5 lutego 2019

Skiturowe Karkonosze - odcinek 9


Wyobraź sobie sytuację jak osoba bliska twojemu sercu oddaje do lombardu cały twój górski sprzęt zbierany skrupulatnie przez wiele lat, argumentując, że to z troski o twoje życie i zdrowie. Dodając jeszcze, że jest tak psychicznie zmęczona twoją pasją (martwieniem się o ciebie), że dalej nie jest w stanie funkcjonować w związku. 

Siedzimy z Damianem w małym hoteliku w Jagniątkowie u podnóża Karkonoszy. Ta wspomniana sytuacja rozgrywa się na szczęście w telewizji. Program w stylu „Trudnych Spraw” z górskim wątkiem tak nas wciągnął, że z niecierpliwością czekaliśmy na finał. Główny bohater przygotowuje się na wymarzoną wspinaczkę w Dolomitach. Wyjazd już niedaleko, ekscytacja już buzuje w sercu, gdzie w tym czasie żona głównego bohatera cierpi katusze, martwiąc się o męża, że wybiera się na pewną śmierć. Wpada więc na pomysł, że jedyną opcją zatrzymania męża przed wyjazdem jest pozbycie się sprzętu. Kolejne sceny to kłótnie i przepychanki, żona nie rozumie męża, mąż nie rozumie żony. Góry to wielkie zło! Oglądamy ten paradokument mając co chwilę prześmiewki. Jak zakończy się ten konflikt, który już ociera się o rozwód? Finał był taki, że małżeństwo ocalało, ale pasja do gór po wymarzonym wyjeździe wspinaczkowym miała się ograniczyć już tylko do lokalnych skałek. Spojrzeliśmy na siebie z Damianem i z ulgą odetchnęliśmy, że akuratnie z takim problemem to my się nigdy nie zmierzymy. Oboje nie możemy się doczekać jutrzejszego dnia i żadne z nas nie myśli by drugiemu sprzedać bądź oddać jakikolwiek górski sprzęt.  



Początek 2019 r rozpoczął się od zimy marzeń. Śniegu po jajka prawie we wszystkich bardziej znaczących górach w Polsce. Nie ma, że w Tatrach śnieg jest, ale już w Beskidach czy Karkonoszach to tak tylko symbolicznie. Wszędzie jest go na tyle dużo, że można ze spokojem w końcu świeżutko przeserwisowane deski wyciągnąć z szafy i nie czuć ograniczenia w wyborze trasy ze względu na niedostateczną ilość śniegu! W czeskich Karkonoszach ogłoszona była lawinowa 4, w polskich 3. Komunikat obwieszczający taki stan był już od dobrych paru dni, ale wisiała w powietrzu informacja o zmniejszeniu zagrożenia o jedno oczko, dlatego też zdecydowaliśmy się nie czekać z rozpoczęciem sezonu skiturowego. Zapowiadała się pogodowa lampa, a lampa w Karkonoszach, zwłaszcza w zimie to stan, który nie występuje za często – trzeba było to koniecznie wykorzystać!


poniedziałek, 21 stycznia 2019



Po śniadaniu, spakowaliśmy walizę oraz narty i podjechaliśmy pod wyciąg na Szrenicę w Szklarskiej Porębie. Zapowiadał się piękny, ale mroźny dzień. Początkowo na grzbiet Karkonoszy mieliśmy pofoczyć brzegiem nartostrady, ale zdecydowaliśmy się jednak na skorzystanie z wyciągu, z racji, że o konkretnie ustalonej godzinie musieliśmy koniecznie znaleźć się z powrotem przy aucie. Ustawiliśmy się w kolejce po bilet, a kilka minut później już telepaliśmy się z zimna, siedząc na kanapie wyciągu. Jak dobrze, że nie wiało na grzbiecie! W innym przypadku mielibyśmy temperaturę odczuwalną pewnie z – 30°C a tak przez cały dzień mieliśmy funkcjonować w okolicach – 12°C. Temperatura była spokojnie do ogarnięcia pod warunkiem ciągłego poruszania się. Trasa jaką zaplanowaliśmy, a w szczególności miejsce zjazdu było dla nas nowością. Nigdy w wybrany przez nas rejon nie zapuszczaliśmy się pieszo, a co dopiero skiturowo!

A jaki był przebieg naszej skitury? Z górnej stacji wyciągu na Szrenicy obraliśmy azymut najpierw na Vosecką Boudę wybierając szlak czerwony a następnie żółty. Schronisko było zamknięte, więc nie było powodu by się zatrzymać chociażby na Kofolę. Następnie pofoczyliśmy szlakiem zielonym, który idzie równolegle ze szlakiem czerwonym, ale ten jest poprowadzony poniżej głównego grzbietu. Po drodze zatrzymywaliśmy się by podziwiać przyprószone śniegiem i zmrożone lodem iglaki, które ze względu na wiejące niejednokrotnie silne wiatry w Karkonoszach przybierają czasem mało naturalne kształty. Przy kolejnym spotkanym drzewku, nasza wyobraźnia tylko się rozkręcała i podrzucała do głowy kolejne skojarzenia. Zazwyczaj w drzewkach widzieliśmy krasnale, smoki lub postacie z baśni. Damian tak się wkręcił w przyglądanie się iglakom, że często na poczekaniu wymyślał historyjkę lub zabawną sytuację.

Krajobrazowa żyleta!

Jak zobaczyłam przy jak pięknej pogodzie będzie dane nam skiturować, od razu ogłosiłam, że z niczym nie zamarudzę!

Delikatny zjazd na fokach ze Szrenicy.

Górska wtyczka włączona. Czas rozpocząć ładowanie!

Co dwie Skadi to nie jedna!

Którędy by tu?

Wybieram bramkę nr 1 :)

Karkonoskie Stworki.

Dotarliśmy do skrzyżowania szlaków. By wydłużyć sobie zjazd w terenie pofoczyliśmy w stronę grzbietu. Nie trzymaliśmy się udeptanego szlaku, pomknęliśmy na przestrzał. Pod skupiskiem wielkich głazów, dzięki którym w krajobrazie można łatwiej rozpoznać Łabski Szczyt postanowiliśmy wypiąć się z wiązań i na spokojnie przygotować do zjazdu.  

Do Łabskiego już niedaleko!




Rozpoczęliśmy zjazd. Nie czułam żadnego strachu jak w poprzednim sezonie skiturowym. To pewnie ta pogoda mnie tak pozytywnie nastroiła! Było szeroko, a śnieg nie wymagał specjalistycznych umiejętności, co ułatwiło tylko utrzymanie mojego nastawienia na dobrym poziomie. Snuliśmy na nartach, każdy według swojego widzimisię, choć musieliśmy mieć na uwadze by w pewnym momencie trzymać się bardziej prawej strony. Punkt kontrolny ustaliliśmy przy schronisku Labska bouda. Trzymanie odpowiedniego kursu było spowodowane tym, iż w pewnym momencie dość głęboko wcina się koryto Łaby. Przy schronisku musiałam doregulować zapięcia w butach, bo podczas tego krótkiego zjazdu odczuwałam spory dyskomfort, wręcz nawet ból. Koniecznie musiałam coś z tym zrobić, bo przed nami otwierał się podobno najdłuższy zjazd terenowy w Karkonoszach.

Labska bouda w drapieżnym otoczeniu kotłów polodowcowych.

Zjazd trzeba było czujnie ogarnąć. Otoczenie kotłów lodowcowych predysponowało do realnego zagrożenia lawinowego. I tak jak spodziewaliśmy się, stopień zagrożenia zmniejszył się o jedno oczko, to wciąż po stronie czeskiej pozostawał jednak wysoki (3). Byliśmy tutaj pierwszy raz i tak naprawdę nie wiedzieliśmy co znajduje się za kolejnym zakrętem, drzewkiem czy hopką.

Karkonosze nie przestają nas zaskakiwać!

Jeden z najlepszych momentów na trasie. Widok na lodospad.

Kotły polodowcowe z szerszej perspektywy. Zrobił się nam troszkę alpejski klimat.

Ziuuu!

Znaleźliśmy się w bezpiecznym otoczeniu, wolnym od zasięgu lawin. Zjeżdżaliśmy dalej, tak jak puszczał teren. W pewnym momencie jednak okazało się, że obraliśmy złą linię zjazdu. Lepiej było po prostu trzymać się przebiegu szlaku, bo dawał największą szansę, że nie trzeba będzie podchodzić bokiem lub jodełkować (co na nartach bez foki czy łuski jest bardzo trudne). Gdy zorientowaliśmy się, że trzeba wrócić na szlak i aż tak bardzo nie jesteśmy od niego oddaleni, rozpoczęła się walka o każdy krok. Podejście pod górę te kilkadziesiąt metrów było wycieńczające. Ja w pewnym momencie poczułam się jak taki żuczek, który przypadkowo przewrócił się na grzbiecik, nie mogąc się ruszyć w żadną stronę. Upociłam się przy tych manewrach przeokrutnie, a gdy nerw osiągnął poziom wymagający jego werbalizacji, ściągnęłam narty, myśląc, że będzie to najlepsze rozwiązanie. Zacznę w końcu efektywniej się przemieszczać. Takiego wała! Zapadłam się powyżej bioder i dość, że dalej stałam w miejscu, to jeszcze nie mogłam się z tego śniegu wygramolić. Szybko przeprosiłam narty i z powrotem (choć też oczywiście z trudem) wpięłam się w wiązania i grzecznie, z wielką dozą cierpliwości dostawiając krok bok do boku znalazłam się na szlaku. Otarłam pot z czoła, wzięłam trzy wdechy mobilizujące i ruszyłam za Damianem, który na szlaku czekał na mnie od kilku dobrych minut.

Szlak początkowo był bardzo fajny do zjazdu. Choć nie był szeroki, to nie sprawiał trudności. Mógłby tak wyglądać do samego końca, ale zjeżdżając coraz niżej, zwężał się, a pokładające się na linii ścieżki gałęzie rosły w coraz większym zagęszczeniu. Dobrze, że ubrałam gogle, bo inaczej musiałabym co chwilę przymykać bądź chronić rękami oczy. 

Wylądowaliśmy na końcu trasy biegowej. Odpięliśmy pięty w wiązaniach i zjeżdżaliśmy dalej choć już mało zgrabnie. Na rozdrożu ścieżek zdecydowaliśmy, że nie zawitamy do zabudowań Szpindlerowego Młyna, tylko założymy foki i zaczniemy utraconą wysokość ponownie zyskiwać. Po minięciu Medvedi boudy ujrzeliśmy linię głównego grzbietu Karkonoszy.

Tam nas nie było.

Medvedi Bouda.

W głowach już zaczął się rozwijać pomysł na kolejną skiturę.

Foczymy w stronę kolejnego czeskiego schroniska.

W bliskim otoczeniu Martinovki odbywało się akuratnie szkolenie lawinowe ze skiturowcami. Krajobraz zaczął się przyodziewać w ciepłe barwy, informując nas, że zachód słońca zbliża się wielkimi krokami. Podkręciliśmy trochę tempo przemieszczania się, w celu dania sobie szansy zjazdu na nartostradzie ze Szrenicy jeszcze bez konieczności użycia czołówek. Promienie słońca pokładały się na naszych twarzach coraz śmielej. 

Ten moment kiedy jesteś tylko Ty, góry i nikt więcej.

Na Karkonosze rzuca się róż.

Szrenica już tuż, tuż.

Łabski Kocioł też już szykuje się do snu.

Na Szrenicy zgasiliśmy światło w Karkonoszach. Szybko przygotowaliśmy się do zjazdu, po raz pierwszy mając okazję spróbować swoich sił na czarnej trasie. Od początku naszej przygody ze skiturami, zimy w poprzednich sezonach nie były aż tak śnieżne. Wielokrotnie wiatr po prostu wywiewał śnieg z mocniej nachylonego terenu. Czarna jak i czerwona trasa była teraz tylko dla nas! Dopiero na niebieskiej trasie "Puchatek" zaczęli się pojawiać zniecierpliwieni narciarze zjazdowi, którzy czekali na nocną jazdę rozpoczynającą się o godzinie 18:00.


Wsiedliśmy do auta gotowi na powrót do domu, zabierając ze sobą prawie 30 km skiturę. Godne rozpoczęcie sezonu! Mam nadzieję, że utrafimy jeszcze takie warunki, bo takie dni jak ten zostają w pamięci na długo.



4 komentarze :

  1. piękne zdjęcia, jestem oczarowania Szrenicą w takim wydaniu^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie wydania serwowane są najczęściej tuż przed zachodem słońca, w tygodniu kiedy jest dużo mniej turystów na szlakach. Polecam! :)

      Usuń
  2. Oj Skadi! Co ja mam napisać? CUDOWNIE! Może kiedyś uda nam się skadac na jakąś wspólną turę. Mi się tak marzą "Skiturowe Karkonosze"! :)

    OdpowiedzUsuń