28 stycznia 2016

Kocioł Kościelcowy, droga Kochańczyka


Po długim okresie wymuszonej najpierw leczeniem złamanego obojczyka, później zaś niesprzyjającą pogodą bezczynności, na początku stycznia udało się wreszcie ruszyć temat wspinania zimowego w Tatrach. Pierwotny plan zakładał 2 dni wspinania w zespole trzyosobowym.


piątek, 8 stycznia 2016

Pierwszego dnia wybór padł na drogę Kochańczyka na progu Kotła Kościelcowego (II). Do Kuźnic z kwatery w Kościelisku dotarliśmy częściowo busem, częściowo zaś taksówką. Pokonanie po raz któryś już drogi na Halę Gąsienicową traktowałem jako przykrą konieczność. Aura nie była najciekawsza a niewyspanie robiło swoje. W Murowańcu zatrzymaliśmy się na popas i wpis do ksiażki wyjśc taternickich. Kawa i jajecznica sprawiły że mój organizm zgodził się w końcu na rozpoczęcie dnia. Swoją drogą, do jajecznicy dają tu naprawdę dobre pieczywo. W międzyczasie zaczyna konkretnie padać śnieg. Zmiana pogody była jednak tylko chwilowa – nim wyjdziemy ze schroniska, opad ustaje. Przechodzimy zamarzniętą taflę Czarnego Stawu Gąsienicowego i podchodzimy pod start drogi.

Mgliste powitanie na Hali Gąsienicowej.




Topo drogi z serwisu drytooling.com.pl


Start drogi. 


Rzut oka w dół.


Na drugim stanowisku z Wojtkiem.

Prowadzę pierwszy wyciąg. Początkowo droga nie wydaje się trudniejsza niż Żleb Wężowy w karkonoskim Kotle Małego Stawu. Pierwsze 20 metrów jest bardzo łatwe, do tego stopnia że nawet nie myślę o zakładaniu jakichkolwiek przelotów. Dopiero później pojawia się wypychający skalny prożek a kawałek wyżej drugi, nad którym zakładam pierwsze stanowisko. W trudnościach trochę się grzebałem, podobnie jak przy zakładaniu sensownego stanu i ulokowaniu go tak żeby trzy osoby mogły się względnie wygodnie pomieścić. Ściągam Michała i Wojtka. Następny wyciąg, głównie trawkowy, należy do Michała. Na jego końcu stanowisko przy krzaku kosówki. Michał prowadzi również kolejny, ostatni wyciąg. Ten wieńczy czujna, skalna ścianka, po pokonaniu której lądujemy w Kotle Kościelcowym. 


Trzeci wyciąg - Michał prowadzi.

Ostatnie stanowisko - koniec drogi.


Michał.


Kocioł Kościelcowy.

Zejście do Zmarzłego Stawu.


Jesteśmy szczęśliwi – dla każdego z nas była to pierwsza zrobiona droga zimowa. Trochę zawiodłem się na tutejszych trawkach – nie wiem czy wynikało to z ich „suchości”. Tego samego dnia inny zespół wycofał się z Głogowskiego podając w książce jako przyczynę - właśnie suche trawki; czy może po prostu nie są na tej drodze zbyt urodzajne. Pomimo kilku prób nie udało mi się zrobić użytku z igły do traw – zwyczajnie nie dało się wbić więcej niż połowę, dalej była skała. Chwila na ogarnięcie sprzętu i schodzimy do Zmarzłego Stawu. Tutaj chwilę bawimy się przy lodospadach, następnie, w zapadających ciemnościach, schodzimy w kierunku Murowańca. W schronisku wypijam litr Powerade'a i wcale nie odczuwam potrzeby zrzucenia balastu – taki byłem odwodniony – litr herbaty na cały dzień nie był wystarczającą ilością. Niestety z powodu kiepskich skarpet nogi mam obtarte do krwi. Dodatkowo podczas schodzenia oblodzonym szlakiem przez Boczań kolejny z wielu upadków niefortunnie kończy się uderzeniem wnętrzem dłoni o wystający kamień. Ręka puchnie i zdecydowanie nie ma szans nadawać się do użycia następnego dnia. Wojtek z braku czasu również musi zrezygnować ze wspinu. Podejmujemy zatem decyzję o powrocie następnego dnia do domów. Mimo skrócenia akcji do jednego dnia, odczuwam zadowolenie – dla mnie jest to krok do przodu. Oby kolejne przyszły jak najszybciej.


tekst: Damian
(Skadi była na dyżurze, ale jej kask brał udział we wspinaczce :P)

8 komentarzy :

  1. superkowo się powspinać siedząc ;-P

    OdpowiedzUsuń
  2. Wczoraj skończyłam czytać książkę Wandy Rutkiewicz "Na jednej linie" i pomyślałam, że to koniec wspinania się w śniegu i mrozie, a tu proszę, mam jeszcze deserek w postaci Waszej wycieczki. Nie wiem, czy nie bałabym się iść przez staw ze świadomością wody pod nogami, więc tym bardziej podziwiam. Pozdrowienia dla całej ekipy, a także Skadi i jej kasku ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Duśka, czytałam "Na jednej linie" Wandzi, nie porwała mnie ta książka, ale szczerze polecam "Mój pionowy świat" Jurka Kukuczki. Naprawdę świetna!

      Usuń
    2. To jeszcze przede mną. Z Wandą Rutkiewicz łączy mnie fakt, że obie nosimy to samo imię, kochamy góry i mieszkamy na 10 piętrze tuż obok siebie niemalże. Choć może powinnam o Niej mówić w czasie przeszłym... Książki Kukuczki jeszcze nie czytałam, więc jak ją dorwę to przeczytam. Oni wszyscy opisują świat, którego już nie ma (bo jest inny). A ja jestem głodna takich wspomnień...

      Usuń
  3. Gratuluję zimowego debiutu :) Co tam do asekuracji używałeś? Same kości/pętle, czy haki też miałeś okazję przetestować? ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Siadła jedna mała V-ka, poza tym tricamy, friendy, heksy, pętle. Za to w ogóle nie siadał sprzęt do traw.

    OdpowiedzUsuń