19 czerwca 2018

Mały Szlak Beskidzki... na rowerze


Jest godzina 19:30. Właśnie wpadam do domu po 12-godzinnym dyżurze. Plecak oraz rower czekają już podszykowane od dwóch dni, ale jeszcze brakuje kilku elementów, które dopakowuje Damian. Łykam w biegu bułkę i słucham ostatnich instrukcji oraz porad związanych z ewentualną awarią roweru. Na pożegnanie otrzymuję w łapę bilety oraz buziaka w czoło. Mój rowerowy czelendż właśnie się rozpoczyna. Po 10 minutach od wyjścia z domu, jestem na dworcu kolejowym. Ładuję się z rowerem do pociągu, daję znać smsem swojej towarzyszce, że jestem w drodze do Wrocławia zgodnie z planem. Niecała godzina jazdy mija mi na rozmyślaniu...



… o tym, że to co miało być luźnym gadaniem na jednym z popasów podczas rowerowych przejażdżek w Masywie Śnieżnika jest w realizacji. Od teraz i przez kolejnych kilka dni! To właśnie podczas tego wypadu, padł po raz pierwszy pomysł przemierzenia na rowerze Małego Szlaku Beskidzkiego (MSB). Wtedy jeszcze nie było oficjalnych deklaracji, terminów, logistyki. Ot, fajnie by było zrobić.

Gdy ostatnie śniegi stopniały, pojawiły się dodatnie temperatury, a błoto na szlakach przestało już tak straszyć, rower zaczął dopominać się o uwagę. Temat związany z MSB powrócił z taką mocą, że w ciągu dwóch miesięcy udało nam się ustalić praktycznie wszystko i doprowadzić do realizacji tego pomysłu. O kondycję Agnieszki nie miałam się co martwić. Mieszkająca w podgórskim terenie, trenować mogła gdy tylko czas i pogoda pozwalały. Poza tym, z górskich aktywności to właśnie kolarstwo górskie ukochała najbardziej. Co chwilę widziałam kolejne treningi na endomondo, na widok których miewałam wątpliwości czy jednak lepiej się z tego nie wycofać. Trochę obawiałam się, czy to wyzwanie rowerowe nie będzie ponad moje siły, tym bardziej, że ja tak doskonałych warunków terenowych w pobliżu nie mam. Miałam dwa miesiące na podreperowanie swojego wyrobu mięśniopodobnego. Naprawdę nie chciałam startować od zera, ale już na dzień dobry zostałam z planów treningowych praktycznie odsunięta. Przez co? Przez chorobę. Gdy rozpoczął się wiosenny boom, a pogoda była wręcz idealna do wałkowania podjazdów na moim najbliższym Górzcu na Pogórzu Kaczawskim, ja umierałam od rozpierającego bólu zatok. Cały kwiecień praktycznie przeleżałam w domu. Mój Skajek dostał kilka lżejszych komponentów, a ja w przygotowaniach do MSB nie zrobiłam kompletnie nic. Jedynie w maju wpadły jakieś podjazdy oraz kilometry.



Dlaczego Mały Szlak Beskidzki jest wyzwaniem w wersji rowerowej? Bo to przede wszystkim szlak pieszy. W pewnych momentach nawierzchnia aż prosi się o dwa kółka, w innych jest zmorą i wtedy nachodzą myśli o porzuceniu w krzakach swojego towarzysza. Pisząc się na tego typu wyzwanie trzeba wiedzieć, że nie będzie to jazda na rowerze, a przygoda na/z rowerem. Na trasę spokojnie spakowałyśmy się w rowerowe plecaki. Sprzętem, który warto mieć, choć lepiej żeby nie musiał być w użyciu, podzieliłyśmy się, by po prostu nie dublować tego samego. Ja miałam apteczkę, a Agnieszka sprzęt do ewentualnej awarii roweru. Do sprzętu i rzeczy osobistych przyjęłyśmy wariant minimalistyczny. Spakowałyśmy się wręcz perfekcyjnie. Jedyną niepotrzebną rzeczą okazały się ręczniki (oczywiście też w minimalistycznej wersji), którego żadna z nas nie użyła, ponieważ w wybranych przez nas noclegowaniach były do dyspozycji. Gdybyśmy spały w schronisku, wtedy faktycznie ten element byłby niezbędny.



Kilka ogólnych informacji:

Mały Szlak Beskidzki mierzy około 136 km. Jest dopełnieniem Głównego Szlaku Beskidzkiego, który omija na swojej trasie trzy Beskidy: Wyspowy, Makowski oraz Mały. Rozpoczyna się bądź kończy w dwóch miejscach: Luboń Wielki (szczyt) oraz Straconka (dzielnica Bielska-Białej). Suma przewyższeń to około 5600 m, praktycznie w obu kierunkach. Pokonując szlak ze wschodu na zachód co prawda jest ono mniejsze, ale trzeba mieć na uwadze wdrapanie się na szczyt Lubonia, stąd suma się wyrównuje. Szlak nie jest uważany za mega widokowy, choć będąc już na trasie nie raz dałyśmy się zaskoczyć urokowi beskidzkich krajobrazów i rozległych panoram. Opinia wg mnie jest troszkę krzywdząca. Sama się nią zasugerowałam, więc zdecydowałam się by nie zabierać lustrzanki, w myśl, że dla kilku dobrej jakości zdjęć nie warto targać na plecach dodatkowych gramów. Przyznam, że w kilku miejscach aparatu mi bardzo brakowało. Być może taka opinia wynika z tego, że z punktu pieszego faktycznie ma się wrażenie, że tych widoków aż tak często nie ma ze względu za częstotliwość zmieniającego się otoczenia. Są długie fragmenty szlaku, gdzie po prostu idzie się monotonnie lasem. Pokonując ten sam dystans na rowerze, trwa to znacznie krócej. Na szlaku jest wiele miejsc gdzie można uzupełnić wodę i prowiant, jak również sprawy noclegu nie stanowią raczej problemu (chociaż jest jeden fragment na trasie, który wymaga wcześniejszej logistyki). Oznakowanie jest dobre, ale będąc na rowerze, zwłaszcza podczas fajnych zjazdów trzeba być czujnym. Dla tych co chcą przemierzyć MSB na rowerze, nie mieszkających w pobliżu Beskidów, dość sporym wyzwaniem jest także sprawa związana z transportem siebie oraz oczywiście roweru. Tak naprawdę jedynym wyborem jest pociąg i trzeba liczyć się z przesiadkami lub ograniczoną siatką połączeń. Trzeba dysponować około 3 pełnymi dniami, by w miarę spokojnie przemierzyć cały szlak. Dobrze opisany jego przebieg można znaleźć tutaj.





sobota, 26 maja 2018

Spotykałyśmy się na wrocławskim dworcu kolejowym. Pierwszy już wspólny etap to dostanie się do Katowic. Załadowałyśmy się z rowerami do ostatniego wagonu (brak przedziału rowerowego w TLK). 3 godziny jazdy minęły nam szybko. Kilka minut po północy zameldowałyśmy się w hostelu (200 metrów od dworca), który wcześniej zarezerwowałyśmy, ustalając także z obsługą, że będziemy z rowerami i zależy nam na bezpiecznym ich przechowaniu. Do dyspozycji miałyśmy około 6 godzin snu (lepsze to niż tułanie się na dworcu po nocy), gdyż jeden jedyny pociąg, który przejeżdżał przez Rabkę-Zdrój, odjeżdżał po godzinie 6-ej rano.


DZIEŃ #1
SIŁA CHARAKTERU I MOTYWACJI



niedziela, 27 maja 2018


Dnia poprzedniego kupiłyśmy bilety do Rabki-Zdrój, więc z hostelu udałyśmy się bezpośrednio na peron, gdzie był już podstawiony pociąg. Jazda trwała 4 godziny, które wykorzystałyśmy na uzupełnienie snu. Dwie dziewczyny z rowerami MTB mogą wzbudzać zainteresowanie, stąd często na trasie byłyśmy pytane gdzie jedziemy. Jedną z takich osób był oczywiście konduktor. W Rabce-Zdrój zameldowałyśmy się przed południem. Mogłoby się wydawać, że to już start. Start naszej rowerowej przygody - owszem, ale nie szlaku. Od spotkanych rowerzystów zasięgnęłyśmy informacji jak najlepiej dojechać na Luboń Wielki. Generalnie dowiedziałyśmy się, że wszystkie drogi szutrowe prowadzą na Luboń, jaką byśmy nie wybrały... Dostałyśmy informacje, które prawo i które lewo wybierać by mieć pod kołami najlepszy wariant podjazdowy. Początkowo faktycznie droga była spoko, jednak przy kolejnych skrzyżowaniach miałyśmy wątpliwości które prawo i które lewo wybierać. Skończyło się to na pierwszym spotkaniu z okropnym błotem i pchaniem roweru. Cennego przewyższenia nie chciałyśmy stracić, więc na pomoc przyszła nam aplikacja Mapy Turystycznej. Dzięki niej miałyśmy odniesienie jak daleko znajdujemy się od jakiegokolwiek szlaku i ewentualnie które ścieżki wybierać. W pewnym momencie nawet przedzierałyśmy się z rowerami przez chaszcze i bardzo gęsty las. Zamiast połączyć się z zielonym szlakiem pieszym, na Luboń Wielki wjechałyśmy zupełnie z drugiej strony, szlakiem niebieskim. Grunt, że w końcu zobaczyłyśmy słupek z tablicą o początku/końcu MSB. Witaj przygodo!

Start z Lubonia Wielkiego.

Dopiero będąc na Luboniu Wielkim mogłyśmy ogłosić rozpoczęcie Małego Szlaku Beskidzkiego. Z powodu dojazdu do Rabki-Zdrój i konieczności wdrapania się na szczyt, wybiło mocne popołudnie. Miałyśmy więc do dyspozycji tylko połowę dnia, stąd pokonanie pierwszych kilometrów szlaku miało zamknąć się w około 30.


Start szlaku rozpoczął się od sprowadzania rowerów. Mniej więcej do połowy zboczy Lubonia. Stroma i wąska ścieżka stanowiła także wyzwanie dla pieszych. Później już teren trochę puścił i mogłyśmy wsiąść na rowery. Zaczęłyśmy nadrabiać czas i kilometry. Prognozowane burze, zaczęły o sobie dawać znać. W kierunku, którym miałyśmy jechać, niebo było ciemnogranatowe. Dało się usłyszeć pierwsze pomruki nadchodzącej burzy. W Mszanie Dolnej wykorzystując czas na przeczekanie deszczu, zgodnie stwierdziłyśmy, że przy okazji zjemy jakiś obiad. Gdy zasiadłyśmy przy stoliku z rozłożonym parasolem, właśnie zaczęło lać. Czasowo wpasowałyśmy się idealnie! To był pierwszy i nie ostatni raz kiedy ograłyśmy burzę i wciąż pozostałyśmy suche. Przynajmniej w kontekście przemoczenia od deszczu, bo bycie mokrym od potu towarzyszyło nam wielokrotnie.

Po uzupełnieniu strat energetycznych ruszyłyśmy dalej. Szlak wyprowadził nas na obrzeża miejscowości. Pojawiły się pierwsze lekkie bądź mocniejsze podjazdy. W pewnym momencie podjazdy zaczęły przybierać charakter wspinaczkowego wypychu aż na sam wierzchołek Lubogoszcza. Przyznam szczerze, że to był moment, w którym miałam wrażenie, że MSB nas testuje. Nie tyle naszą kondycję, co siłę charakteru i pokłady motywacji. Wypych nie miał końca. Dodatkowo burzowa pogoda wiązała się z duszną atmosferą.

W nagrodę za wysiłek wepchania siebie oraz roweru, Lubogoszcz uraczył nas brakiem widoków. Po posileniu się jedynie batonikiem, ruszyłyśmy dalej. Trzeba było teraz z tej góry zejść. O zjechaniu nie było mowy. Tak jak w przypadku Lubonia, teren mniej więcej w połowie tracenia wysokości zaczął powoli puszczać. Znowu pojawił się wiatr we włosach. Szybko znalazłyśmy się w Kasinie Wielkiej. To miejsce było planem minimum jakie miałyśmy osiągnąć tego dnia. Pora dnia pozwalała jeszcze na co najmniej 2,5h jazdy w jasnościach, więc chciałyśmy podgonić z kilometrami. Miałyśmy obawy, że jeżeli teren będzie tak trudny pod rower jak dotychczas, to po prostu może nam nie starczyć dni jakimi dysponowałyśmy. Minęłyśmy Bike Park w Kasinie, by tuż przy końcu wioski zatrzymać się w celu ogarnięcia noclegu, w miejscu do którego ewentualnie byłybyśmy w stanie dotrzeć (Przełęcz Jaworzyce). Niestety poszukiwania zaczęły się przeciągać. Znalezione w necie namiary na różnego rodzaju agroturystyki nie reagowały na nasze telefony. Z początkowych 2,5h zrobiła się jakaś 1h. Nie mając pewności, że znajdziemy nocleg nawet będąc na miejscu, pukając po prostu do drzwi, zdecydowałyśmy, że zostaniemy jednak w Kasinie Wielkiej. W jednej z agroturystyk bez problemu otrzymałyśmy pokój, a rowery wylądowały w garażu.


Późnym wieczorem, wpadł do nas znajomy Agnieszki, który mieszka nieopodal. Człowiek o bardzo dobrym sercu - wszak GOPR'owiec, przywiózł nam w siatce produkty na śniadanie oraz radlerki. Przy okazji podzielił się z nami wiedzą, co ewentualnie możemy spotkać na dalszym etapie szlaku. Taki support na trasie! ☺✌

DZIEŃ #2
HALO, TU WARSZAWA!


poniedziałek, 27 maja 2018


Już po 6 rano rozpoczęłyśmy młynkowanie. Mając do dyspozycji cały dzień oraz prognozy pogody wolne od burz, miałyśmy szansę machnąć jakiś konkretniejszy dystans. Na odcinku pomiędzy Kasiną Wielką a Przełęczą Jaworzyce byłyśmy raz na, a raz obok roweru. Warto wytężać wzrok, bo przy dobrej widoczności, na którą akurat natrafiłyśmy, na jednej z rozleglejszych panoram, poza innymi beskidzkimi pasmami, widać również Tatry!  Początek dnia co prawda zaczął nam się w wolniejszym tempie, ale gdy tylko pojawiłyśmy się na przełęczy, która stanowi punkt podziału z kolejnym beskidzkim pasmem, teren zmienił swój charakter.

Analizując różnicę w terenie na mapach wszystkich trzech Beskidów, to Wyspowy wydawał się być najmniej przychylny dla roweru. I faktycznie, od Przełęczy Jaworzyce, z której czerwone znaki szlaku miały nas teraz poprowadzić przez Beskid Makowski, spotykałyśmy znacznie mniej wypychów, a nawet jeżeli były to nie zapadły nam aż tak znacząco w pamięć. Prawdopodobnie o wypychu na Lubogoszcz jeszcze nie raz będziemy wspominać podczas jakiegoś popasu w górach.


Beskid Makowski przywitał nas asfaltowym, a następnie szutrowym podjazdem na kolejną górę na „L”, którą zdobędziemy podczas MSB – Lubomir. Na szczycie rozpościera się głównie widok na obserwatorom astronomiczne. Zasiadłyśmy na zadaszonych ławkach ze stolikami. W czasie drugiego śniadania, wykorzystując już dobre nasłonecznienie, wystawiłyśmy nasze niechcące się wcześniej wysuszyć ubrania. Kolejnym punktem na trasie tego dnia był dojazd do Schroniska PTTK na Kudłaczach, który pokonałyśmy w siodełku. Przy schronisku zrobiłyśmy tylko pamiątkowe zdjęcia i ruszyłyśmy dalej. Większą przerwę planowałyśmy zrobić na obiedzie w Myślenicach, ale żeby się tam znaleźć, na trasie jeszcze miałyśmy do zaliczenia górę Działek, która swój prawdziwy charakterek pokazała dobiera na zejściu. Na bardzo krętej, stromej i przepaścistej ścieżce ledwo mieściłyśmy się z rowerem u boku.


W Myślenicach wybiło popołudnie. Dopiero będąc w mieście poczułyśmy panujący upał. Dotychczas byłyśmy w oddaleniu od cywilizacji, a od słońca chronił nas cień drzew. W restauracji „Młynek” za niewielką kwotę obżarłyśmy się zestawem obiadowym, który generalnie początkowo zamiast dodać, to odebrał nam trochę sił. Ciężko było wstać od stolika i kontynuować dalej szlak, a według naszych planów byłyśmy mniej więcej w połowie dystansu dnia. Zanim opuściłyśmy myślenicki rynek, uzupełniłyśmy braki w wodzie w pobliskim sklepie. W plecakach przybyło znowu trochę kilogramów, ale te szybko zaczęły znowu maleć, gdy tylko wydostałyśmy się na obrzeża miasta i ponownie zaczęłyśmy  piąć się w górę, wyłażąc w pewnym momencie na otwartą przestrzeń. Pięknie było widać całe miasto i górujące nad nim beskidzkie pagórki, ale w tamtej chwili marzyłyśmy by jak najszybciej znowu znaleźć się w lesie.


Nachylenie powoli zaczęło puszczać i można było złapać oddech. Kolejne kilometry okazały się być dostępne do jazdy na rowerze. Szlak prowadził po w miarę płaskim terenie, ale spotkałyśmy szereg przeszkód w postaci  wiecznie niewysychających, sporych rozmiarów kałuż, więc nie było za bardzo jak podreperować średniej prędkości dziennej. Na tym odcinku wpadła także pierwsza gleba. Tak szybko się wszystko zadziało, że dopiero jak okazało się, że nic poważnego mi ani Skajkowi nie jest, zaczęłam analizować jej przyczyny. Wywrotka była dość banalna, ale jednak zmęczenie, temperatura oraz niestaranne (akurat wtedy) dociągnięcie wszystkich pasków plecaka wystarczyło by zostawić trochę krwi na MSB. ☺


Wylądowałyśmy w wiosce Palcza i generalnie chciałyśmy jeszcze przejechać około 15 km dalej, by ostatecznie zatrzymać się na nocleg w Zembrzycach. Z doświadczenia dnia poprzedniego nie skorzystałyśmy i znowu z dostępnych jeszcze 2,5 h jazdy w jasności, zaczęły ubywać minuty. Nadszedł czas na załatwianie jakiegoś dachu nad głową. Lista potencjalnych noclegów bardzo szybko się skończyła. Miejscówka, którą uznałyśmy za pewnik, niestety nie miała wolnych miejsc. Inne numery telefonów albo nie odbierały, albo były nieaktualne bądź nieprawidłowe. Na jeden z takich numerów, który widniał w necie z informacją, że należy do Bacówki, zadzwoniłam. Po moim szybkim przekazaniu informacji w jakiej sprawie dzwonię, okazało się że dodzwoniłam się na prywatny numer osoby mieszkającej w Warszawie. Do stolicy Polski było nam raczej nie po drodze, więc trzeba było coś zacząć kombinować w miejscu, w którym notabene utkwiłyśmy. Niestety, po zasięgnięciu informacji od mieszkańców wioski, okazało się, że w Palczy nikt nie prowadzi agroturystyki. Dostałyśmy namiary na jedno miejsce, ale oddalone od wioski, jak i szlaku o około 5 km.  Początkowo kręciłyśmy na tą ewentualność nosem, bo nie chciałyśmy się oddalać od przebiegu czerwonych znaków, które nas interesowały od dwóch dni, ale po prostu nie miałyśmy wyjścia. Pokonanie 5 km na rowerze po asfalcie nie stanowiło problemu. Zadzwoniłyśmy z zapytaniem o przygarnięcie dwóch rowerzystek. W końcu usłyszałyśmy odpowiedź, na którą czekałyśmy od ponad godziny: jest wolny pokój! Po około 40 minutach zjawiłyśmy się w Agroturystyce w Budzowie. Rowery wylądowały w stajni, a my otrzymałyśmy pokój z widokiem na krowę oraz owieczki pasące się na łące. Poczułyśmy ulgę, że udało się jednak tej nocy nie wylądować w krzakach. Już przy kolacji zaczęłyśmy szukać noclegu na kolejną (i ostatnią) noc, tym bardziej, że wiedziałyśmy iż mając do dyspozycji jeszcze niecałe 1,5 dnia mniej więcej było wiadome w jakim punkcie na szlaku musimy obligatoryjnie wylądować, by mieć szansę go ukończyć.


DZIEŃ #3
ZBUNTOWANY KLAPEK


wtorek, 28 maja 2018


Jak wspominałam wcześniej, dwie dziewczyny z rowerami MTB mogą wzbudzać zainteresowanie. Gospodarze, którzy użyczyli nam dachu nad głową oczywiście zaczęli zadawać pytania w stylu: gdzie, jak i po co? Agnieszka opowiedziała o naszym problemie z noclegiem i powodzie dla którego znalazłyśmy się w Budzowie, z dala od przebiegu MSB. Na tą wiadomość, zaoferowali nam oraz rowerom podwózkę autem, do miejsca, w którym dnia poprzedniego skończyłyśmy. Taki support na trasie! (drugi już z resztą ☺). 


Przed 7:00 razem z rowerami ponownie zjawiłyśmy się w Palczy. Wiedząc, że cenną godzinę którą byśmy straciły na przejechaniu tych 5 km (podjazd) mamy wciąż do dyspozycji, a sprawa noclegu jest już ogarnięta, wystartowałyśmy już bez dodatkowego pasażera o imieniu stres. Odcinek do Zembrzyc okazał się być baaardzo fajny do jazdy na rowerze.

W Zembrzycach odnalazłyśmy sklep, w celu uzupełnienia wody. Podczas robienia przepaku, Agnieszka zauważyła, że jechała z otwartym plecakiem. Okazało się, że w dolnej komorze brakuje jednego klapka. Ja zazwyczaj na całej trasie MSB zabezpieczałam tyły (czyt. jechałam druga) i nie widziałam by zamki w plecaku były niedosunięte. Poza tym, nawet nie było możliwości tego dostrzec, ponieważ na plecaku suszyła się koszulka. Zaczęłam odtwarzać sobie niedawno przebyte 15 km i przypomniałam sobie, że jadąc, faktycznie widziałam leżący przy ścieżce klapek, ale uznałam że stanowi on stały element lasu.  Analizując całe to zdarzenie, "śmiechom nie było końca". ☺


Od Zembrzyc czerwone znaki będą nas teraz prowadzić przez Beskid Mały. Tego dnia, głównym punktem na trasie był Leskowiec. Obie nastawiałyśmy się na kolejny długi wypych, a okazało się że teren od podnóża wioski Krzeszów aż na sam szczyt, przy pomocy mocnej łydy jest praktycznie w całości dostępny do podjechania na rowerze.

W Schronisku PTTK na Leskowcu wpadł nam dłuższy postój. Nie tylko z powodu przerwy obiadowej, ale także ze względu na obserwowanie sytuacji dziejącej się na niebie. Dało się usłyszeć w oddali pierwsze grzmoty. Było duże ryzyko, że jak tylko zaczniemy jechać, ostro nas zleje. Postanowiłyśmy najgorszy moment burzy przeczekać pod dachem, ale ta nie chciała wyjść nam na spotkanie. W międzyczasie podszedł do nas turysta, który przemierzał Mały Szlak Beskidzki w odwrotnym kierunku. Skonsternowanym głosem, zapytał nas czy znamy jakieś miejsca noclegowe na odcinku Leskowiec- Myślenice. Niestety nie byłyśmy w stanie mu nic doradzić, gdyż same dnia poprzedniego miałyśmy problem ze znalezieniem dachu nad głową. 


Spojrzałyśmy w necie na  radar burzowy. Front był bardzo rozległy i tak naprawdę ciężko było stwierdzić jak się przez najbliższe godziny rozwinie. Postanowiłyśmy zaryzykować i dalej kontynuować szlak.


Grzmoty i pioruny straszyły nas z każdej strony, ale my wciąż pozostałyśmy nietknięte deszczem. Na Łamanej Skale podczas krótkiej przerwy, przyplątał się do nas pies. Początkowo myślałyśmy, że po jakiejś chwili pojawi się jego właściciel. Nikt jednak nie nadszedł.

Azymut, którym miałyśmy się dalej kierować wydawał się być już wolny od burz. Zaczęłyśmy dalej korbkować w stronę kolejnych punktów na trasie. Na fragmencie od Łamanej Skały przez Potrójną aż do Przełęczy Kocierskiej towarzyszył nam pies. Przebiegł za nami kilka kilometrów. Pies wyglądał na wyżła niemieckiego szorstkowłosego albo na jego skundloną wersję i miał naprawdę niezłą kondycję. Kilka razy mu na zjazdach odjechałyśmy, myśląc, że już nas nie dogoni. Ten jednak po chwili wybiegał zza krzaków.




Na Przełęczy Kocierskiej pies wybrał nowych towarzyszy i zmienił kolory szlaku, a my z ostatnim wyzwaniem dnia zostałyśmy same. Po kolejnych zjazdach i podjazdach, tuż na samym końcu naszej trasy, czekał nas wypych na Kiczorę. W porównaniu jednak do poprzednich, ten został nam w pełni wynagrodzony. Zbliżający się wieczór dodatkowo ubrał w ciepłe barwy widoki rozpościerające się ze szczytu. Tuż przed zjazdem na kwaterę, Kiczora pożegnała nas widokiem na piękną tęczę.




Na pobliskiej Górze Żar, w okolice której koniecznie musiałyśmy dotrzeć, nawet jakby trzeba było czołgać się z rowerami, nie ma żadnych noclegów. Są natomiast poniżej, ale trzeba opuścić czerwone znaki. W pensjonacie znajdującym się obok dolnej stacji kolejki linowo-terenowej zameldowałyśmy się przed ustaloną godziną przybycia. Jednak ten dzień nie okazał się być aż tak ciężki jak przewidywałyśmy. Rowery wylądowały w kanciapie, a my po wcześniejszych ustaleniach z właścicielką odnalazłyśmy w pokoju lodówkę, w której miało znajdować się śniadanie, w połowie stając się naszą kolacją. Późna pora oraz wczesny start następnego dnia spowodowały, że nie miałyśmy za bardzo jak uzupełnić żarełko.


DZIEŃ #4
WYPYCH NA POŻEGNANIE



środa, 29 maja 2018


Kilka minut po 6:00, a my już na rowerach. Zaczęłyśmy od podjazdu na Górę Żar, a następnie sprowadzania roweru do Zapory Porąbka. Liczyłyśmy na przyjemny zjazd, ale niestety nawierzchnia na szlaku była parszywa. Do tego jeszcze trwały prace leśne z użyciem ciężkiego sprzętu.

Od Zapory Porąbka szlak prowadzi na Hrobaczą Łąkę, która praktycznie od samego początku trzyma charakter wspinaczkowego wypychu. Mając taką wizję przed sobą, trwającą co najmniej dwie godziny, koniecznie musiałyśmy odnaleźć jakiś sklep. W okolicy samej zapory takowego nie ma. Nadkładając ok 2 dodatkowych kilometrów, w miejscowości Międzybrodzie Bialskie znalazła się biedronka, niekoniecznie skrzydlata, ale z dość dobrym zaopatrzeniem by uzbroić się w energię do latania, wróć.., pchania roweru. ☺

Przemierzając szlak od Rabki-Zdrój do Bielska Białej, są dwie bardzo dobrze wpadające w pamięć góry, na które baaardzo ciężko wjechać rowerem. Jest to Lubogoszcz oraz właśnie Hrobacza Łąka.

Od Hrobaczej Łąki aż do Bielska Białej charakter terenu jest spadkowy. W Straconce wśród rozbrzmiewającej kakofonii (remonty dróg), odnalazłyśmy przy kościele słupek ze szlakowskazami. Jeden z nich stanowił naszą kropkę końcową MSB. Mieszkańcy biegający za swoimi sprawami, nawet nie byli świadomi, że dwie dziewczyny właśnie spełniły swoje kolejne górskie marzenie.




Nie miałyśmy dużo czasu by świętować przy słupku. Po pamiątkowych fotach, wsiadłyśmy dalej na rowery i przemknęłyśmy między ulicami miasta w celu dostania się na dworzec kolejowy. Tego dnia polskie koleje miały dobry dzień i nasz powrót do domu obył się bez niechcianych przygód.







7 komentarzy :

  1. Dziewczyny, naprawdę szacun dla Was :) Btw, znów mam ochotę na MSB, muszę go wreszcie zrobić ;)
    Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! No właśnie, Ty chyba w Beskidy masz znacznie bliżej niż my :P

      Usuń
  2. Gratuluję :) Jednak udało Ci się wybrać na MSB i go przejechać, tak jak wspominałaś. Błoto nie pochłonęło jak widzę.

    Z MSB widoki są, ale ograniczone dłuższymi leśnymi odcinkami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oprócz tych kałuż w Beskidzie Makowskim, to na samym szlaku nie było błota... Na błoto natknęłyśmy się w sumie tylko na początku, podczas podjazdu na Luboń (wariant pozaszlakowy). Oceniając już na spokojnie ten szlak, to cieszę się, że wybrałyśmy wariant rowerowy a nie pieszy. Wydaje mi się, że więcej emocji przywiozłyśmy do domu :)

      Usuń
  3. Konkretną wyrypę sobie zapodałyście. Graty !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wybierasz się na MSB? Pewnie dystans byś połknął w jeden dzień :D

      Usuń
  4. Mega szacun dziewczyny. Super się to czyta.
    I ta mina na zdjęciu na Lubogoszczy bezcenna.

    OdpowiedzUsuń