29 marca 2015

Zimowe "przedszkole" na Głogowskim



SKADI:

Stoję obok Damiana na peronie autobusowym we Wrocławiu. Myślę, co mnie podkusiło z tym Polskim Busem. Tak to jest jak stały skład choruje, a ja na samą myśl jazdy za kółkiem przez te cholernie drogie bramki na autostradzie w środku nocy zaczynam mieć mdłości. Trzy miesiące odwyku od Tatr. To była nasza jedyna szansa. Zamysł brzmiał nieźle: wsiądziemy, prześpimy, wysiądziemy w polskiej stolicy Tatr - bezboleśnie. Jednak z minuty na minutę zaczynają w mojej głowie kłębić się myśl o przemijaniu. Bosz, ja to chyba już za stara jestem na takie numery. Damian też wygląda na takiego, co już odwykł od takich akcji. Kątem oka spoglądam na niego. Nerwowo unosi brew wyciągając z kieszeni telefon w celu sprawdzenia godziny. Mamy 30 minut spóźnienia. Zaczynam coraz bardziej żałować. Jak nic, po powrocie będzie z tego tytułu jatka. Całodniowe narzekania, że mało miejsca na nogi, fotele deformujące tyłek, grupa Hiszpanów rechocząca na cały autobus w środku nocy, to jakaś  nagrana baba  puszczana z głośników, skutecznie "wybudzająca" ze stuporu itd, itd....



poniedziałek, 23 marca 2015

Autobus w końcu się pojawia. Ładujemy się do środka i punktualnie zajeżdżamy do Zakopanego. Uff... to nie stanie na Krupówkach. Szybko teleportujemy się do Kuźnic, zabierając się razem z instruktorem narciarstwa taksówką. Jest przed 7:00. Spoglądamy to na siebie, to na stację kolejki wjeżdżającej na Kasprowy Wierch, która powoli szykuje się do swojej pracy. No dobra...w końcu musi być ten pierwszy raz. Już tyle razy podchodziliśmy z buta na Halę Gąsienicową, że tym razem pozwolimy sobie na luksus. Poza tym, przyoszczędziliśmy na transporcie do Zakopanego. Jako pierwsi stoimy w kolejce. Dziwne to uczucie, mając na uwadze jakie tłumy potrafią się tworzyć w wakacyjnym okresie. Kupujemy bilety i ładujemy się do wagonika. Będąc pierwszy raz w Tatrach jako dziecko, miałam okazję jechać jeszcze jego starą wersją, która teraz stanowi jedynie sentymentalny pomnik.  

Wychodzimy z górnej stacji kolejki porażeni promieniami słońca i brakiem jakiegokolwiek wiatru. Pięknie widać wszystkie okoliczne szczyty. Zapowiada się bardzo stabilna pogoda. Według wcześniej ustalonych planów, schodzimy do Murowańca. Nie ma to jak zacząć dzień w górach od utracenia wysokości. W schronisku przeglądamy książkę wyjść. Wpisujemy się do niej. "No to pójdźmy na Czubę nad Karbem, drogą Głogowskiego" - powiedział na głos Damian, wpisując jednocześnie długopisem nasze zamiary w wolnej rubryce.

Po opuszczeniu górnej stacji kolejki, mamy pierwsze widoki.


Zapowiada się pogodowa lampa.


Idziemy w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego, a ja jakoś nie mam odwagi zadawać głupich pytań, np. co to za kolo ten Głogowski.  Przy brzegu zamarzniętego stawu  ubieramy na siebie pół naszej górskiej szafy, którą wpakowaliśmy do naszych plecaków. Damian zaczął wciskać mi do kieszeni walkie-talkie.
- Masz. Zawsze gdy nie mamy, to jest potrzebne.
- No dobra - odpowiedziałam z lekką podłamką w głosie. Jeszcze kolejna rzecz do taszczenia i obsługiwania. W tym momencie dotarło do mnie, że nie zabrałam ze sobą dużo ważniejszej rzeczy - kremu przeciwsłonecznego na paszczę! No to będzie dramat po powrocie. Zawsze gdy go zabieram, to jest niepotrzebny. Gdy jest potrzebny, to leży w szufladzie w domu.

Gdy jesteśmy przy początku drogi, słońce przechodzi na drugą stronę grani, przykrywając cieniem założone przez Damiana pierwsze stanowisko. Robimy ostatnią próbę łączności walkie-talkie...


Kościelec i Czuba nad Karbem - napieramy przez staw.

Podchodzimy pod "Głogowskiego".


Damian zakłada pierwsze stanowisko.


DAMIAN:

No to idę. Przewijam się za krawędź żeberka skalnego, zakładając na nim marny przelot z taśmy na niewyraźnym, małym ząbku skalnym. Asekurująca mnie Skadi znika mi z oczu. Pierwszy raz robię coś nie będącego lodospadem i  trudniejszego niż "dwójka" z dziabami i w rakach, w dodatku eksponowanego trochę bardziej niż wszystko co miałem okazję robić zimą. Jak na zimowe "przedszkole", niezbyt tu przyjaźnie. Latający nad głową śmigłowiec TOPRu tylko potęguje tremę. Trawers, w lewo po trawkach. W pełni zimy mogłoby być całkiem przyjemnie. Ale to nie była pełnia zimy. To nie była nawet zima. Wszystko w co można zabić dziabę zmieniło się w błoto. Dla wyjadacza pewnie nie byłby to kłopot, ale na pierwszym wyciągu "Głogowskiego" tkwił zimowy żółtodziób. Tkwił i ocierał się o granicę telegrafowania. Trawki płyną, zostają tylko jakieś mikroskopijne krawądki skalne które w lecie, w baletkach pewnie byłyby banalne. Ale na nogach mam skorupy i raki. A drytoolu nigdy nie uprawiałem, psia mać...

Powoli, czujnie przemieszczam się w lewo, osadzam czeską podróbkę tricama, potem w miarę dobry punkt z heksa, dalej z korzonka kosówki i dochodzę pod kluczowy kominek. Ten okazuje się wypychający, pokryty mieszaniną błota i cienkiej warstewki lodu. Próbuję. Nie ufam swoim przelotom. Nie potrafię się zmusić do śmiałego ruchu. Telegrafuję. Wszystkie przeloty wydają się jakieś marne w porównaniu do tego co zakłada się w skałach. Polecieć na, cytując klasyka "drodze dla bab, w pół dnia robionej, solo koszonej"? Chwała żadna. Zanim dojrzeję do lotu, udaje mi się przejść na w miarę wygodną trawiastą półeczkę jeszcze dalej na lewo. Dobry przelot ze średniej kostki. Nade mną płytowa ścianka przeorana paroma niewielkimi szczelinami mogącymi z powodzeniem robić za stopnie na przednie zęby raków. Dla mnie to nowość, nieprzyjemnie ale czuję że puści - jest względnie połogo i nie wypycha tak jak kominek. 

Podchodzę kawałek do góry. Czujnie. Nade mną, trochę ponad głową, półka z trawkami. Chcę zabić dziaby i się podciągnąć. Nie siadają. Za ciepło, za trudno, a ja za cienki w uszach jestem. To jeszcze nie jest mój moment. Trzeba będzie pokonać cały ten trawers, tym razem w drugą stronę. Całe szczęście, że mam radio. Przynajmniej komunikacja jest bezproblemowa. A może by tak zostawić cały ten sprzęt w ścianie, pieprznąć to wszystko i zjechać z kosówki na śniegi poniżej? Nie, natura centusia zwycięża. Nie po to to wszystko kupowałem, żeby znów prosić obsługę sklepu o ściąganie pojedynczych rozmiarów heksów...

Początek "Głogowskiego".

SKADI:

Stoję w jednym miejscu od dobrych kilkudziesięciu minut. Odkąd Damian zniknął mi z oczu, jedynie lina jest w stanie określić czy na tej drodze jeszcze żyje. Radio w kieszeni milczy. Myślę, nie będę mu na razie zawracać tyłka i pytała jak się ma, gdy być może właśnie stoi jednym zębem raka na jakiejś pseudokrawądce.  W pewnym momencie słyszę znajomy hałas - to świeżo wyremontowany Sokół. Lata to w te i z powrotem. Zaczyna mnie to powoli wkurzać (a raczej wprowadzać jakiś rodzaj niepokoju) i  na ten moment mam ochotę wyciągnąć w jego kierunku środkowy palec. Nie mogę, bo wiem że nie wolno mi puścić liny i robić niepotrzebnych ruchów. Stoję dalej. W milczeniu, a moje paluchy jak zawsze wykorzystują chwilę bezruchu i zaczynają o sobie dawać znać. W końcu z mojej kieszeni wydobywa się pytanie:
- Jesteś tam?
-No jestem. Żyjesz tam? Bo ten helikopter ciągle krąży i nie wiem czy ma ku temu jakieś szczególne powody.
- Będę wracać.
-No dobra.
Schowałam do kieszeni radio i spojrzałam na przytroczony do szelek plecaka zegarek. Godzina jeszcze nie najgorsza, mimo że czasowo jesteśmy ograniczeni powrotnym autobusem, ale na Kościelec powinno wystarczyć. Oczekuję powrotu Damiana...

DAMIAN:

Wracam. Skadi ściąga mnie na sztywno. Likwiduję przeloty. Te 20 metrów trawersu dłuży się niemiłosiernie a to zaledwie ułamek banalnej przecież, szkoleniowej drogi "koło komina". Ostatecznie udaje się wycofać w miarę sprawnie i bez strat. Najwyraźniej to jeszcze nie mój czas na zaczynanie z zimowym wspinaniem w Tatrach. Doświadczenie z tej próby jest mimo wszystko bezcenne. Ale i tak czuję lekki niedosyt. Proszę Skadi o pójście ze mną na "Komin Muchy". W końcu lód nie jest dla mnie taką totalną nowością jak te pionowe trawniki przetykane drytoolingiem. Śruby w plecaku są więc czemu nie spróbować. Odmowa.

Idziemy na Kościelec. Mi jakoś po tym odchodzą wszystkie siły i chęci. Zostaję na Karbie i czekam. Na dziś starczy, ale wrócę tu jeszcze. Wcześniej jednak planuję wiele intensywnych dni zdobywania doświadczenia latem. 


SKADI:

Damian zostaje na Karbie, a ja jedynie z czekanem i przewieszonym przez ramię aparatem idę na Kościelec. Mam niedobór wysokościowy. Muszę wleźć. 3 miesiące celibatu z Tatrami zrobiły swoje. To drugi raz kiedy ktoś na mnie czeka na przełęczy, a ja idę sama na szczyt. Na Kościelcu też z nikim nie dzielę przestrzeni. Mam ochotę się wyłożyć i czekać do zachodu słońca. Nie mogę, bo przecież autobus z dworca autobusowego w Zakopcu nie poczeka. Ehhh, robię pare fotek i schodzę. Jestem choć troszkę tatrzańsko zaspokojona, dzięki czemu o  "Głogowskim"  zdążyłam zapomnieć... 

Grań Fajek.

Giewont "od tylca".


Niby jestem na szczycie sama, ale nie czuję się całkowicie samotnie.

Schronisko "Murowaniec".

Napawam się widokiem tatrzańskich ;) Granatów.

Góry, a za górami góry.


Szczęśliwcy nie muszący pracować w poniedziałek. :)


Mały Kościelec i Małopolska :)


Nacieszmy się widokiem śniegu, tak szybko topnieje...

DAMIAN:

Czas ruszać w dół. Pojezierze trochę się dłuży. W końcu docieramy do Murowańca. Jeszcze tylko odpisać się w książce wyjść, wypić coś i gonić na dół. W Kuźnicach czas mamy troszkę lepszy niż na styk. Udaje się w dodatku za niewielkie pieniądze zjechać busem na dworzec, mamy więc trochę czasu na zjedzenie obiadu. Jak na złość, wszystkie lokale pozamykane, ale po chwili szukania trafiamy na otwarte "Domowe obiady". Najadamy się do syta. Jest dobrze. Z tego wszystkiego zapominamy zaopatrzyć się w wodę. Niestety, 6 godzin powrotu o suchym pysku to psychiczna tortura. Potem jeszcze 3 godziny na wrocławskim dworcu kolejowym. Oczy się kleją niemiłosiernie, ale jak tylko spoglądam na Skadi, to od razu jakoś łatwiej mi te wlekące się wskazówki zegara wytrzymać - efekt braku kremu przeciwsłonecznego już pojawił się na jej twarzy. Widok, który za każdym razem rozbawia mnie prawie do łez.... :)

Takie poniedziałkowe dylematy to ja lubię!

19 komentarzy :

  1. Trawers przez staw jakoś nie napawałby mnie radością. Chyba mam w sobie jakiś pierwotny lęk :) Ale podziwiam determinację. No i takie rozterki przy poniedziałku też mogłabym mieć. Serdecznie Was pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są ludzie co chodzą przez Boczań i ci co chodzą przez Jaworzynkę. Ja należę do tych pierwszych ;)

      Usuń
  2. Gratuluję zdobycia Kościelca. No i próby na Głogowskim przy okazji też ;-)

    Myślę, że latem pójdzie Wam lepiej w Tatrach, niż tym razem. Ale jakieś nowe doświadczenie na pewno też zdobyliście, a to zawsze się przyda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mamy nadzieję, że latem takiego falstartu nie zaliczymy :D

      Usuń
  3. Witaj
    Piękne zdjęcia.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję. Pogoda bardzo pomogła w robieniu ładnych zdjęć :)
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  4. Piękne tatrzańskie pejzaże. Widok z Kościelca powalający :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu to nasz taki polski Matterhorn ;)

      Usuń
  5. Świetnie się Was czytało, gratki za próbę, zawsze to jakieś kolejne doświadczenie ;) Pociesze Cię, Skadi, że też się już nieco przypaliłam marcowo-tatrzańskim słońcem, świetnie się na drugi dzień idzie do pracy z taką facjatą :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, te pytania w pracy co ci się stało? Mnie po takich akcjach często atakuje też oprycha. O właśnie, sztyft do ust to kolejna bardzo ważna rzecz, którą zapomniałam ze sobą zabrać :) On mnie zawsze ratuje... :)

      Usuń
    2. Taa, popękane usta i zimno na nich...U mnie wystarczy jeden wyjazd na weekend w zimowe góry, a usta przez 2 tygodnie wyglądają tragicznie ;-) Masz tak samo?

      Usuń
    3. A jak myślisz, co przywiozłam oprócz zdjęć z tego wyjazdu? :) Leczę już tydzień. Mogę polecić sztyft to ust marki z norweską flagą ;) Gdy go używam w górach, nic po fakcie nie wyłazi.

      Usuń
    4. Będę musiał spróbować. Bo to wkurzające.

      Usuń
  6. Widzę, że nie tylko ja nie pałam miłością do PB... mało miejsca, przeważnie gorąco i jeszcze co chwile te komunikaty. Człowiek się robi coraz bardziej wybredny. ;)
    Fajny szybki wyjazd, gratuluje determinacji żeby tyle jechać na jeden dzień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaaa, im człowiek starszy tym bardziej wygodnicki :P Nikomu nie życzę długiego celibatu z Tatrami ;)

      Usuń
  7. Mądry wycof nigdy nie przynosi ujmy, mimo, że to przeważnie bardzo trudna decyzja.

    Z innej beczki, jak Wam się spisują te, cytując, "czeskie podróbki tricama"? ;) Swego czasu przyglądałem się im, ale potem jednak zdecydowałem się na 3 sztuki tricamów, których jestem "prawdziwym wyznawcą".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dynamicznie ich nie obciążałem, dyndałem na tym tylko statycznie ale atesty wszystkie mają więc wytrzymałość materiału pewnie ok.
      Większe rozmiary siadają świetnie i też obowiązuje tu zasada że "tricam siada często tam gdzie nic innego nie siada", nawet w rysach lekko rozwartych.
      Małe z uwagi na dużą sztywność drutu w stosunku do masy kości ciężko osadzić i zapewne są też bardziej wrażliwe na wszelkie przesztywnienia liny - ale termu da się zaradzić przedłużając przelot. W dużych z kolei ten drut to zaleta bo trzyma kość na miejscu nawet bez zacierania, z resztą w angielskojęzycznym internecie natknąłem się gdzieś na opinię że z uwagi na sprężystość drutu mogą robić za "tańszą alternatywę mechaników". Wydaje mi się że duże rozmiary Abalaków łatwiej osadzić niż Tricama, spokojnie da się to zrobić szybko jedną ręką. Na minus - masa. To takie spore klocki litego metalu, nie miałem w ręku dużych Tricamów ale wydają się bardziej "ażurowe" wiec pewnie lżejsze. Ogólnie za te pieniądze bardzo dobry zakup.

      Usuń
  8. Na temat dużych tricamów nie wypowiem się - nie używałem, posiadam 3szt. mniejszych (0.5,1,1.5), siadają "wszędzie". Wyznaje zasadę, że jak się da, mam czas i dobre miejsce to najpierw siada tricam, dopiero potem friend, bo ten zawsze może się bardziej przydać później.
    W ten sposób korzystam z nich praktycznie na każdym wyciągu drogi i bardzo sobie chwalę.

    OdpowiedzUsuń