15 sierpnia 2013

Bieszczady last minute :-)

Gdzieś tam na zakurzonej liście postanowień noworocznych, jeden z punktów dotyczył ukończenia mojej przygody z Koroną Gór Polski. Już pierwsze półrocze wskazało, że z realizacją będzie krucho. Sierpień, który w ogóle nie był brany pod wyjazdową uwagę, okazał się niespodziewanie bardzo intensywny. Wpadło parę dni wolnych, które koniecznie chciałam wykorzystać. Nigdy nie wiadomo ile może potrwać górska posucha. Od razu do głowy wpadł mi pomysł ostatecznego rozpracowania dwóch pozostałych szczytów z KGP: Tarnicę oraz Lackową. W podróży do najbardziej odległego górskiego zakątka towarzyszył mi Artur (przemówiły do niego moje słowa, że w Bieszczadach trzeba być chociaż raz w życiu :-). W końcu to z nim, wdrapałam się na Rysy od strony polskiej, więc o zaplanowane intensywne 4 dni zbytnio się nie martwiłam. 

Wyruszyliśmy w sobotnie popołudnie. Ja po nocce w pracy, zawirowaniach z dnia poprzedniego, musiałam odespać parę godzin. Kierunek obraliśmy na Ustrzyki Górne. Na wklepanej trasie w gpsie widniało ponad 600km. Spoko, po ostatnich 900 do Austrii nawet jakoś mocno mnie to nie dobiło. Nim dojechaliśmy pod schronisko "Kremenaros" przy którym mieliśmy rozbić namiot, na ostatniej prostej do Ustrzyk, stanął nam na drodze jeleń karpacki. Nie chciał za bardzo zejść z drogi. Sprawiał wrażenie jakby nie widział świateł samochodu i w ogóle był niezadowolony, że musi udać się z powrotem w liściaste czeluści. Standardowo już, zapuszczając się Żabą z czarnymi tablicami tak daleko, zainteresowała się nami straż graniczna. Sprawdziła nas w bardzo poważnym tonie, jakbyśmy co najmniej chcieli ukraść rysia z lasu...

Już w niedzielny poranek wyszło na jaw co zapomniałam zabrać z domu. Była to karimata, którą dzień wcześniej używałam do ćwiczeń na swój upośledzony kręgosłup oraz karta pamięci do aparatu - została w laptopowym czytniku. Na szczęście straty dały o sobie szybko zapomnieć. Poratowałam się kocem, który zawsze wożę w bagażniku, a zdjęcia jak widać z wyjazdu są. Dobrze, że Artur nie popełnił tego samego błędu co ja, chociaż przyznał, że zdarzały się również i jemu sytuacje z zabraniem aparatu bez karty. Kolejnym stwierdzonym faktem pierwszego dnia próby bycia Bieszczaderem był dziwny zapach wody w schronisku. Artur bez ogródek stwierdził, że śmierdzi szambem.

Znaki na niebie wskazywały zachmurzenie. Nawet z dodatkiem deszczu. Trochę mi ten obraz nie grał z prognozami jakie podawał Pan Kret. Dlatego zadzwoniłam do swojego osobistego Pana Pogodyna. Damian potwierdził niedzielną lampę w Bieszczadach. To dobrze, bo pierwszym punktem na napiętym planie było wejście na Tarnicę, a nawet pociągnięcie trasy jeszcze dalej. Poziom Bieszczadera osiągnęliśmy o 10. Przed wyjściem, zrobiliśmy pierwszą sesję zdjęciową lokalnej fauny.

Niedźwiedziówka kaja na mini polu namiotowym przy "Kremenarosie".


Skrzydlaty nr 1.

Na Tarnicę wyruszyliśmy z centrum (czyt. sklep spożywczy) Ustrzyk Górnych szlakiem czerwonym idąc przez Szeroki Wierch. Obawiałam się trochę późnego startu, ale w sumie udało nam się zrobić całą zaplanowaną trasę do sensownej godziny.  Na Tarniczce wyłoniło się już pełne słońce, które dotrzymywało nam kroku przez resztę dnia.

Grzbiet Szerokiego Wierchu.

I jeszcze 15 minut podejścia...

Tarnica 1346m n.p.m

Po zdobyciu najwyższego wzniesienia polskich Bieszczad, ruszyliśmy połoninami przechodząc przez Halicz 1333m n.p.m oraz Rozsypaniec 1280m n.p.m, schodząc na Przełęcz Bukowską i dalej do Wołosatego. Większość tłumu uderzała na Tarnicę, stąd później intensywność mówienia "Dzień Dobry", znacznie zmalała. Zaczęliśmy się śmiać z Arturem, że limit uprzejmości wyczerpaliśmy już do końca roku, a następnym razem może warto by było zaopatrzyć się w koszulkę z napisem "Dzień Dobry każdemu kogo mijam na szlaku" ;) 

Skrzydlaty nr 2.

Bieszczadzkie widoki.

Zejście z Rozsypańca w stronę Przełęczy Bukowskiej.

I kolejne bieszczadzkie widoki.

W Wołosatem postanowiliśmy posilić się busem za piątaka. Jakoś nie uśmiechało nam się jeszcze dymać asfaltem 6 km, tym bardziej że następnego dnia mieliśmy w planach zrobienie drugiej bieszczadzkiej pętli. W Ustrzykach zaszliśmy jeszcze na pierogi i wróciliśmy do "Kremenarosa". A tam już mytko, ciepła herbatka i spanko...

Drugi dzień Bieszczadingu rozpoczęliśmy od wejścia na Połoninę Caryńską. Zdjęcia stamtąd często pojawiają się na stronach szkolnych podręczników, więc to obowiązkowy punkt programu.
                            
Połonina Caryńska.

Skrzydlaty nr 3.

Szlakiem zielonym zeszliśmy na Przełęcz Wyżniańską, tracąc przy tym połoniński pułap. Podeszliśmy do Bacówki pod Małą Rawką. Miejsce z fajnym klimatem i oczywiście zwierzakami. Zatrzymaliśmy się tam na dłuższą chwilę. Staliśmy się z Arturem ponownie pierogożercami. Napełnione brzuchy, odebrały nam trochę powera, ale mając do wyboru podejście w górę, a powrót smętnym asfaltem do Ustrzyk, decyzja była jednogłośna - idziemy dalej. 
                           
Biały miś witający wszystkich turystów przed Bacówką pod Małą Rawką. 

Każdemu schronisku kot!

Ruszyliśmy dalej zgodnie z planem, w kierunku Małej Rawki. Upociliśmy trochę to godzinne podejście, ale po wszystkim stwierdziliśmy, że warto było ciągnąć trasę dalej. Ponownie weszliśmy na połoniny. Z Małej Rawki, udaliśmy się w kierunku Wielkie Rawki, idąc dalej w kierunku granicy państwa.

Mała Rawka 1267m n.p.m

Na Wielkiej Rawce sprawdzamy czas dojścia na Krzemieniec. Miejsce szczególne, ze względu na styczność trzech granic państw: Polski, Ukrainy i Słowacji.

W drodze na Kremenarosa.


Na samym Krzemieńcu widoków nie ma, ale śmiało można było powiedzieć, że znajdowaliśmy się w trzech miejscach na raz ;) Z powrotem wróciliśmy na Wielką Rawkę i dalej rozpoczęliśmy schodzenie szlakiem niebieskim w kierunku naszej noclegowej bazy.

E tam, zdążymy przed zachodem słońca.


W nocy czekał nas deszcz perseidów. Dzięki Łukasz za wiadomość! Pięknie rozświetlały bezchmurne niebo. Pooglądaliśmy spektakl z zadartymi głowami popijając przy tym gorącą herbatę. 

Mała zielona przybłęda podczas zwijania namiotu.

Trzeciego dnia, zgodnie z planem wylądowaliśmy nad Soliną. Polansowaliśmy się przy jeziorze oraz pobuszowaliśmy trochę w kramikach. Wieczór był zaskakująco ciepły i to w dodatku bez komarów! Szybko położyliśmy się spać, ponieważ plany na ostatni dzień były równie bardzo napięte. 

Jezioro Solińskie.


Skrzydlaty nr 4.

Wieczór na campingu Jawor znajdujący się tuż nad zaporą. 

Drogę do domu  mieliśmy trochę wydłużoną. Z Polańczyka wyjechaliśmy coś koło 7-ej, w kierunku Beskidu Niskiego. Tam bowiem czekała na nas Lackowa- "Plackowa" - najwyższa w tym małym górskim paśmie. Atak na szczyt rozpoczęliśmy w jakimś wygwizdowie o nazwie Izby, gdzie nawet hodują konie i prowadzą szkółkę jeździecką. Plan mieliśmy iście przebiegły - wejść najkrótszą drogą, bez rozczulania. Jak te chytre lisy podjechaliśmy Żabą najwyżej jak się tylko dało, czyli jakieś dwa kilometry od Przełęczy Beskid. Za nami ruszyło 4 jeźdźców. Spokojnie. Nie byli to na szczęście Ci z piosenki Kultu. Zadowoleni, że pierwszy punkt pomiarowy na mapie osiągnęliśmy bardzo szybko, widząc przy tym nawet pierwszy maźnięty na czerwono ślad przebiegającego szlaku, ruszyliśmy szutrową drogą dalej, jak te ciotki klotki... I tu w tym miejscu daliśmy się zrobić w konia. Zapędziliśmy się na dobre w głąb Słowacji. Lackowa w pewnym momencie zniknęła z pola widzenia, a kolejne oznaczenia szlakowe w ogóle się nie pojawiły. Zamiast zyskiwać na wysokości, zaczęliśmy ją tracić. Postanowiliśmy zawrócić do punktu wyjścia - czyli na przełęcz. W pewnym momencie, usłyszeliśmy za plecami warkot. Okazał się to jadący quadem Słowak, który już po naszych zmieszanych minach, zauważył, że próbujemy swoich sił z wejściem na Lackową. Zaproponował nam podwózkę. Spadł nam po prostu z nieba. Bez niego mielibyśmy mocne opóźnienie w programie dnia. W czasie drogi opowiadał, że nie jesteśmy jedynymi turystami, którzy zgubili szlak. Rekordzistami okazali się warszawscy studenci, którzy zeszli aż do pobliskiej wioski. Na przełęczy Słowak pokazał nam wąziutką, zarośniętą ścieżkę - kompletnie nie przypominającą przebiegu szlaku. Serdecznie mu podziękowaliśmy za pomoc i podwiezienie. Zanim udaliśmy się już w dobrym kierunku, Artur pobiegł za dwójką turystów, którzy ewidentnie popełnili ten sam błąd co my. Dla wszystkich wybierających się na Lackową, polecam opis na tej stronie. Ten cenne informacje znalazłam niestety dopiero po przyjeździe do domu ;)

Lackowa. Nie w sposób nie natknąć się na tajemnicze określenia typu: "ściana płaczu", "od drzewa do drzewa", "golgota dla turystów" itp. Co to za góra? Wygląda przecież tak niewinnie. Kolejny wyrośnięty pryszczol, który jak ślepej kurze ziarno trafił na jakieś górskie zestawienie...

Myślę, że idealnie tę górę opisał w jednym z artykułów Szymon Narożniak z portalu polskiekrajobrazy.pl:
"Ta góra długo broni prawdy o sobie. Dopiero w ostatnim momencie, kiedy zwykle już nie ma odwrotu, pokazuje prawdziwą twarz: wyniosłą, niedostępną i dla wielu bardzo okrutną. W lecie wyciska siódme poty, wiosną i jesienią poniewiera w błocie, zimą zdziera, wczepiające się w stok dłonie. Z jej szczytu nie rozciąga się żadna panorama. Las i samotność. Z niewielu miejsc możemy ocenić faktyczne rozmiary Lackowej."
Z Arturem wycisnęliśmy z siebie te wyżej wspomniane siódme poty na zakończenie naszej górskiej działalności. 

Nie jest z nami jeszcze tak źle, skoro daliśmy radę zrobić jaskółkę do szczytowego zdjęcia ;) 

Lackowa to szczyt przebiegający wzdłuż granicy.  Wg Słowaków jest o jeden metr niższa.

Na zejściu, góra próbowała nas parę razy zabić. Na szczęście rozłożyste telemarki  uratowały nas od pozostania na zawsze na zachodniej ścianie Lackowej.  Franca musiała pokazać jednak swoją wredność. W drodze powrotnej znowu zapędziliśmy się za daleko i zgubiliśmy szlak! Była to ostatnia góra, którą zdobyłam w ramach Korony Gór Polski. 

Dopiero będąc w samochodzie mogliśmy się poczuć bezpiecznie. Po wyeksmitowaniu wszystkich much, które wpadły do żabowego kokpitu, opuściliśmy krainę Beskidu Niskiego, kierując się na Katowice.

Już w radiu dudnili o korkach na Zakopiance i kilometrowych kolejkach przed bramkami na autostradzie. Wszyscy w końcu ruszyli spędzać długi sierpniowy weekend, a my akurat trafiliśmy na sam szczyt tego zamieszania. Z godzinnym opóźnieniem, zajechaliśmy jeszcze do jednej z forumowych znajomych Artura, która podziela jego pasję. A ta pasja, to kaktusiarstwo. Ponad 20 letnia kolekcja, umieszczona nie tylko na wszystkich możliwych powierzchniach gładkich w domu, ale także i w szklarni na pobliskiej działce ogrodowej. Piękne i różnorodne okazy. Artur ze spotkania zyskał parę nowych szczepek, więc każde z nas zdobyło tego dnia co chciało  i  bilans się wyrównał. Usytasy wróciliśmy do domu...

Fragment szklarni z kaktusami.

4 komentarze :

  1. Ależ bajecznie w Bieszczadach :) Widzę, że trafił Wam się niezły urodzaj zwierzów wszelakich, nie wiem co ładniejsze, kot, ptaki czy ten śpiący biały miś ;) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super relacja, Bieszczady mają swój urok :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bieszczady - piękne jak zawsze...
    Niestety nigdy nie byłem. Może kiedyś...
    Piękna wyprawa. Gratuluję.
    Pzdr.
    P.S. Ciekawa ta góra Lackowa :-)

    OdpowiedzUsuń