) i gdy tylko w prognozach pogody majaczy lampa, pakują sprzęt i przyjeżdżają. Ciekawą sytuacją jest to, że ludzi spotkanych na „szczytach aklimatyzacyjnych” potem widzi się bądź to w sklepie górskim w Chamonix czy w drodze na Blanca. Można z nimi nie zamienić ani słowa, a wie się jakie mają górskie plany. :D

Camping zapełnia się w szybkim tempie kolejnym namiotami, co oznacza że przez najbliższe dwa dni ma być dobra pogoda. Tak więc o sprawy meteorologiczne się nie martwię. Przy większych wyzwaniach, zazwyczaj jestem bardzo wyciszona, może też nawet trochę spięta. Swoją dodatkową cegiełkę do obaw związanych z próbą wejścia na Dach Europy dokładał Wielki Kuluar i wyobraźnia, która barwnie przedstawiała to, co może się na nim wydarzyć..



czwartek, 7 września 2017


Wejście na Mont Blanc od strony francuskiej w sezonie letnim, przy stabilnej pogodzie nie jest trudne orientacyjnie... po prostu trzeba podążać za tłumem...Z jednej strony można się dzięki temu czuć bezpieczniej, z drugiej strony są pewne sytuacje przez które większa ilość ludzi może stanowić zagrożenie.

Po godzinie 8:00 rano, camping pustoszeje. Wszyscy mieszkańcy kierują się na drugą stronę ulicy, skąd zaczyna swoją pracę kolejka gondolowa. Kupujemy bilety w obie strony (co ciekawe powrót nie musi być tego samego dnia - taki ukłon w stronę Blanc'owiczów). Kolejka Bellevue wywozi nas na 1790 m n.p.m. Stamtąd, gdy trwa sezon, czeka kolejka zębata, dzięki której można znaleźć się na wysokości 2372 m n.p.m (ostatnia stacja – Nid d'Aigile). Jesteśmy spóźnieni o kilka dni i kolejka (tramwaj Mont Blanc) już tak wysoko nie wjeżdża.


Przy górnej stacji kolejki gondolowej panuje mgła, która utrudnia trochę obranie dobrego kierunku. Już mamy wspomóc się mapą, podczas gdy pozostałe zespoły śmiało idą przed siebie. Nie chcemy zostać w tyle, więc dajemy sobie z nią spokój i gonimy za resztą towarzystwa. Mijamy nieczynną stację tramwaju i skrywamy się w lesie. Kilkadziesiąt minut później wychodzimy na rozległą halę z czarnymi jak smoła krowami. Panowie mają obawy by obok nich przechodzić, ale innej drogi nie ma :P

Co, na Blanca lecicie?

Poczochraj!

Waruneczki na szlaku.

Dochodzimy ponad czoło lodowca Bionnassay. Jednak to jeszcze nie czas, by związać się liną. Uciekamy na skały powyżej lodowca. Mimo, że ścieżka jest wydeptana przez miliony butów, to psychicznie się na niej męczę. Lejąca się woda, rozmiękły grunt, znaczna stromizna, przy plecaku ważącym więcej niż zwykle, naprawdę trzeba ciągle pilnować równowagi. Marcin na tym odcinku wyrywa do przodu i tracimy go z oczu. Metą tego dnia jest „obozowisko” przy schronisku Tete Rousse. 

Czoło lodowca Bionnassay.

Nie lepiej legnąć sobie na kamieniu?

Na dojście tam, mamy cały dzień. Dlatego też po przejściu tego dość wrednego odcinka i stanięciu w końcu na czymś trochę przyjaźniejszym, gdy tylko naszym oczom ukazuje się spowity mgłą budynek, od razu wchodzimy do środka na chwilę przerwy. Początkowo myślimy, że jest to budynek należący do stacji tramwaju, jednak okazuje się, że to po prostu zwykły bufet. Zamawiamy zupę z marchewki i pora, by legalnie móc siedzieć w ciepełku :D. Gdy tak konsumujemy, zostajemy przy okazji biernymi słuchaczami rozmowy przewodnika ze swoimi klientami z sąsiedniego stolika, który z nutą pogardy opowiada o ludziach ze wschodniej Europy, zdobywających górę w tydzień, z wielkimi plecakami, zakładając po drodze kilka obozów, gdy można zrobić to krócej i z lżejszym plecakiem...

Oj już dawno nie smakowała mi tak gotowana marchewka pływająca w bulionie. Gdy powracają siły, wychodzimy z budynku na poszukiwania dalszej drogi... Kilkaset metrów dalej, zza mgły wyłania się drugi, mniejszy budynek oraz tunel. W końcu jesteśmy pewni na jakiej znajdujemy się wysokości i ile nam jeszcze zostało do obozowiska. 

Tunel oraz ostatnia stacja kolejki zębatej - Nid d'Aigle 2386 m n.p.m

Udaje się nam nawiązać kontakt z Marcinem, wcześniej był z tym kłopot. Przekazuje nam, że zajął dobrą miejscówkę do rozbicia namiotu i generalnie rozpoczął opalanie bo słońce fantastycznie przygrzewa. Po tych dobrych wiadomościach ruszamy od razu z kopyta. Mijamy tablicę informującą o kierunku drogi do schroniska Tete Rousse oraz stojącą przy niej kolejną, z drobnymi napisami w różnych wersjach językowych. Ta jednak jest zupełnie niespotykanej dotąd natury – jest to spis obowiązkowego wyposażenia każdej osoby wchodzącej na Mont Blanc. 

Tam idziemy!

W otoczeniu wielkich głazów, z każdym kolejnym metrem przewyższenia zbliżamy się do linii chmur, powyżej których czeka na nas słońce. W okolicy baraku Rognes 2768m n.p.m, zarządzam krótką przerwę na mleko z tubki. Chmury tańczą rozproszone, lecz w pewnym momencie obniżają się jak na rozkaz. Do ukłonu, by bić brawo... Na skutek tego odsłania się Aiguille du Midi.

Świat kamoli.

Jak kameleon.

Weź z tym aparatem odejdź!

Barak Rognes 2768 m n.p.m

W końcu na mojej twarzy pojawia się uśmiech, który dotychczas był skrzętnie blokowany przez to moje sytuacyjne wyciszenie. Na taki widok, jak tu nie zareagować?!

Aiguille Verte 4122 m n.p.m

Ten widok zapamiętam do końca życia.

Okolice baraków stanowią taki jakby punkt zbiorczy Blanc'owiczów – wchodzących i schodzących. Tutaj spotyka się cała Europa. 

W promieniach słońca ruszamy dalej. Ścieżka znowu staje się węższa i po bokach straszy stromizną. Warunki do mijania się bądź wyprzedzania są trudne. Nie zawsze jest na to dobry moment. 

Przy baraku Rognes.

Do Tete coraz bliżej.

W końcu finiszujemy przy Tete Rousse. Odnajdujemy Marcina, z częściowo rozłożonym namiotem, maszty oraz tropik niósł w plecaku Damian. Jesteśmy ponownie w komplecie. Jest późne popołudnie, bezwietrznie. Niektórzy panowie z innych zespołów decydują się na paradowanie w samych majtach. W całej okazałości widać Wielki Kuluar, a na górze mieniące się jak blaszka ściany nowego budynku schroniska Gouter. W tamtym kierunku mamy podążać jutro. Wypatruję ludzi w Wielkim Kuluarze i próbuję odnaleźć przebieg drogi. Teoretycznie ci co schodzą to szczęśliwi zdobywcy Dachu Europy. Pozazdrościłam im w duchu tego, że są już po.

Nasz kawałek podłogi.

Słońce przygrzewa i co jakiś czas dobiega do nas niepokojący huk.

Fajne te klimaty w bazie ;)

Odpalamy kuchnię, zjadamy podwójne porcje liofili. Jutro nie będzie czasu na jedzenie, jedynie batonik „w biegu”. Planujemy wyjść na atak szczytowy o 1 w nocy. Mamy do dyspozycji jeszcze około 6 godzin odpoczynku/spania. Ładuję się do namiotu by nie tracić czasu. Rozdzielam rzeczy na te które zabieram ze sobą i te które zostawiam w bazie.

Om om om...

W chwilowej zadumie tępo spoglądam na buty leżące przed wejściem do namiotu. Po kilku sekundach biorę jednego do ręki, bo mam wrażenie że dziwnie wygląda. Chwytam palcem za boczny gumowy otok, który niepokojąco odstaje od skorupy buta. Natychmiast chwytam za drugiego, ten wydaje się być w porządku. Z powrotem biorę do ręki pierwszy i oceniam pozostałą część podeszwy. Przód także zaczyna odchodzić. Gdy dociera do mnie co to dla mnie oznacza, z załamaniem w głosie wypowiadam legendarne słowa „ Houston, mamy problem”. Damian z Marcinem od razu przerwali ogarnianie majdanu przed namiotem. „Co się stało?” - zapytali trochę zaskoczeni.

Oddaję rozpadającego się buta Damianowi do ręki. Bada go z każdej strony i milczy. Marcin próbuje ratować sytuację humorem. Damian jest skłonny zejść na lekko do Les Houches na camping po moje drugie buty, w których byłam na Gran Paradiso. Oponuję, bo nie jest to jednak dobre rozwiązanie, ponieważ jest zbyt mało czasu i pogody na takie manewry, poza tym mam duże obawy że w nich po prostu zmarznę bądź nabawię się odmrożeń.

Montaż raków.

W naszym namiocie zrobiło się małe zamieszanie, które zainteresowało zespoły bazujące obok nas, Polacy, Katalończycy chcieli bardzo pomóc. Ktoś podrzucił repsznur. Efekt założenia wokół buta wyglądał licho. Ktoś inny poradził, by zajść do schroniska z myślą o użyczeniu jakiejś taśmy. Damian od razu przechwyca pomysł i z butem udaje się na poszukiwania obsługi ze schroniska. Ja w tym czasie leżę jak sparaliżowana w namiocie. Oczy mi się szklą, bo zaczyna do mnie docierać że to tylko złudne podtrzymywanie mnie na respiratorze. Po 15 minutach wraca Damian z butem owiniętym pomarańczową taśmą. „ Zużyłem im całą i więcej nie mają. Na drugiego buta w razie czego nie starczy” - zażartował, by trochę mnie rozweselić. Jeszcze przez dłuższy czas głowimy się czy jest sens w ogóle próbować iść z tymi butami wyżej, a trzeba mieć na uwadze jeszcze drogę powrotną. O ile do Goutera nie było śniegu, to powyżej będę iść w rakach, a te miałam automatyczne, które właśnie mocowane są na rantach podeszwy. Ustalamy, że planów nie zmieniamy. Idziemy we trójkę, jednak gdy tylko stan podeszwy będzie się pogarszać, od razu bez gadania zawracam.

Ta dam!

Ja chcę do śpiworka. To się nie może dziać naprawdę!

Późne popołudnie w bazie ;)



piątek, 8 września 2017


Telefon wyje. Jest 30 minut po północy. I uwaga! budzę się bez problemu. Często mam tak, że gdy wstaję o bardzo wczesnej porze i mam się zmusić do wysiłku (wczesne wychodzenie na szlak to nie jest moja mocna strona) zawsze towarzyszą mi specyficzne objawy - nie mogę wyostrzyć wzroku, mdli mnie bez względu na to czy coś zjem czy nie, idę jakby nieświadoma, na autopilocie, od czasu do czasu pomrukując filozoficzne: „po co to wszystko, jak można spać”. Objawy ustępują po około 2 godzinach.. Tutaj pod Dachem Europy objawia się cud. Jestem rześka, świadoma, gotowa to akcji. Ruszamy po 1 w nocy. Na dole mienią się uliczne światła Chamonix, a powyżej obozowiska migają światła czołówek, tworząc pełzającego węża. Ludzi już jest sporo, a jesteśmy w połowie stawki. Inne zespoły dalej śpią lub dopiero wyłączają budziki. 

Jest to dla mnie zupełne nowe doświadczenie. Nigdy wcześniej, pod osłoną nocy nie wychodziłam na atak szczytowy. Pierwszy idzie Marcin, ja w środku, a Damian ostatni, by mieć dobry widok na stan mojego buta. W świetle czołówki trzeba iść jeszcze czujniej niż za dnia, ale sprawnie pokonujemy kolejne metry przewyższenia. W końcu jest – przejście przez Wielki Kuluar (Rolling Stones). Boję się tego miejsca bardziej niż wysokościówki (która na razie mnie nigdy jeszcze nie dopadła).

Wielki Kuluar to żleb, który nie jednego śmiałka już zabił. Słynie ze spadających kamieni. I nie są to drobne, niewinne kamyczki, tylko kamole, które rozpędzone, zabierają ze sobą kolejne powodując kamienną lawinę. Nie podoba mi się to miejsce, z tego względu że jest nieprzewidywalne, za bardzo nie ma się jak wcześniej do niego przygotować by zmniejszyć ryzyko, istna loteria! Jedynie co można zrobić to pojawianie się w nim o odpowiedniej porze i przekraczanie go w tempie Usaina Bolta. Zauważam z obserwacji, że kamienie często obsuwają się spod butów mniej doświadczonych osób, zazwyczaj prowadzonych na linie przez przewodników. A ci im są wyżej tym również przyczyniają się do aktywacji Rolling Stonesa. Z przerażeniem w oczach, stawiają każdy krok, w wypożyczonych w Chamonix butach! Tak, butach! Gdy to widzę, ogarnia mnie rozgoryczenie, bo gdy udaje się nam bezpiecznie przejść Wielki Kuluar i dalej nabieramy wysokości, w pewnym momencie zza moich pleców odzywa się głos rozsądku: „Pokaż mi tego swojego buta” . Podnoszę nogę jak koń do podkuwania i po kilku sekundach słyszę: „Coraz bardziej się rozłazi, zawracamy”. Wiem, że nie ma się co spierać, czas się pogodzić z tym że to koniec. Ludzie w Chamonix smacznie śpią, a ja siedzę na kamieniu w środku nocy w milczeniu i w duchu staram się pogodzić z sytuacją, na szybko próbując się doszukać w tym wszystkim dobrych aspektów.

Poka no tego buta!

Takie na pamiątkę, by uwiecznić szczególny moment :P

Damian solidarnie chce schodzić ze mną (z resztą ja uczyniłabym to samo, gdyby to on nie mógł iść dalej). Marcin po konsultacji z Damianem, nie rezygnuje, ponieważ byłaby to dla niego druga nieudana próba wejścia na Mont Blanc. Stwierdza, że będzie oceniać sytuację na bieżąco i postara się na grani Gouter dołączyć do jakiegoś zespołu. Rozdzielamy się. Marcin znika nam szybko za kolejną skalną ścianką, a my zaczynamy schodzić. Jest to najgorszy moment z możliwych... Kolejne, spóźnione zespoły napierają do góry. 6-osobowe węże powoli przemieszczają się do przodu. Nie jesteśmy w stanie ich minąć. Musimy czekać. Nie ma nawet jak stanąć obok, by zrobić dla nich miejsce. Mam stracha, że ktoś się zaczepi wystającym czekanem bądź stanie na kawałku lodu, poślizgnie i pociągnie mnie ze sobą. W końcu gdy pojawia się trochę luzu, jak najszybciej chcemy dojść do żlebu. Jesteśmy jedynymi osobami, które schodzą.

Kumulacja światełek jest już wysoko, co przekłada się na sytuację w Kuluarze – a ten powoli zaczyna rzygać kamieniami. Zaczajamy się za skalną ścianką i nasłuchujemy... Gdy zalega cisza, szybko prawie że biegiem przekraczamy go. Potem już pozostaje dotarcie do namiotu.

W obozowisku całkowite pustki, w nielicznych namiotach śpią zdobywcy Blanca z dnia poprzedniego. Ładuję się do śpiwora i chcę jak najszybciej zasnąć i zapomnieć o tym co się wydarzyło. Ktoś się obok przebudza i pyta, czemu wróciliśmy. Żartuje, żebyśmy poszli do schroniska, tam stoi mnóstwo butów ☺

Gdy już słońce zaczyna trochę ogrzewać tropik, pakujemy swój osobisty sprzęt, pozostawiając namiot oraz kuchenkę gazową Marcinowi. Po wpływem schodzenia, na podeszwę zaczynają działać inne siły i pod koniec dojścia do górnej stacji kolejki Bellevue, podeszwa trzyma się tylko dzięki taśmie. 

Schodzimy. Ludzie z którymi szliśmy zapewne właśnie stoją teraz na szczycie.

Zjeżony lodowiec.

Nie chcemy wracać tym samym szlakiem, którym dzień wcześniej podchodziliśmy. 
Decydujemy się na przejście tunelem i wzdłuż torów szybko drepczemy by nikt na nas nie nakrzyczał ;)

W drodze zejściowej, na otarcie łez zdobywamy pobliski Mont Lachat 2023 m n.p.m. Przesiadujemy na nim dłuższą chwilę. Blanca oczywiście z tego pułapu nie widać, ale ponownie pięknie prezentuje się nam Aiguille du Midi jak i okoliczne szczyty górujące nad Chamonix.


Schodzimy do górnej stacji kolejki gondolowej Bellevue i czekamy na wagonik, którym zjedziemy z powrotem na camping w Les Houches. Po ogarnięciu się, zachodzimy do pobliskiej knajpki, a w międzyczasie dostajemy wiadomość od Marcina, że zdobył Mont Blanc i bezpiecznie zszedł do namiotu...

Za mną tory kolejki zębatej. Właśnie trwa remont.

My boot is hungry!

Rest na Mont Lachat.

Piękna wrześniowa pogoda, ale niestety nie potrwa długo.

Widać nasz camping, namioty i samochód.

Wracamy innym wariantem szlakowym. Ten jest dużo przyjemniejszy.

Górna stacja kolejki gondolowej Bellevue.

Tak wielkich lodowców to ja jeszcze nie widziałam.

Daj mi tak chwilę posiedzieć. Bo jeszcze się nie oswoiłam z tym co się stało.


Pod wieczór nadchodzi załamanie pogody, które w prognozach ma trwać przez tydzień!


sobota, 9 września 2017


Mamy luźny dzień, więc wybieramy się autobusem z Damianem do Chamonix. Marcin w tym czasie ma zejść z obozowiska na camping. Ponownie nawiązujemy z nim łączność. Pyta się jak jest na dole, bo on od 3 w nocy nie śpi, bo musiał trzymać namiot. A u nas na dole? Leje.

Maniakalnie sprawdzam prognozy pogody, z nadzieją, że może coś się zmieniło, że to największe załamanie pogody opóźni się na tyle, że da nam możliwość jeszcze jednej próby wejścia na Blanca. I jest! Dwa dni, akurat tyle ile byśmy potrzebowali. Rzucam temat Damianowi: „Prognoza się polepszyła. Jest szansa na drugą próbę. Ja wiem, że to szaleństwo jak kupimy dla mnie nowe buty i od razu w nich miałabym iść tak wysoko, ale chcę chociaż spróbować”. Kilka sekund ciszy. Usłyszałam odmowę, ale po chwili Damian wyrywa mi z ręki telefon. „No, dobra, może się to udać, ale musimy ci kupić buty, zbieramy się”.


W Chamonix zachodzimy do 4 piętrowego budynku, w którym znajduje się sklep górski Snell Sport. Jestem w sklepie marzeń! Damian śmieje się, że jakby im padła elektryka to wystarczyło by mnie  w środku postawić, bo tak świeciły mi się oczy. Tam było wszystko! Pełna rozmiarówka butów, najnowszy sprzęt. Wszystko można dotknąć, przymierzyć. Do sklepu dotarł do nas nasz zdobywca Mont Blanc. Cała trójka się obkupuje, dostając jeszcze 10 % rabatu.

Mam już nowe buty, ale czy prognozy się utrzymają? Sprawdzam w telefonie co rzecze yr.no. I niestety powrót do pierwotnej koncepcji. Nie będzie okna pogodowego, będzie lać, a w górach sypać śniegiem przez tydzień! W całych Alpach!


Wracamy na camping, w samochodzie ledwo mieścimy ponadprogramowy bagaż w postaci reklamówek ze Snell Sporta. Dyskutujemy długo co robić dalej. Warunki na campingu są kiepskie. Nie ma nawet miejsca by się schować przed deszczem. Żadnego większego budynku czy nawet porządnej wiaty. Przemoczymy wszystko i nawet jakby pogoda miała się polepszyć to nie będziemy mieć suchych ciuchów. Nie ma nawet za bardzo gdzie uciec w inny rejon Alp, bo wszędzie ma być podobnie.


Decyzja zapada – wracamy do Polski. W strugach deszczu zwijamy namioty oraz pozostały sprzęt. Zanim pożegnamy się z Dachem Europy, nalegam by stare buty wyrzucić właśnie tutaj u jego podnóża, bo podobno wyrzucenie gdzieś butów wróży powrót w to miejsce...


Buty lądują w koszu, a my opuszczamy camping.





18 komentarzy :

  1. Co za pech! :( Szkoda, że z tak niefortunnego powodu nie udało Wam się zdobyć Białej Góry :( Z radością wyczekiwałem Waszego sukcesu i relacji. Wierzę, że szybko uda Wam się wrócić i wyrównać rachunki! Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle nie pomyślałabym, że akurat z powodu niedyspozycji buta będę musiała zawrócić, tym bardziej że w tych skorupach byłam m.in w zimie na Barani Rogach i bardzo dobrze się sprawiły... BTW, to już druga para skorup, którą "załatwiłam". :D

      Usuń
  2. Blanc tam był jest i będzie więc wszystko przed Wami Ja Blanka zdobyłem mając 51 lat w 2011r więc myślę że macie jeszcze sporo czasu
    Powodzenia

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak dawkowałaś napięcie, że obstawiałam, że nie weszłaś, przy czym obstawiałam załamanie pogody, a nie buta... ;) Jestem pewna, że jeszcze wrócisz pod MB, tym razem z pełnym sukcesem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, trza będzie wrócić. Już chodzi nam po głowie zupełnie inna koncepcja zdobycia tej góry, ale na razie nic zdradzać nie będę, bo sama się boję tego pomysłu :D

      Usuń
  4. Pełna napięcia relacja... Mimo, że również nie mam jakiegoś parcia na Blanca to prawie się popłakałam z Tobą za tym kuluarem... Dobrze, że góra dalej stoi i raczej nigdzie się nie wybiera. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tamtym momencie miałam niezłą gonitwę myśli... ale chyba tak najbardziej to byłam zła, że trzeba będzie przechodzić jeszcze raz ten cholerny Kuluar, no chyba że wybierzemy inną drogę, ale na razie bierzemy pod uwagę dalej francuską...

      Usuń
  5. Niemal do samego końca liczyłem, że może jednak... Ale chętnie wrócę przy okazji kolejnej relacji z Blanca i wtedy już mam nadzieję wam pogratuluję :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja byłam skłonna siedzieć w Chamonix kolejny tydzień, mając nadzieję na jakieś okno pogodowe, ale po prostu te warunki na campingu w Les Houches by nas zniszczyły... Teraz wiemy co jak wygląda i na co się należy nastawiać. Myślę, że przy kolejnej próbie będzie łatwiej logistycznie i planowanie będzie prostsze.

      Usuń
  6. Co za paskudny but...! Jeszcze przyjdzie czas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No paskudny! Ale teraz mam takie, że same wejdą za mnie na Blanca ;) Taaaaka technologia! :) Na dobre pożegnałam się z modelami butów w formie skorupy.

      Usuń
  7. Ja też chciałam już gratulować... No cóż, nie ma tego złego, przynajmniej zorientowaliście się co i jak, strach przed Wielkim Kuluarem też będzie już mniejszy następnym razem. A zdobyte po drodze górki i widoki na alpejskie szczyty to coś, czego Wam nikt nie odbierze. Nowe buty rozchodzisz i za jakiś czas przeczytamy o zdobyciu Dachu Alp. Powodzenia! Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłby niezły klops, jakbym nie zauważyła tej odklejającej się podeszwy, więc w sumie skończyło się wszystko szczęśliwie.

      Usuń
  8. Szkoda że taki incydent Wam się przydarzył. Ale znając Ciebie na podstawie tego, co miałem okazję tu przeczytać - wiem, że się tak łatwo nie poddasz i powrócisz tam pewnie już niedługo.
    Dla mnie Blanc to też jedno z największych marzeń. Niesamowita jest dla mnie ta skrajność - droga normalna biorąc pod uwagę wysokość tego szczytu wydaje się taka łatwa, a jednak przez ten żleb, śmiertelnie niebezpieczna. YT jest pełen filmików, które lekko mówiąc, potrafią przestraszyć z poziomu fotela przed ekranem laptopa.
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No powiem, że te filmiki na YT z Wielkiego Kuluaru naprawdę rozbudziły mój strach. A ciągłe myślenie o nim spowodowało, że nie raz śnił mi się przed wyjazdem.

      Usuń
  9. Wielka szkoda, że z powodu buta nie udało się wejść na szczyt MB, ale on tam będzie stał i poczeka na Ciebie. Powiem strzeże, ale ja nie mam pełnego zaufania do butów "skorup", jakoś one mi nie pasują. Naszym marzeniem też jest obejrzenie z bliska MB, może uda się w niedalekiej przyszłości. Pozdrawiamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja, do czasu tej sytuacji pod Wielkim Kuluarem byłam wielką fanką skorup. Głównie dlatego, że naprawdę było mi w nich ciepło. Miałam kiedyś do podobnego użytku (zima w Tatrach, lodowcowe Alpy) buty skórzane, niezniszczalne Raichle. Co z tego, że były pancerne, jak w nich marzłam... No ale ostatecznie po dwóch wyrzuconych do kosza par skorup, powróciłam do modelu skórzanego, ale tym razem zupełnie nowej generacji. Czas pokaże czy faktycznie się sprawdzi...

      Usuń