29 października 2017

Masyw Śnieżnika w wersji MTB


Odkąd spodobała mi się jazda rowerem po górach, wieczorami, zwłaszcza kiedy sezon w pełni, biorę sobie czasem mapę konkretnego pasma i analizuję je pod kątem dwóch kółek. Masyw Śnieżnika plasuje się w tym temacie w czołówce, dysponując dość dobrą siecią ścieżek rowerowych. Już od dłuższego czasu chciałam tam w końcu pojawić się ze swoim Skajkiem. Tamtejsze szlaki czy ścieżki przemierzyłam pieszo już parokrotnie, natomiast aspekt rowerowy był jak Tabula rasa. Wielokrotnie pisałam, o tym że jeżdżąc na rowerze nawet po znanych okolicach, wszystko odbiera się zupełnie inaczej.



Tym razem w zmaganiach rowerowych towarzyszyła mi Agnieszka, którą „wyłowiłam” na jednej z grup na FB. Po małym detektywistycznym śledztwie, trafnie wyniuchałam, że należy do grona osób, które tak jak ja miewają wolne w tygodniu i to wcale nie z powodu wzięcia urlopu! 




środa, 19 lipca 2017  


Zjawiłyśmy się w Kletnie po południu. Po kilku nieudanych próbach w końcu udało się nam znaleźć nocleg. Po ogarnięciu tobołków i przymocowaniu przednich kół (ach to wożenie rowerów w samochodzie :P) wyruszyłyśmy na pierwszą przejażdżkę. Plan był otwarty i miałyśmy na bieżąco wybierać dalszy kierunek. Pewnym punktem na trasie na pewno było schronisko "Na Śnieżniku". Początek jazdy miałyśmy dobry, tylko później poprzez zagadanie się jak i zamianę rowerów (ja byłam ciekawa jak się podjeżdża na kołach 27.5, a Agnieszka na 29), pojechałyśmy nie tam gdzie trzeba. Ale dzięki tej pomyłce odkryłyśmy fantastyczny widok na okolicę i górujący nad nami Śnieżnik. Po przeanalizowaniu mapy i naszej pozycji na GPS było pewne że musimy zawrócić. Nasz wybrany szlak rowerowy prowadził w lesie i dopiero przy schronisku na Śnieżniku miałyśmy do dyspozycji trochę rozleglejszy krajobraz.  

Agnieszka podczas podjazdu 

Okazało się, że pojechałyśmy czarnym szlakiem rowerowym :D

I zamiast zbliżać się do Śnieżnika, zaczęłyśmy się od niego oddalać :D

W schronisku jak to w środku tygodnia, nie było wielkich tłumów. Na ławeczkach na zewnątrz panowała cisza. Okolica powoli zaczynała zmieniać barwy od zbliżającego się zachodu słońca. Zrezygnowałyśmy ze zdobycia Śnieżnika, bo wiedziałyśmy że czekałby nas wypych rowerów. Kierunek obrałyśmy "na dom", ale troszkę inną drogą, przez grzbiet Żmijowca, którego wierzchowina jest odsłonięta.

Koteł schroniskowy.

Schronisko "Na Śnieżniku" im. Zbigniewa Fastnachta

Wspólna fota z kawałkiem Śnieżnika :)

Na grzbiecie Żmijowca - jazda szybka, przyjemna. W okresie zimy dostępna dla narciarzy biegowych.

Na Żmijowej Polanie opuściłyśmy czerwony szlak i zaczęłyśmy zjeżdżać szutrową drogą, przecinając mniej więcej w połowie stoki narciarskie opadające do Siennej. Nawigację tym razem miałyśmy dobrą i bez problemu wyjechałyśmy na asfalt w okolicy Jaskini Niedźwiedziej. Kilka kilometrów dalszego zjazdu i zameldowałyśmy się w noclegowni - Domu pod Siódemką. Nasze rumaki wylądowały w pobliskim garażu. Nakręcony dystans dnia to około 32 km. 



czwartek, 20 lipca 2017


Mimo, że  miałyśmy do dyspozycji cały dzień, to niestety zaczęły nam szwankować prognozy pogody. Już po południu miały nad Masyw Śnieżnika nadciągnąć burze. Nie było co planować dalekiej trasy. Wybór padł na Trójmorski Wierch i ewentualne kręcenie się w jego okolicach. Na szczycie nigdy nie byłam, mimo że kilka razy były nieśmiałe pomysły jego zdobycia podczas różnych moich wizyt w Masywie Śnieżnika. 

Trójmorski Wierch łatwo rozpoznać w panoramie licznych grzbietów, dzięki stojącej na nim drewnianej wieży widokowej. 

Wspomogłyśmy się samochodem, którym podjechałyśmy wraz z naszymi rumakami na parking przy leśniczówce w Jodłowie. Po ceremonii montowania przednich kół, od razu ruszyłyśmy na czerwony szlak rowerowy, który po około 3.5 km jazdy miał nas doprowadzić do przejścia granicznego Jodłów-Horni Morava.

Start z Jodłowa, cel - Trójmorski Wierch.

Droga była szeroka i z punktu technicznego nie przysparzała trudności. Niestety nadziałyśmy się na ścinkę drzew, dzięki której mam pamiątkę w postaci blizny na przedramieniu. No cóż, SPD'ki to świetny wynalazek, ale czasem zdarzy mi się przez nie zaliczenie gleby. 


Na leśnym przejściu granicznym, kierujemy się zgodnie z przebiegiem zielonego szlaku pieszego. Początkowo teren sprzyja i dajemy radę podjeżdżać na rowerach, później niestety zmagamy się z wypychem aż do samego wierzchołka.

Wypych nie taki straszny jak można się co chwilę zatrzymywać pod pretekstem podziwiania widoków :P

Gnejsowe głazy na Trójmorskim Wierchu.

Szczyt zdobyty! Trójmorski Wierch 1145 m n.p.m

Na wieży widokowej. Widok na czeską myśl konstrukcyjną - Ścieżkę w obłokach.

W stronę Małego Śnieżnika.


Trójmorski Wierch jest nie tylko atrakcyjny dzięki wybudowanej tam wieży, z której można zobaczyć coś więcej niż tylko las. To także ciekawe miejsce z punktu geograficznego. Na zboczach Trójmorskiego Wierchu zbiegają się zlewiska trzech mórz: Czarnego, Północnego oraz Bałtyckiego. 


Po odpoczynku i wejściu na wieżę, zaczęłyśmy sprowadzać rowery z powrotem w stronę leśnego przejścia granicznego. W wyższych partiach masywu Trójmorskiego Wierchu wąska ścieżka usypana luźnymi kamieniami od razu odwiodła nas od pomysłu zjeżdżania na rowerach. Rozsądek wygrał. Jednak gdy tylko teren stawał się bardziej przyjazny i gdy starczało mi czy Agnieszce pokładów odwagi, od razu wsiadałyśmy i próbowałyśmy zjeżdżać. 


Jeszcze będąc na szczycie sprawdzałyśmy prognozy pogody oraz radary burzowe. Na zachodzie już padał deszcz i było pewne że za kilka godzin swoją obecnością zaszczyci również nas. Jazda w ulewie to stanowczo nie nasze klimaty, dlatego zamiast zawitać jeszcze do Czech (to była wersja ambitniejsza jaka była w planie wycieczki), wybrałyśmy przejazd przyjemnym szuterkiem u podnóża Trójmorskiego Wierchu do przełęczy Puchacz.


Żywa spinka do włosów ;)

Jedziemy w stronę Przełęczy Puchacza.

Z Przełęczy Puchacza, szlakiem żółtym a następnie niebieskim zjechałyśmy z powrotem do Jodłowa. Licznik nabił około 14 km. Słoneczna aura, która towarzyszyła nam do południa zaczęła powoli odchodzić w niepamięć. Na horyzoncie widoczne już były burzowe chmury. Zdążyłyśmy przed czasem i ulewę oglądałyśmy już zza szyby w samochodzie :)

Dla mnie ten wyjazd był skromnym początkiem rowerowej eksploracji Masywu Śnieżnika. Przejechałyśmy jedynie mały fragment możliwości jakie oferuję te góry dla rowerzystów, a jest gdzie tam jeździć! Gotowe propozycje tras rowerowych można znaleźć np tutaj.

Dziękuję Agnieszce za wspólnie spędzony czas i mam nadzieję, że nasze rumaki wkrótce ponownie się spotkają, wszak cała Strefa Sudety MTB jest do przejechania! ☺



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz