15 października 2015

Szlak Brzeżny na Pogórzu Kaczawskim


Kiedy wróciliśmy z wypadu w Górach Izerskich pod szyldem MTB, wiedziałam od razu, że swojego osobistego roweru chcę! Takiego wymarzonego, którego będę nienawidzić na podjazdach i kochać na zjazdach. Po krótkich poszukiwaniach wpadł w moje ręce błękitny rumak na wielkich kołach. Nadałam mu imię "Skajek" od fabrycznej nazwy "Skye". Zaczęłam przeszukiwać mapy w celu wybrania jakiejś trasy na pierwsze testy w terenie za domem. Pogórze Kaczawskie znam głównie z wycieczek szkolnych lub pieszych rajdów organizowanych przez PTTK. Te "góry za domem" jednak bardzo zaniedbałam, głównie dlatego, że zaczęły się pojawiać inne i przede wszystkim wyższe.


Z mojego wielkiego pudła wyciągnęłam starą mapę z tytułem "Województwo Legnickie". Jak nazwa wskazuje, naprawdę ma już trochę lat - bidula jest posklejana taśmą. Zawarte informacje o szlakach stały się pomysłem na trasę. Kilka z nich jest długodystansowych. Ilość kilometrów może być trochę przydługawa jak na jednodniową wycieczkę pieszą, ale na rower są za to w sam raz.  

"Szlak Brzeżny" ("Krawędziowy") ma około 40 kilometrów o górskim charakterze, znakowany kolorem czerwonym. Jego nazwa związana jest z przebiegiem północnej granicy Sudetów wyznaczonej progiem tektonicznym - sudeckim uskokiem brzeżnym. Ma duże walory widokowe głównie ze względu na  obecność wulkanicznych skał z licznymi atrakcjami krajoznawczymi. Przebieg szlaku wygląda następująco:

w opisie:

Złotoryja - Leszczyna - Rosocha (464m n.p.m) - Stanisławów - Jaworska Góra (402 m n.p.m) - Bogaczów - Górzec (445 m n.p.m) - Jeżyków - Chełmiec - Myślibórz - Rataj (350 m n.p.m) - Bazaltowa Góra (267 m n.p.m) - Kłonice Radogost ( 398 m n.p.m) - Grobla - Kwietniki - Swarna ( 389 m n.p.m) - Świny - Bolków

na mapie:

Przebieg "Szlaku Brzeżnego". Kolor czerwony.
www.mapa-turystyczna.pl

na profilu:

Zęby piły ;)
www.mapa-turystyczna.pl


niedziela, 23 sierpnia 2015

Umawiamy się z Marcinem w Jaworze około godziny 7 rano. Przy pomocy Kolei Dolnośląskich zjawiamy się na miejscu z naszymi rowerami. Jest jeszcze rześko, ale prognozy pogody są wręcz wymarzone. Ze względu na możliwość dojazdu pociągiem jak najbliżej do punktu rozpoczęcia szlaku, decydujemy się na start w Bolkowie, z metą w Złotoryi. Mamy więc dodatkowe około 20 km do pokonania. Jedziemy polnymi drogami, strasząc swoją obecnością sarny, następnie wjeżdżamy na krajową drogę nr 3. Mimo, że w połowie trasy przecinamy szlak, zjeżdżamy do samego centrum Bolkowa. Kropka przecie musi być! :)

Na rynku w Bolkowie jesteśmy po raz pierwszy. Wizytacja w tym mieście ograniczała się dotychczas jedynie do formy przejezdnej (trasa w kierunku Karkonoszy) lub w celu zwiedzania zamku Bolków. Wjeżdżamy w ulicę Pocztową. Na jednym z drzew widnieje wymalowana kropka informująca o początku/końcu szlaku oraz kilka przybitych tabliczek  z innymi szlakowskazami. Zgodnie z planem ruszamy za kolorem czerwonym. Jedziemy w kierunku ruin zamku Świny. Na pierwszym stromym podjeździe zaliczam glebę. Tak na dzień dobry :). Zdarty łokieć, ani trochę nie powoduje zaniku uśmiechu z mojej paszczy...

Generalnie z całej rowerowej wycieczki mam niewiele zdjęć i nie do końca w relacji będzie obrazowo pokazany urok tego szlaku. Proszę o zrozumienie :) Chociaż lubię latać z aparatem to tu to tam, oficjalne rozpoczęcie przygody z MTB na własnym rumaku dało mi nieźle do wiwatu. Zmęczenie spowodowało niechęć do sięgania po pstrykacza. Trasa na ponad 1000 m przewyższenia, kilometrowo ponad 100 - zgniotła mnie i nawet obiecany kotlet w Leszczynie tylko trochę postawił mnie na nogi :) Do domu wróciliśmy już po zachodzie słońca. Padłam jak zestrzelona kaczka. Nie przypominam sobie, żebym tak wymęczona wróciła nawet i z 18 godzinnej tatrzańskiej wyrypy.

No to zaczynamy zabawę. Kropa w Bolkowie.


Widok na ruiny zamku Świny.


Widok na Zamek Bolków.

Podjeżdżamy pod zamkniętą bramę ruin zamku Świny. Chwilę dyskutujemy o tym miejscu. Wkrada się w rozmowę smuteczek. Mury niszczeją w oczach. Stwierdziliśmy, że nawet wygrana w totka (na dniach było do zgarnięcia 35 milionów zł), to i tak za mało by go wyremontować. Obecnie zamek jest na sprzedaż. Moją uwagę przykuł zachowany herb, na którym widnieją świnie. Polskie powiedzenie "pijany jak świnia"  swoje historyczne źródło ma właśnie stąd.

"Rycerski ród von Schweinichen od dawien dawna znany był z ogromnego zamiłowania do alkoholi, a w szczególności do wina, które kupowano często i w ogromnych ilościach. Wielowiekowa praktyka konsumencka sprawiła, że z pokolenia na pokolenie organizmy Świnków ewoluowały, wytwarzając taką odporność na procenty, o jakiej mógł pomarzyć niejeden polski pijaczek. Legendą już obrósł przypadek Jerzego Schweinichen, który założył się z pewnym polskim szlachcicem, kto więcej wina wypije i pod stół nie padnie. Stawka zakładu wydawała się poważna: ze swej strony Jerzy postawił 1000 dukatów, a ów szlachcic - przepiękną karetę zaprzężoną w sześć wspaniałych koni. Kiedy osuszali dwudziestą butelkę i nasz zawodnik był już mocno wstawiony, Świnka rozkazał, aby przynieść drewniany ceber do pojenia koni i napełniwszy go winem wypił całą zawartość za jednym zamachem. Pod Polakiem nogi się ugięły. Nie odezwawszy się słowem wyszedł z zamku w asyście odprowadzającego go pewnym krokiem gospodarza. Te oraz inne opowieści stworzyły mit o nieograniczonych możliwościach Świnków, w jakie zapewne niektórzy z nich uwierzyli, chełpiąc się publicznie, nieopatrznie prowokując los i sprowadzając na siebie kłopoty. Jednym z takich naiwnych był Konrad von Schweinichen, który podobno podczas suto zakrapianej uczty, będąc już mocno pijanym, oświadczył głośno, iż nawet sam diabeł nie dałby mu rady, a jeśli ma go porwać, to niech zrobi to tu i teraz. Po tych słowach rozległ się grzmot i pojawił piorun celując prosto w gospodarza ze skutkiem wiadomo jakim. Trzymany przez Świnkę kielich uległ całkowitemu stopieniu i wraz z nim został pochowany".  


Herb rodu Świnków.


Pierwsze wzmianki  o zamku pochodzą z 1108 roku.


Lato w tym roku jest bardzo suche. Pod kołami szeleszczą nam żółte liście.


Na "Szlaku Brzeżnym".


Skałki w okolicy wzniesienia Swarna. Damian bada je pod kątem tradowym ;)

Zaczepialiśmy też konie.


A do domu jeszcze daleko. 


Skajek  w Złotoryi - mission completed. 

Szlak Brzeżny nadaje się jak najbardziej pod górski rower. Jest jedynie kilka punktów na trasie, które mogą sprawić  mały problem z podjazdem, ale myślę, że to dotyczy mniej doświadczonych rowerzystów. Dobrym punktem na odpoczynek są piece hutnicze w Leszczynie. Na terenie skansenu jest knajpka, w której można uzupełnić spalone kalorie. Jak na pierwszy raz, trasa była dla mnie bardzo ambitna i nie dała by mi takiej satysfakcji  gdybym pokonała ją na piechotę. Coraz bardzie jestem przekonana do Sudetów w wersji MTB. Wieczorami chętnie przeglądam także beskidzkie mapy. Kiedyś służyły mi jedynie podczas zdobywania KGP. Samo wędrowanie po Beskidach niezbyt mnie interesowało. Zawsze jadąc w tamtym kierunku wygrywały Tatry. Bardzo możliwe, że teraz się to zmieni.

6 komentarzy :

  1. Ambitnie, jak na pierwszy raz. Trasa bardzo urozmaicona i trudna z licznymi podjazdami. Jak były podjazdy, to musiały być i zjazdy, a te chyba każdy kolarz lubi najbardziej. W swoim czasie przemierzałem kraj na dwóch kólkach i bardzo mi się taka włóczęga podobała. Nawet nasza podróż poślubna była w tej wersji :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie była to lajtowa traska :) A Wasza rowerowa włóczęga gdzie dokładnie była? Myślę, że takie aktywne podróże poślubne są najlepsze :)

      Usuń
  2. Super traska. 100km to niezły kawał drogi, szczególnie jak na początek.

    Teraz tylko czekać, jak i w Beskidach zaczniesz szaleć :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do Beskidów mam już pierwszy pomysł. Szlak, którym wędrowałeś 3 dni ;)

      Usuń
    2. Powodzenia :) Tylko byle Ci rower w błocie nie zatonął ;)

      Usuń
    3. Zobaczymy ;) Realizacja pomysłu i tak musi poczekać do wiosny :)

      Usuń