21 października 2017

Izerskie letniaki


Z Górami Izerskimi mam podobnie jak z Karkonoszami. Już całkiem dobrze mam poznaną ich polską część, natomiast czeską jedynie symbolicznie liźniętą. W paru miejscach byłam, ale nigdy żeby zostać na dłużej i powędrować po najciekawszych zakątkach, tak na spokojnie.

Trzy słoneczne dni. Chcieliśmy je spędzić nie musząc jechać gdzieś daleko, jednakże by okolice były dla nas całkiem nowe. W założeniu również miał to być emerycki wypad. Mało chodzenia, dużo przebywania w górach z dodatkiem licznych atrakcji. Od razu nasunęły mi się na myśl czeskie Izery, które po wcześniejszym szukaniu o nich informacji, zapowiadały się z zupełnym innym charakterem niż z jakim dotychczas kojarzyłam te góry.



By obrać taki kierunek, zachęcił nas również fakt możliwości przetestowania nowego namiotu, który co prawda pojawił się w naszej górskiej szafie jako pomocnik przy zdobywaniu trochę wyższych gór. Jednak zanim znalazłby się w swoim naturalnym środowisku, dobrze było tak ogólnie zapoznać się z jego instrukcją obsługi (rozkładanie, składanie itd.), a najlepiej zrobić to oczywiście w terenie.



sobota, 5 sierpnia 2017


Jako że miało być leniwie, to na miejscu naszego startu, na szlaku pojawiliśmy się grubo po południu. W miejscowości Hejnice, tuż przy Bazylice Mniejszej zaparkowaliśmy samochód. Czeskie Izery od tego wypadu będą kojarzyć mi się z fantastycznymi skalnymi punkami widokowymi, dość sporą ilością asfaltu, gdzie w zależności od okoliczności można go lubić bądź nienawidzić, ale przede wszystkim z takim totalnym slow motion. Przez trzy dni naszego wędrowania pokonaliśmy jedynie 27 km. Wolniej już się chyba nie dało tego zrobić! ☺

Szlakiem czerwonym ruszyliśmy na pierwszy skalny punkt widokowy - Ořešník (Orzesznik) 800 m n.p.m. Doskonale widać go z Hejnic, gdyż skałki wyraźnie wyróżniają się z liściastej gęstwiny. Z przyciężkawymi plecakami i w dość dokuczliwym zaduchu nasze tempo było ślimacze, ale z drugiej strony dokąd nam tak miało być śpieszno? Jak leniwy wyjazd to na całego!

Szlak prowadzi wzdłuż murów barokowej bazyliki.

Lato w pełni!

Wejście na Ořešník.

Na Orzeszniku, na który prowadzą wyrzeźbione przez człowieka skalne schody mieliśmy możliwość obejrzenia całej okolicy. Przy okazji staraliśmy się odnaleźć grzbiety po których poprowadzone są przygotowane ścieżki dla rowerów górskich. Od razu przypomniał nam się zeszłoroczny wyjazd na Singletrek pod Smrkiem.

Skalne schody na Ořešníku.

Widok na Hejnice.

Planowaliśmy pierwszy letniak rozbić gdzieś w okolicach Holubnika 1071 m n.p.m - kolejnej grupie skałek, z których rozpościera się fantastyczny widok. Jeden z moich ulubionych w całych Izerach! W drodze minęliśmy Štolpišský vodopád, z dość pokaźną kaskadą na Černým Štolpichu. W okresie zimy podobno tworzy się na nim całkiem fajny lodospad, stanowiący fajną miejscówkę dla fanów wspinaczki lodowej.

Skupisko kopczyków.

Taka to fizyka.

Przy wodospadzie zrobiliśmy kolejny postój. Już kombinowałam jaki ugryźć kadr, pobawić się trochę trybem dłuższego czasu naświetlania, gdy moje oko (jak zawsze z resztą) musi zauważyć coś czego już później nie odzobaczy. W wyższych partiach kaskady siedziała kobita topless. Stwierdziłam, że pewnie będzie to głupio wyglądać jak będę ciągle mierzyć w jej kierunku obiektyw. Dałam sobie spokój z dalszym fotografowaniem, stąd brak jakiegokolwiek zdjęcia. Trzeba będzie powrócić w zimie...

Że niby wypad idealny na robienie nocnych fotografii.

Idziemy w kierunku Sedla Holubika.

Na Siodle Holubnika minęliśmy wiatkę i dalej po drewnianych kładkach, a później już po małym błotku dotarliśmy na kolejny skalny szczyt. W planach właśnie w jego okolicy chcieliśmy rozbić namioty, ale niestety teren kompletnie się do tego nie nadawał.

Hmmm, gdzie tu rozbić namiot?

Widok z Holubnika.

A co to za ciemne chmurzyska?

Długo na skałkach nie pobyliśmy, gdyż w naszym kierunku bardzo szybko nadciągało chwilowe załamanie pogody. Zaczęliśmy wracać w stronę Siodła, baczniej przyglądając się terenowi. W końcu coś znaleźliśmy, choć nie było idealnie płasko.

Camp nr 1.

W nogach przez cały dzień urobiliśmy, uwaga! aż 9 km! Z jednej strony czuliśmy się jakoś dziwnie, ale taki beztroski pobyt w górach po prostu już od dawna chcieliśmy zrealizować. W nocy zaczął padać deszcz...



niedziela, 6 sierpnia 2017


Dzień przywitał nas mgłą oraz mokrą trawą. Nie spodziewaliśmy się o tak wczesnej porze turystów, jednak kilka razy ktoś koło naszych namiotów przeszedł. Byli to jagodziarze, którzy wybrali się o tak wczesnej porze na żer. Gdy troszkę przygrzało słońce, na dobre wypełzliśmy z namiotów, ogarnęliśmy śniadanie i w wolnym trybie zwinęliśmy nasz biwak. Gdy wszystko wylądowało z powrotem w plecakach, ruszyliśmy ku dalszej izerskiej przygodzie. Kierunek? Bliżej nieokreślony. Gdzie rozbijamy Camp nr 2 było wielką niewiadomą.

Pierwsze uchylenie namiotowych drzwi. 

Kilkadziesiąt minut drzemki. Ponowne otwarcie i pogoda już znacznie lepsza.

Ruszyliśmy szlakiem czerwonym (Koralova cesta) w kierunku Liščí boudy, z nieśmiałym zamiarem dłuższego postoju i wszamania czegoś na ciepło. Niestety bouda oferowała zakup jedynie słodyczy, których w swoich plecakach mieliśmy pod dostatkiem. Po przeszukaniu na mapie ikonki z łyżką i sztućcem, nieopodal rezerwatu przyrody Čihadla miał stać jakiś mały bar. By do niego dotrzeć, udaliśmy się po niebieskich znakach szlaku E3. Po drodze oczywiście była jeszcze przerwa na drewnianych ławeczkach, z których obserwowaliśmy przejeżdżających rowerzystów. Na ich widok, od razu stwierdziłam że przy kolejnym razie z czeskimi Izerami zabiorę ze sobą mojego Skajka. 

Tak naprawdę Izery w okresie letnim kojarzą mi się z kwitnącymi astrami czy naparstnicami z towarzyszącymi im różnego rodzaju owadami.

Liščí bouda.

Asfalting, ale przy takich okolicznościach do zniesienia :)

Z komina budynku baru tlił się dym, co oznaczało, że może jakiejś czeskiej specjalności na ciepło będzie nam dane skosztować. Największe branie miały kiełbaski. Przyznam szczerze, że nie jestem wielką fanką czeskiej kuchni. Nie przepadam za knedliczkami czy innymi potrawami. Wszystko jest zjadliwe (wszak w górach jak człowiek głodny to i konserwę zje z oblizywaniem się po niej jak kot po konsumpcji tuńczyka), ale ostatecznie inne kuchnie świata podchodzą mi lepiej. Takiej kiełbasy to ja jeszcze w życiu nie jadłam, jednak najbardziej zdziwiła mnie leżąca przy niej dekoracja – pokrojony por :D Wszystko zapiliśmy 0,5 l Kofoli...

Wzmocnieni, ruszyliśmy dalej. Generalnie w planie było zahaczenie o Frýdlantské cimbuří, ale jakim szlakowym wariantem tam dotrzemy oraz gdzie spędzimy noc, te sprawy miały się klarować na bieżąco. 

Po drodze mijamy tajemniczą bramkę za którą prowadzi drewniany chodniczek...

Izery słyną z torfowisk. W kilku miejscach są specjalne kładki z punktami widokowym by móc bliżej im się przyjrzeć.

Gdy tak szliśmy szlakiem zielonym (Kozi stezka), naszym oczom ukazał się mały staw, ławeczki z zadaszeniem, płaski teren i... drewniana ryba! Od razu okrzyknęłam, że nigdzie dalej nie idziemy a nasz camp nr 2 postawimy w tym miejscu! Poza tym, zabrałam ze sobą statyw, który w końcu zamierzałam użyć, a okolica wydawała się całkiem dobra na nocne focenie. Dzienny dystans wyniósł już trochę więcej – 12 km :D

Rybaaa :D

Znowu przerwa, znowu drzemka. 

Powrót do dzieciństwa.

W nocy, przy świetle pełni księżyca, nasz staw przy którym się rozbiliśmy wyglądał zupełnie inaczej niż za dnia.

Nasz stawik pod osłoną nocy.

Camp nr 2.

Odbicie w lustrze wody pełni księżyca.

W poszukiwaniu ciekawych nocnych kadrów.

Mroczne powalone drzewko.

No i nasz Simondzik. Oby niedługo zawitał na jakimś lodowcu,
bo jednak izerski klimat w lecie nie do końca mu pasuje :)


poniedziałek, 7 sierpnia 2017


Trzeci dzień po izersku rozpoczął się od razu w promieniach słońca oraz wiszącym nad głowami niebieskim niebem. Przyjemna temperatura powietrza zachęcała do dalszego delektowania się trybem slow motion. Od nocy do południa nikt koło naszego campu nie przeszedł. Jedynie myszy próbowały się dostać do reklamówek z żarciem. Poza tym nastał poniedziałek, gdzie po prostu jest mniejszy ruch na szlakach. 

Suszenie ;)

Powalone drzewko za dnia. Prawda, że zupełnie inne? :)

Wpakowaliśmy wszystkie graty do plecaków i obraliśmy azymut na Hejnice skąd dwa dni wcześniej wystartowaliśmy. Czekały na nas na zakończenie dwie atrakcje - Frýdlantské cimbuří oraz Hajní kostel – kolejne charakterystyczne grupy skalne czeskich Izerów. 

Jizerskohorské bučiny.


Izerski szezlong.

Na punkcie skalnym jest pomocna metalowa drabinka do wejścia oraz krzyż.

Wysoko! A niby Izery takie płaskie. :)

Frýdlantské cimbuří

Hajní kostel, a z niego widok na Frýdlantské cimbuří.

W drodze zejściowej do Hejnic, podeszliśmy jeszcze w stronę wodospadu. Tym razem o wykonanie mu zdjęcia było dużo łatwiej :D

Vodopád na Bílém potoce.

Kot mieszkający w Hejnicach :)

Pożegnanie z Izerami.

Galeria kubków.

Ostatni dzień, zamknął się przejściem 6km. W sam raz, żeby się dobić na koniec :D

Zanim kluczyk w stacyjce odpalił silnik samochodu, skusiliśmy się na lody w pobliskiej kawiarence. Czeska odsłona Izerów to zupełnie co innego w porównaniu do tego co możemy zastać w Polsce. Przede wszystkim znajdziemy dużą liczbę różnych grup skalnych oferujących punkty widokowe. Tego u nas brakuje. Ja wróciłam z tego wypadu zachwycona. Czasem fajnie wybrać się tak bez konkretnego planu, bez zdobycia jakiegoś szczytu czy przejścia konkretnej liczby kilometrów, tylko po prostu pobyć i wsłuchać się w naturę, w górskie otoczenie. Zostać obserwatorem drobnostek, które podczas trudnej górskiej wyrypy się nie dostrzega. Piękno, spokój i oderwanie się od codzienności nizinnej wystarczą. Izery w tym aspekcie spisały się wzorowo.



15 komentarzy :

  1. Podobają mi się te skałki. A takiego luźnego wędrowania zazdroszczę.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to czasem mam takiego lenia w górach, że naprawdę nie chce mi się chodzić :P Każda napotkana polanka kusi, a jak jeszcze słońce przyjemnie przygrzeje to już w ogóle ciężko mnie oderwać od leżakowania. Oj na tym wypadzie to przerwy trwały dłużej niż sama łaziorka na szlaku... :D

      Usuń
  2. Moja szkoła! Leniwa włóczęga z zachwytem w roli głównej! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie tak czasami nigdzie się nie śpieszyć... Widzę, że szlifujesz swoją technikę foto :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No inwestycja w statyw, to trzeba od czasu do czasu go zabrać w plener. Te nocne zdjęcia robiłam około 1 w nocy, z nałożonym na siebie śpiworem bo od tego stawu mimo że lato trochę ciągnęło po plecach. No i jednak faktycznie nocne zdjęcia wykonane zimą wychodzą ciekawsze. Śnieg wypełnia te ciemne przestrzenie w kadrze (trawa, ziemia). Liczę na wspólny wypad w nadchodzącym sezonie :P

      Usuń
    2. Kilka pomysłów mam i jak uda się zgrać termin z odpowiednią pogodą to może da radę coś z tego zrealizować :)

      Usuń
    3. Trzymam za słowo. Ja też mam kilka miejscówek do zaproponowania :)

      Usuń
  4. Super wypad! A zdjęciami nocnymi jestem zachwycona. Zawsze podobały mi się fotki podświetlonego namiotu na tle ciemności. A Izery... no cóż, do zakochania ;) Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się marzy zrobienie takiego zdjęcia podświetlonego namiotu z uchwyceniem Drogi Mlecznej. A Izerki fajne i zimą i latem :)

      Usuń
  5. Ładne te Izery :). I fajny wypad.
    My tego pasma nie znamy prawie wcale. Byliśmy 2 razy - debiut na biegówkach jakieś 10 lat temu, co to prawie w ogóle śniegu nie było xD, drugi raz... w tym roku. I teraz bardzo mi się spodobały, więc planujemy pojawić się tam znów, aby lepiej je poznać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To koniecznie odświeżcie Izery zimą, oczywiście na biegówkach. Ja już nie mogę doczekać się sezonu. Może skuszę się na izerskie zimaki? Kto wie, kto wie... Uściski dla Was! :)

      Usuń
    2. No może się skusimy, jak tylko będzie śnieg xD. A też czekamy już na sezon...

      Usuń
  6. "W wyższych partiach kaskady siedziała kobita topless. (...) Dałam sobie spokój z dalszym fotografowaniem, stąd brak jakiegokolwiek zdjęcia." - I szansa na fotę wyjazdu przepadła :P

    Fajne te nocne zdjęcia znad nocnego stawu i z podświetlonym namiotem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dokładnie! Wszak wiadomo, że fejm najlepiej budować na kotach i gołych babach ;) Ale, na serio ta kobita naprawdę siedziała w złym miejscu, no nijak było ustawić aparat i cyknąć fotę. :D

      Usuń