12 czerwca 2017

Skiturowe Alpy - odcinek 1 (Rekonesans w Dolinie Sellraintal)


Gdy zaczęliśmy się wypinać z wiązań tuż po zakończonym zjeździe z Kasprowego Wierchu, trochę zrobiło się nam smutno, że właśnie w tym momencie kończymy swój sezon skiturowy. Raczej w najbliższych tygodniach nie było już szans na podobny wyjazd. Nasze rozmowy też raczej kręciły się wokół tego co już było, wymienialiśmy między sobą refleksje o odbytych wycieczkach skiturowych. Generalnie temat mieliśmy już zamknąć w szafie i powoli zacząć myśleć o aktywności w górach nie związanej stricte ze śniegiem. 



Będąc już w domu, gdzie ponownie zaczęliśmy się dostosowywać do rytmu rzeczywistości nizinnej, wieczorami jednak temat skiturów jak ten bumerang – powracał.

Stwierdzam, że przeglądanie filmików na YT jednak czasem jest niebezpieczne. Z takiego beztroskiego oglądania, można się tak nakręcić na wyjazd, że jest się gotowym od razu pakować plecak i jechać!

W kwietniu to tak naprawdę skiturowcy się dopiero rozkręcają. O tym dlaczego, wspominałam np. tutaj. W Tatrach warunki wciąż były tylko w wysokogórskich partiach, nie było jakiś większych dostaw śniegu – heh, jeszcze nie wiedzieliśmy, że zima nie powiedziała ostatniego słowa; pod koniec kwietnia wskoczyła lawinowa 4, ale kto by to wtedy przewidział... Generalnie nie chcieliśmy bisować w Tatrach, bo wiedzieliśmy jak wygląda tam sytuacja ze śniegiem.

Od obejrzenia kilku filmików o ciekawych rejonach skiturowych w Alpach, dzieli kilka kliknięć myszką by sprawdzić prognozy pogody. Najpierw kliknięcia były zaspokojeniem czystej ciekawości, później przeklikaliśmy na google maps. Przepadliśmy. W Austrii 3 dni lampy akuratnie w terminie kiedy moglibyśmy pojechać, w miarę prosty dojazd, otwarte schronisko no i przede wszystkim ogromny teren różnorakiej trudności do ćwiczenia zjazdów.

Miałam jakieś dobre przeczucie. Jak zazwyczaj moje nastawienie często potrafi być sceptyczne i włącza mi się gadanie w stylu, że to jeszcze nie czas, że sobie nie poradzimy, że to rzucanie się na głęboką wodę, tak wizja szybkiego wyjazdu skiturowego w Alpy otulała mnie jakimś takim spokojem. Nie wiem, może dlatego że wybraliśmy Sztubaje, do których mam ogromny sentyment, bo to właśnie tam przekroczyłam po raz pierwszy granicę 3000 m n.p.m.


Wyjechaliśmy późnym popołudniem w kierunku Austrii, jadąc autostradą przez Niemcy. Przez pierwsze kilka godzin jazda nie była męcząca. Rozbudzała nas wizja fajnego wyjazdu. Jednak później wiadomo, pojawiło się znużenie, tym bardziej że na autostradzie zastał nas już środek nocy. Żeby jakoś zapełnić ciszę, włączyłam audiobooka, którego Damian zdążył zgrać na kartę pamięci tuż przed wyjściem z domu. Przenieśliśmy się do świata kryminału. Po kilku minutach słuchania, wygodniej usadowiłam się w fotelu pasażera. Akcja rozpoczęła się bowiem na... Giewoncie! Tatry stanowiące tło akcji, opisywane miejsca, w których nie raz byliśmy. Remigiusz Mróz – pisarz, ale także górołaz. Polecam zainteresować się tym nazwiskiem. Dla tych co lubią czytać kryminały i przemierzają tatrzańskie szlaki – polecam napisaną przez niego trylogię o komisarzu Forście.



czwartek, 13 kwietnia 2017



Bardzo wczesnym rankiem zajechaliśmy na parking w Lüsens 1634 m n.p.m. Stało kilka aut, ale żadnego na polskich blachach. Rozejrzeliśmy się po okolicy w celu rozprostowania zastanych nóg. Postawiony toi toi z zostawioną zgrzewką papieru toaletowego, skrzyneczka z darmową mapką rejonu do wzięcia, no i przede wszystkim dodatnia temperatura. Aż takiego powitania to my się nie spodziewaliśmy ☺ Parking jest płatny, stoi automat biletowy. Mankamentem jest to, że jest tylko na monety. Mieliśmy mały problem z zapłatą, ponieważ starczyło nam bilonu na opłacenie postoju na jeden dzień, a my zamierzaliśmy nocować w schronisku. Powoli zaczęliśmy się szykować do wymarszu, mając nadzieję, że ktoś się w międzyczasie pojawi. Faktycznie, zajechał samochód, ale para Niemców nie miała jak nam rozmienić 10 euro. Zostawiliśmy kartkę za szybą z informacją o naszej sytuacji. Już mieliśmy iść na szlak, kiedy zajechała furgonetka. Facet był chyba jakimś pracownikiem gminy czy coś, bo przywiózł dostawę nowych mapek. Damian szybko do niego zagadał. Udało się zdobyć monety!

Historia kupowania biletów.

Początek szlaku. Oczywiście z tachaniem nart na plecach, ale w sumie nas to jakoś nie dobijało. Cieszyliśmy się z samego faktu pojawienia się w Alpach.

Wspomniana mapka. Bardzo pomocna. Jak widać, w rejonie Sellraintal jest gdzie foczyć.


Spokojnym krokiem udaliśmy się w kierunku schroniska Westfalenhaus 2276 m n.p.m (strona schroniska)Szlak urozmaicały tabliczki edukacyjne. Tematem przewodnim były lodowce, które z biegiem lat w Sztubajach są coraz mniejszych rozmiarów. Jeden z nich mieliśmy przed sobą, który faktycznie był symboliczny, i według informacji na tablicach nie wróżono mu świetlanej przyszłości.


Szutrowa droga, którą szliśmy zamieniła się w pewnym momencie już w typowy górski szlak. Na razie wciąż nie było dostatecznej ilości śniegu, ale kilkadziesiąt metrów wyżej zaczęły się pojawiać pierwsze większe płaty, a im dalej sięgaliśmy wzrokiem, tym częściej płaty łączyły się ze sobą i umożliwiały zjazd bez potrzeby ściągania nart czy jazdy po trawie - jeden skiturowiec-wymiatacz, właśnie takimi ostatnimi skrawkami zjeżdżał. Ten widok nas upewnił, że niewiele nam zostało już podejścia by w końcu narty wylądowały na nogach.

Szuter przemienia się w typowy górski szlak.

Widok na lodowiec Lüsener Ferner.

Krokusy wiosenne.

Wiosna na całego, ale to tylko pozory :)

Nie kontrolowaliśmy zbytnio czasu, bo w planach było jedynie dotarcie do schroniska z ewentualnie jakimiś krótkimi zjazdami „po drodze”. Bardziej natomiast interesowało nas ukształtowanie terenu, rodzaj śniegu czy wystawy stoków, w pobliżu których się przemieszczaliśmy. Cenne informacje jakie znaleźliśmy w książce „Lawiny” chcieliśmy skonfrontować z górską rzeczywistością.

Popas przed założeniem nart.

No i ruszyliśmy z foki. Po raz pierwszy na alpejskiej ziemi.

Im dalej wgłąb doliny, tym śniegu coraz więcej.

Wypatrzyliśmy sobie jedno zbocze, które było całe pokryte śniegiem i według nas było wolne od realnych zagrożeń (zejście lawiny). Usadowiliśmy się przy dużym głazie. Najpierw Damian pofoczył w górę i zjechał, później przyszła kolej na mnie. Trudność zjazdu była w granicach moich możliwości. Ten zjazd dodał mi trochę pewności siebie. Tak dobrze mi narta zapodawała, że na końcówce się rozluźniłam. Byłam już tylko kilkadziesiąt metrów od Damiana, na terenie o bardzo niewielkim nachyleniu. Nagle, boom. Glebłam twarzą na śnieg. Jedna narta w sekundzie zapadła się, a mnie przechyliło. Takie zdradliwe miejsca na szczęście czyhały głównie na dole. Im wyżej tym śnieg był dużo lepszej jakości.

Nasz stok :D

Końcówka zjazdu...

Leżałam tak sobie chwilkę, bo wstać w zapadającym się śniegu to wszak nie lada wyzwanie. W międzyczasie gdy zbierałam siły, mijała nas grupka podchodzących skiturowców, zapewne również udająca się do schroniska. 

Padłaś? Poleż! :D

Gdy w końcu udało mi się wstać i otrzepać ze śniegu, zaczęliśmy się zastanawiać się jak do tego schroniska podejść. Czy idąc dalej dnem doliny czy może jednak przejść na drugą stronę strumienia i iść szlakiem, który trawersuje zbocze ponad dnem doliny. Z dołu szlak wydawał się być wolny od śniegu. Ja chciałam założyć narty, spróbować ponownie przykleić foki i iść dnem doliny. Damian jakoś przekonał mnie do drugiej opcji. Najpierw mieliśmy chwilę grozy podczas przeprawy przez strumień. Buty skiturowe na mokrych kamieniach ślizgały się jak na lodzie. Potem by dojść do tego szlaku, zapadaliśmy się co chwilę po kolana w śniegu. No niby tego białego tworu wydawało się mało pod nartą, to pod butem okazywało się, że miejscami jest go wciąż sporo. Gdy w końcu znaleźliśmy się w linii przebiegu szlaku, wcale łatwiej się nie podchodziło. Śnieg zalegał i czujnie trzeba było stawiać każdy krok. Generalnie wybraliśmy niekoniecznie dobrą opcję. Lepiej było jednak dalej trzymać się dna doliny.

Przeprawa przez strumień.

Fragmencik bez śniegu.

Tutaj wiosny na pewno jeszcze nie ma.

W końcu schronisko - Westfalenhaus.

Przed schroniskiem, w specjalnych stojakach jak i w wyznaczonym pomieszczeniu pozostawione były narty. Dostawiliśmy do nich swoje, które wyróżniały się głównie narciarską peselozą – były chyba najstarsze ze wszystkich :D Weszliśmy do środka i od razu znaleźliśmy suszarnię. Tam rozwiesiliśmy mokre foki oraz wyciągnęliśmy botki ze skorup. Generalnie tego typu miejsca, to istna trolownia, ale dobrze że takie pomieszczenie jest – w polskich schroniskach raczej nie jest ono czymś powszechnym.

Oczywiście o wolnym pokoju mogliśmy tylko pomarzyć. Do dyspozycji pozostało nam poddasze, po którym chodziło się w pół zgiętym, jak w U-boocie :D Zbiorową salę dzieliliśmy z dwiema grupami Czechów. Na stanie były materace, poduszki oraz koce i przede wszystkim dodatnia temperatura powietrza.

Zebrało się w miarę spokojne towarzystwo, chociaż jak to bywa, w takich liczniejszych grupach zawsze musi się znaleźć jakiś śmieszek, który powie jedno słowo i czeka na reakcję towarzystwa, a jak reakcji nie ma to zaczyna się sam śmiać z tego co powiedział, mając przy tym oczywiście bardzo specyficzny śmiech. Na szczęście po dwóch wypitych piwach, śmieszek padł i nastała nocna cisza ☺

Przed snem przeanalizowaliśmy mapkę, którą zabraliśmy będąc jeszcze na parkingu. Wycieczek skiturowych nakreślonych było całkiem sporo i to naprawdę w różnorakich kierunkach. Niestety poza wytyczonymi liniami przebiegu trasy, nie było dołączonych żadnych informacji na temat trudności (np nachylenie zjazdu). Kilka potencjalnych miejsc wybraliśmy, ale o tym co ostatecznie będziemy robić jutro, było wielką niewiadomą. Nie mieliśmy jakiejś mega spiny by urobić coś konkretnego. Chcieliśmy się cieszyć z faktu, że przemieszczamy się po alpejskim śniegu na nartach, przyswajamy widoki mające naładować nasze górskie baterie i tak ogólnie zapoznać się z jakimś w miarę ciekawym skiturowym rejonem, do którego na kolejny sezon moglibyśmy pojechać już w ciemno.



piątek, 14 kwietnia 2017


Wstaliśmy zanim jeszcze słońce wyłoniło się ponad otaczające nas granie. Plecaki mieliśmy już przyszykowane. Zeszliśmy od razu do suszarni, w między czasie przegryzając jakieś pseudośniadanie w postaci batonika, który prowokował tylko mdłości. Foki zdążyły się wysuszyć, gorzej sprawa się miała z botkami, które na czubkach były jeszcze trochę mokrawe. 


Wyszliśmy przed schronisko i udaliśmy się początkowo z buta z przewieszonymi przez ramię nartami. Gdy pojawił się śnieg, wpięliśmy się w końcu w wiązania. Nieśmiało myśleliśmy o podejściu w kierunku Hoher Seeblaskogela (3235 m n.p.m), ale wiązało się to wpierw z utratą wysokości (musielibyśmy zejść na dno doliny). Na wizję takiej opcji od razu pojawił się u mnie na twarzy znaczący grymas. Wolałam od razu piąć się na nartach do góry, bo powyżej schroniska śnieg leżał już wszędzie. Poza tym mieliśmy też trochę lepszy podgląd jak wygląda okoliczny teren, gdzie nachylenie w moich oczach było do zaakceptowania. Wstępnie zaproponowałam kierunek na przełęcz Winnebachjoch 2782 m n.p.m.

Kropkę nad i postawiła foka Damiana, która na wysokości wiązania na narcie zaczęła się odklejać. W ogóle nasze dalsze foczenie stanęło pod wielkim znakiem zapytania. To był moment, by sprawdzić patent znaleziony na forum skiturowym. Podobno założenie kilku trytek może wyratować niejednego skiturowca z opresji. Dwie trytki założone na narcie nawet całkiem dobrze trzymały niesforną fokę. Co prawda trytki stawiały trochę opór na śniegu, ale nie na tyle by nie dało się ruszyć z miejsca.

By nie iść w tamtym kierunku przemawiał również fakt, że ciężko było nawet zjechać.

Na ratunek - trytki!

A w stronę przełęczy, dość że słonecznie to jeszcze tak jakoś mniej złowrogo :P

Chociaż samej przełęczy jeszcze nie widać.

Damian dał kredyt zafania trytkom i kontynuowaliśmy foczenie. Zdecydowaliśmy, że w takiej sytuacji nie będziemy się pchać na trzytysięcznik. Obraliśmy kierunek na wspomnianą przeze mnie przełęcz.


Początkowo szliśmy sami. Pozostawione ślady nart na śniegu, upewniły mnie jednak że ktoś tutaj się jednak zapuszcza. W schronisku właśnie zaczęto serwować śniadanie, dlatego cała chmara skiturowców jeszcze nie była w terenie.


W pewnym momencie, ujrzałam białe coś biegnące po śniegu. Nie było to co prawda rozmiarów śnieżnej pantery, nie mniej jednak widok był dla mnie dużym zaskoczeniem. Przetarłam oczy i wytężyłam bardziej wzrok. Na kępce wystającej trawy siedziały dwa ptaki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, skrzydlatych w Alpach przecież lata dużo. Ptaki były wielkości kury. Słyszałam o głuszcach czy cietrzewiach, ale one przecież nie są białe!

Skrzydlaty Yeti :D

Chyba nas zauważyły...

Zatrzymaliśmy się, by ptaki mogły spokojnie oddalić się od nas i ukryć. Pierwszy raz widziałam takiego skrzydlatego w górach. Dopiero jak wróciliśmy do domu, spytaliśmy wuja Google'a co to za gatunek.

Pardwa górska. Ptaki zmieniają upierzenie w zależności od pory roku.

Ptaki uciekły do swojej kryjówki i znów zostaliśmy sami.

Sporych rozmiarów lawinisko.

Zaczęliśmy pokonywać kolejne metry przewyższenia. Słońce ostro zaczęło już grzać. Od wyjścia ze schroniska minęły ze dwie godziny. Dorwała mnie utrata prądu. Odezwał się brak porządnego śniadania rano. 

Na tej skalnej wysepce zarządziłam postój.

Damian myślał, że jeden mus owocowy i przegryzienie kolejnego zbożowego lecz jednak słodkiego batonika załatwi sprawę. Ja jednak potrzebowałam czegoś ciepłego. Tak jak nigdy, tak wtedy wzięła mnie straszna ochota na mlecznego starta. Oznajmiłam również, że nie mam wielkiego ciśnienia iść aż na samą przełęcz. Damian czuł się dobrze i stwierdził, że skoro nie musi na mnie czekać, uda się sam w kierunku przełęczy. Stworzyła się dzięki temu okazja do przetestowania krótkofalówek. 

Po ustawieniu kanału, Damian ruszył i szybko zniknął mi za kolejnym ośnieżonym "garbem". A ja w końcu mogłam tak w samotności kontemplować ciszę i z każdym kolejnym oddechem, natleniać się górskimi widokami. Odpaliłam chińskiego Jetboila i czekałam aż woda się zagotuje. W międzyczasie Damian odezwał się w krótkofalówce, w celu sprawdzenia łączności.

Wyciągnęłam z plecaka worek strunowy, w którym miałam dawkę dziennego prowiantu. Takie pakiety przygotowałam dla nas sama osobiście jeszcze będąc w domu. Zagotowałam się dużo szybciej niż ta woda postawiona na gazie, bo raptem w jednej sekundzie! Nie wiem jak ja to zrobiłam, ale nie miałam ze sobą ani jednego mlecznego starta! Na pewno parę sztuk miał Damian w swoim plecaku, ale on przecież zniknął mi kilkadziesiąt minut temu.

Z mlecznego starta zrobił się mleczny fail. Zagotowaną wodą zalałam herbatę. Z woreczka strunowego wybrałam coś co nie przyprawiało mnie na sam widok o mdłości. 

Czułam się trochę jak Andrzej Zawada podczas zimowej wyprawy na Mount Everest. Pewnie on też wpatrzony w jakiś radioodbiornik oczekiwał, aż ten przemówi dobrymi wiadomościami. Popijając kolejne łyki ciepłej herbaty, cierpliwie czekałam aż przemówi krótkofalówka i usłyszę pytanie w stylu "halo, wiesz gdzie jestem?". 

Damian przejął ode mnie aparat i dzięki temu jest kilka zdjęć jak wygląda podejście na przełęcz.

Am Zoachen 2980 m. n.p.m.

Przełęcz Winnebachjoch 2782 m n.p.m

Na przełęczy.

Gdy dostałam informację, że Damian jest na przełęczy i za 15 minut zacznie się szykować do zjazdu, zaczęłam zwijać moją bazę i udałam się w górę tak żeby jeszcze trochę wydłużyć sobie późniejszy zjazd.


Gdy spotkaliśmy się, Damian stwierdził, że mamy jeszcze trochę czasu i mogę pofoczyć na przełęcz, a on na mnie spokojnie poczeka. Zrezygnowałam jednak z tego pomysłu jak dowiedziałam się, że początkowy zjazd jest dość stromy i co gorsza miejscami bardzo oblodzony. Zdjęłam foki ze swoich nart i wspólnie zaczęliśmy zjeżdżać.

Zaczynamy zjeżdżać.

Pardwy górskie pewnie nas obserwują z ukrycia :) 

Na dno doliny udało się nam zjechać bez ściągania nart, mimo że końcówka była na nasze standardy naprawdę techniczna - wąsko, wystające kamienie i kosodrzewina. 

Udało się zjechać na samo dno doliny!

Przed nami został jeszcze przejazd dnem doliny do momentu, w którym już kończy się śnieg na dobre.

To już naprawdę oficjalny koniec naszego sezonu skiturowego. Lepszego zakończenia nie mogliśmy sobie wymarzyć.

Na trawie usadowiliśmy się obok innych, wypoczywających skiturowców. Oczywiście wymieniliśmy się między sobą refleksjami. Dla mnie ten  wyjazd na spontanie okazał się być najlepszym w dobiegającym właśnie końca sezonie.

Wracamy na parking.

Specjalnie dla narciarzy dużo otwartych schronisk, przyjemne temperatury i ogromne poletko do nabywania narciarskich umiejętności. Alpy wczesną wiosną nie są jednak aż takie straszne jak myślałam. Coś czuję, że kolejną wiosnę spędzimy w podobnych okolicznościach, tylko na znacznie dłuższym urlopie.



5 komentarzy :

  1. Świetne widoki i pewnie frajda niesamowita pojeździć tak w Alpach :) Ale najbardziej zazdroszczę Ci... zdjęcia Pardwy :D Taki obywatel gór nie zdarza się często :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem mega zadowolona, że udało mi się je uchwycić w kadrze. Tak jak napisałeś, taki obywatel gór nie zdarza się często... A odnośnie jeszcze obywateli, to od razu mi się przypomniały Wasze świstaki... to znowu ich Wam zazdroszczę :)

      Usuń
  2. Wielki gratulacje za piękne zakończenie sezonu. Sztubaje dla nas też są ważne, pierwsze nasze 3K. Zazdrościmy Wam wspaniałej szybkiej decyzji, bardzo częsta właśnie taki sponton jest najlepszy. Pozdrawiamy i do zobaczenia na szlaku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No Wasza relacja ze Sztubajów na forum bardzo mi się podobała :) Sama chciałabym tak powędrować po alpejskich szlakach latem od schroniska do schroniska, tym bardziej że mam zniżki dzięki karcie Alpenverein...

      Usuń
    2. Jeden taki wyjazd zwrócił koszt Alpena w formie rabatów i ubezpieczenia.

      Usuń