27 listopada 2014

Spitzberg 510m n.p.m! - gratka ferratka z blogową integrą

Starcie blogowych gigantów! Góry ponad chmurami kontra Skadi na Grani. Bez osób trzecich. Pojechali by zmierzyć się z górą (choć to raczej za duże słowo), która wśród pięknie zagospodarowanej rolniczo krainy na pogórzu Łużyckim, skrywa w sobie.. no właśnie.. co w sobie takiego skrywa?! Sami byliśmy mocno zaskoczeni, bo naprawdę jest co wymieniać!


niedziela, 12 października 2014

Skadi - kierowca, Artur - pilot. Wyruszyliśmy z Legnicy w kierunku mało nam znanych Gór Łużyckich, które rozpościerają się w pobliżu granic terytorialnych Polski, Czech i Niemiec. W takim trójkącie wśród pól i lasów wystają pagórki, które pomimo swojej niezbyt szokującej wyniosłości, często oferują naprawdę zacieszające dla oka widoczki. Jednym z takich punktów jest właśnie Spitzberg, który nazwą dumnie by reprezentował co najmniej jakiś 3 tysięcznik w Alpach. Niepozorne  500m n.p.m z malutkim haczykiem to świetny punkt widokowy, schronisko u boku, kilkadziesiąt! obitych dróg wspinaczkowych i  jeszcze żeby było mało, dwie via ferraty! 

Rekina zaparkowaliśmy tuż przy torze saneczkowym w miejscowości Oberoderwitz. Przygotowani niczym jak na próbę przejścia północnej ściany Eigeru, udaliśmy się wydeptaną ścieżką wśród zielonych pól w kierunku lekko wypiętrzającego się lasu. To właśnie w nim ukrywają się skalne ściany tworzące Spitzberg. Podczas tego króciutkiego podejścia, dało się zauważyć, że będziemy nie lada atrakcją dla lokalnych mieszkańców Gór Łużyckich, dla których okolica miał jedynie spacerowy charakter.

Gdy zdobyliśmy szczyt (a zajęło nam to może 10 minut), udaliśmy się najpierw na punkt widokowy w celu małego rozejrzenia się po okolicy. Artur wyciągnął z plecaka zapożyczony od znajomego skoroszyt. Znajdowało się w nim mnóstwo informacji, które czasem trudno zdobyć nawet w takiej skarbnicy jaką jest Internet. Sporą część tego skoroszytu zajmował właśnie Spitzberg. Gdy zaczęłam przeglądać kolejne schematy wspinaczkowych topo czy via ferrat nie mogłam uwierzyć, że to wszystko znajduje się na tak małym obszarze. 

Na punkcie widokowym można sobie szczegółowo rozpoznać każdy z łużyckich pagórków.

Charakterystyczny murowany słup określający punkt triangulacyjny.

Takie spokojne widoczki też potrafią być urokliwe :)

Lausche 793m n.p.m - najwyższy szczyt Gór Łużyckich.

Po zejściu z punktu widokowego przyszedł czas na poszukiwania via ferrat. Można się domyślić, że nie są one ekstremalnie długie. W końcu przebywaliśmy w warunkach sudeckich, a nie alpejskich. Pierwszą jaką w sumie przez przypadek spotkaliśmy była Apollofalter o wycenia A/B. Króciutka, ale jak się później okazało z powodu panujących na niej warunków tego dnia, raczej niedostępna. 

Wielkie przygotowania do pierwszej wpinki w metalową linę traktowaliśmy trochę prześmiewczo. Żartowaliśmy, że więcej czasu pochłonie ubranie wspinaczkowych gaci i hełmofonu na łeb niż długość drogi jaką mieliśmy do przejścia. Zawiewało trochę przerostem nad treścią, ale... końcem końców - nie przeszliśmy tej via ferraty! Skała była bardzo mokra, miejscami porośnięta specyficznym mchem. Odpuściliśmy więc, stwierdzając że te 20 metrów nie jest warte ubrudzonych spodni i rąk, a green ferrating nas nie zachwyca.

W pewnym momencie zaczął dobiegać do nas specyficzny brzdęk zamykanych karabinków. Okazało się, że dosłownie tuż za rogiem przebiega druga via ferrata, która na szczęście była w całości sucha. Dwie osoby właśnie kończyły ją pokonywać. Szybko przenieśliśmy zabawki tuż pod punkt startu. Via ferrata Reisenboulder o wycenie C/D to już naprawdę fajna gratka.

Schemat via ferrat na Spitzbergu oraz topograficzny zarys rejonu.

Apollofalter A/B - green ferrating.

No to zaczynamy przejście Reisenboulder. Już na samym początku jak widać
 spotykamy pierwsze trudności, zwłaszcza dla małych człowieczków.;)


Pierwsze fragmenty ferraty Reisenboulder to typowe "darcie na łapach" na trawersie.
 Można się zmęczyć, co daje fajną rozgrzewkę przed dalszą częścią ferraty. Można też go ominąć rozpoczynając... 

...od tego momentu. 

Potem zaczyna się trochę pionu.

Ciekawostką jest, że w linii przebiegu ferraty poprowadzona jest także droga wspinaczkowa.

"Artur, rób szybko fotę bo zaraz mi ręce odpadną!" :)

No i po ferratce :)

Po ferratach przyszedł czas na wspinaczkę. Przy schronisku skała tworząca punkt widokowy to Kinderklettergarten oferujący 18 metrowe obite drogi wspinaczkowe o wycenie II do IV. Jednym słowem - bezstresowy raj dla Skadi z liną w łapce! :D  Fajne miejsce dla przypomnienia sobie wszystkich podstawowych zasad wspinaczkowych jak również wpajanie w sobie dobrych nawyków przy wspinaniu się z tak zwaną dolną asekuracją. Przeszliśmy  po jednym razie między innymi drogi: Saladin III, Barbarossa II oraz pare innych, których nie jestem już w stanie sobie przypomnieć.

Kinderklettergarten na Spitzbergu. Tuż za barierką jest malutki stawik. Co ciekawe nad nim także poprowadzona jest wspinaczkowa droga.

Skadi oblicza długość potrzebnej liny do zjazdu. 

Takie chwyty do mnie przemawiają!

Artur zwiększył sobie trochę poziom adrenaliny wybierając drogę, która fragmentem trawersowała tuż nad stawem.

Jest ryzyko jest zabawa, a część liny wylądowała do zjazdu w stawie :)

Z racji, że wspinaliśmy się w jesiennej aurze (krócej trwa dzień), a na zegarku wybiła pora obiadowa - zabraliśmy manatki jeszcze pod inną ścianę, na której można zmierzyć się z większymi trudnościami gdzie długość dróg sięga już 30 metrów. Nasza znajomość języka niemieckiego jest nie oszukujmy się - na niskim poziomie, ale z tego co zrozumieliśmy ściana Ostpfeiler czy Mittelwand to już nie przelewki. Udowodniła to tablica upamiętniająca wspinaczy, którzy stracili na nich życie. Artur przeszedł w sumie dwie drogi. Ja podjęłam się jedynie próby wybicia się ponad ziemię na jakiejś IV drodze. Skała była tak śliska, że ostatecznie zrezygnowałam. Głupio by było dołączyć jeszcze siebie do listy wspinaczy ujętych na wspomnianej tablicy.  

Artur na ścianie Mittelwand.

Stwierdziliśmy, że na tym zakończymy nasze wspinaczkowe odkrywanie Spitzberga. Naprawdę tych dróg jest tak wiele, że jeden dzień to stanowczo za mało. Dziękuję Arturowi za świetne towarzystwo i podsunięcie pomysłu na wypad. Jak widać, Sudety które mamy pod nosem swą różnorodnością wciąż potrafią zaskakiwać.


Wszystkie opisy i schematy dróg na Spitzbergu można znaleźć TUTAJ

12 komentarzy :

  1. Na łużyckich terenach byłam raz, wieki temu. Trochę wstyd, że mimo w sumie niedalekiej odległości od miejsca zamieszkania tam nie zaglądam. Chyba się będzie trzeba wybrać na jakiś jesienno-zimowy spacer.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym się wybrała zimą w Łużyckie na nartach biegowych :)

      Usuń
  2. No proszę, taka niepozorna górka, a taka fajna :) Że też u nas nikt nie wpadnie na pomysł, żeby obić skałki w Beskidach...:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę bardzo niepozorna! Z poziomu parkingu zaczęliśmy się z Arturem zastanawiać czy aby na pewno znajdujemy się pod właściwą "górą", :)

      Usuń
  3. Fajne tereny, mi zupełnie nieznane, więc zawsze z podwójnym zaciekawieniem chłonę takie posty :)
    Życzę Wam kolejnych udanych wypadów. Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akuratnie o Spitzbergu znalazłam mało jakiś informacji czy relacji. Mam nadzieję, że ta okaże się pomocna i stanie się dla innych motywem na wyjazd. Myślę, że to naprawdę fajna opcja :)

      Usuń
  4. No i jest wpis :-) Przypomniałem sobie gdzie byłem :-) A ja nazwy dróg pamiętam, później się dowiesz co przeszłaś dokładnie :-P

    Też muszę się wziąć za opisanie tego wyjazdu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, wiedziałam, że mogę na Ciebie liczyć w sprawie nazw tych dróg :) No to koniec ociągania się. Pisz relację ;)

      Usuń
  5. Czytając nazwę góry automatycznie do wysokości dodałam jeszcze zero i wyszedł z tego 5tysięcznik. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak zwykle genialny post z ukazaniem zakątków górskich :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Prawda, jest to naprawdę ciekawy zakątek górski. Pozdrawiam! :)

      Usuń