18 maja 2018

Trans Izera


Od dłuższego już czasu mieliśmy w planach wybrać się na górski wypad rowerowy w formie bikepackingu z nocowaniem w terenie. Bikepacking najogólniej rzecz wyjaśniając to rowerowa odmiana trekkingu jednak bez użycia sakw i z takim ograniczeniem bagażu, ażeby jazda wciąż była przyjemnością. Przynajmniej jak tak rozumiem to słowo :-) Bardzo znanym motywem na takiego rodzaju wyprawę jest TransAlp. Jest to ogólne określenie na wielodniową rowerową wyprawę przez Alpy (wysokogórska jazda po szlakach i ścieżkach). Zainspirowani taką formułą, postanowiliśmy ją przenieść na nasze sudeckie pagórki, dość mocno ją kompresując.



Swój pierwszy kontakt z MTB miałam w Górach Izerskich, dlatego jakoś tak od razu nasunął mi się ten kierunek. Poza tym, charakterystyka tych gór idealnie nadaje się pod dwa kółka, dodatkowo oferując naprawdę gęstą siatkę szlaków rowerowych jak i singli. Tak oto nasz wypad rowerowy nazwaliśmy Trans Izera!

Na dwudniowy wypad spakowaliśmy się w niezawodne plecaki rowerowe Deutera – mój Bike One Sl 18 oraz Damiana – Trans Alpine 24. Byliśmy w stanie zabrać suchy prowiant na dwa dni, osobiste ciuchy typu kurtka przeciwdeszczowa bądź puchowa, podstawowy sprzęt naprawczy jak zapasowa dętka czy multitool oraz cały osprzęt do spania – w naszym przypadku hamaki. Dobrą pogodę na te dwa dni mieliśmy gwarantowaną, więc nie potrzebowaliśmy zabierać dodatkowych rzeczy chroniących od deszczu czy zimna. Na ciepłe posiłki zamierzaliśmy zatrzymywać się w napotkanych na trasie schroniskach bądź knajpach. Przez dwa dni namłynkowaliśmy 80 górskich kilometrów, ale nie dystans był naszym priorytetem, a bycie na bikepackingu.



niedziela, 13 maja 2018


Zaparkowaliśmy samochód w Jakuszycach. Naszych dwóch dodatkowych pasażerów udało się przewieźć bez szwanku. Wystarczyło tylko ponownie zamocować przednie koła i mogliśmy rozpocząć nasz izerski bikepacking. Ruszyliśmy w stronę Polany Jakuszyckiej, która stanowi centrum polskich Gór Izerskich. Obecnie jest placem budowy, po modernizacji ma funkcjonować na niej nowoczesny ośrodek narciarstwa biegowego i biathlonu. Teren został ogrodzony i by dostać się na Trasę „Spacerową” - popularną w okresie zimy, musieliśmy przejechać kilkaset metrów drogą wojewódzką. Nie mieliśmy ściśle ustalonej trasy oraz dokładnej miejscówki na rozwieszenie się z hamakami. Przebieg Trans Izery nasuwał się sam, na każdym większym skrzyżowaniu dróg i szlaków miał być obierany dalszy azymut. Jedyne co było w planach to odwiedzenie polskiej jak i czeskiej części Gór Izerskich.

Pierwsze skrzyżowanie i podjęcie decyzji czy jedziemy dalej w stronę Stacji Turystycznej "Orle" czy może przedostajemy się na czeską stronę mocy.

Zdecydowaliśmy, że pierwszego dnia pojeździmy po czeskich szlakach i ścieżkach. Wybraliśmy kierunek na Harrachov. Dojeżdżając do stacji kolejowej od razu zebrało nam się na wspomnienia z przejechania Karkonoskiej Diagonali, bo właśnie na tym dworcu w sumie ją zakończyliśmy. Tamten majowy wypad rowerowy też podzieliliśmy na dwa dni, ale noclegując się pod dachem.

Ze stacji kolejowej w Harrachovie zaczęliśmy niepokojąco zjeżdżać. W ogóle miałam wrażenie, że od samego startu tylko mamy z górki, a tą utraconą wysokość trzeba będzie w końcu ponownie podnieść z kolan, co na pewno mój wyrób mięśniopodobny ciężko to zniesie. W końcu jednak doczekałam się pierwszego podjazdu, a ja mogłam odetchnąć  z ulgą - nie dobijemy do poziomu morza ☺ Droga o optymalnym nachyleniu wiodła nas wzdłuż wijącej się obok rzeki Izera (szlak E3/ Izerska cesta). Przy pięknym i uspokajającym widoku kręciliśmy kolejne kilometry.

Rzeka Izera

Zaraz za mostkiem rozpoczął się pierwszy podjazd dnia :)

Droga wiodła nas w stronę parkingu Pod Bukovcem. Tuż przed ostatnim, mocniejszym podjazdem, z prędkością motocykla wyprzedziła mnie para rowerzystów ubrana w ciepłe kurtki. Musiałam otrzeć pot z czoła skapujący mi na oczy, by upewnić się czy nie miałam zwidów. Już miałam łapać doła, z okazji braku postępów kondycyjnych, gdy zorientowałam się, że z taką lekkością, podjazd można pokonać tylko na ebike'u.

Na parkingu Pod Bukovcem zerknęliśmy tylko na mapę i zgodnie ustaliliśmy, że jedziemy w stronę Smedavy. Byliśmy tam już kiedyś, więc wiedzieliśmy że znajduje się tam knajpa.

W razie awarii roweru :)

Parking dla rowerów.

W Chacie Smedava zamówiliśmy tamtejszy kulinarny specjał – knedliki z borówkami robione według własnej receptury. Wspominałam już kiedyś, że fanką czeskiej kuchni nie jestem, głównie dlatego że nadziałam się kilkakrotnie na dania, które kompletnie mi nie smakowały. Gdy usłyszałam, że w menu serwują tylko te knedliki, już oczami wyobraźni dzióbałam widelcem po talerzu. Oj bardzo się pomyliłam z tym przewidywaniem przyszłości. Szorowałam widelcem po talerzu, by dojeść ostatnie okruszki! 

Najedzeni czeskimi węglowodanami, trudno było z powrotem wsiąść na rower i od razu podjeżdżać. Nie gonił nas czas, więc dalszą drogę pokonywaliśmy w rekreacyjnym tempie. Wpadło też kilka przerw.

Chata Smedava.

Młynkujemy dalej.

Przerwa 15 minut :)

Analiza mapy przy rzece Bílá Smědá.

Widok na szczyt Jizera 1122 m n.p.m, ze skalnym punktem widokowym.

Żeby nie jeździć tylko po łatwej technicznie nawierzchni, wybraliśmy szlak żółty, który co prawda skracał nam drogę, ale dał nam możliwość sprawdzenia się na podjeździe w trudniejszym terenie. Szlak wyprowadził nas na szeroki szuter, który tworzy pętlę u podnóża góry Smědavská hora 1084 m.

Podjazd żółtym szlakiem od skrzyżowania Paulova paseka.

Kilometry na rowerze, zwłaszcza tych płaskich w stosunku do tych pieszych, połyka się jak pelikan. Dlatego zdecydowaliśmy się objechać większą część pętli. Zajęło nam to kilka minut więcej, ale poznaliśmy dzięki temu nowe izerskie ścieżki.

Dołożenie tych kilku kilometrów w nogach szybko się zwróciło!

Pętla prowadzi na granicy 1000 m n.p.m, stąd w pewnym momencie ukazał się nam piękny widok na czeskie Góry Izerskie. Sesja foto obowiązkowa!

Sesja foto oczywiście z rowerem :)

Widok na Smrk 1125 m oraz skalny punkt widokowy Paličnik 944 m.

Można by tak siedzieć, ale przed nami jeszcze szukanie miejsca na nocleg.

Nie było sensu już teraz się rozwieszać z hamakami, ponieważ do wieczora pozostawało jeszcze parę godzin, poza tym ani teren nie sprzyjał, ani też wysokość na której się znajdowaliśmy (im wyżej, tym zimniej w nocy). Wykorzystując skrót zjechaliśmy do naszego stawiku znajdującego się obok zielonego szlaku pieszego – Kozi stezka. Podczas Izerskich letniaków nocowaliśmy tutaj pod namiotem. Staw wyglądał tak samo, drewniana ryba stała. Powspominaliśmy chwilę tamten wypad i ruszyliśmy w dół, w stronę Hejnic. Wiedzieliśmy, że na pewnym odcinku trzeba będzie sprowadzać rowery.

To powalone drzewko stało się pomysłem na nocny kadr podczas Izerskich letniaków. Stanie o 1 w nocy przy statywie z założonym jak gąsienica na siebie śpiworem :D, czasem kulisy robienia zdjęć wyglądają zabawnie.

Damian sprawdza temperaturę wody w stawie. Chętnie wskoczyłby do wody, ale nie będziemy nocować w tym miejscu.

Pchanko, sprowadzanko.

Gdy przeprawiliśmy się przez kamienistą część szlaku, droga się poszerzyła i zapraszała by ponownie wsiąść na rower. Zjazd był szybki, stąd od razu podrasowała się nam dzienna prędkość średnia. W Hejnicach przycupnęliśmy przy mostku, a mapa ponownie wylądowała na kolanach. Otoczenie od zbliżającego się zachodu słońca, zaczęło przybierać ciepłe barwy. Uznaliśmy, że dogodnie będzie rozwiesić się na noc z hamakami w okolicach czeskich singli. Dzięki temu, że kiedyś na nich jeździliśmy, wiedzieliśmy, że znajdzie się dogodny teren z odpowiednim rozstawem drzew, a jednocześnie cywilizacja nie sięgnie nas wzrokiem.

Przez Hejnice przejechaliśmy przy pomocy szlaku żółtego, dojeżdżając na obrzeża miejscowości. Przy Bartlovej boudzie zmieniliśmy kolor na zielony. Fajnie nachylony asfalt miał po kilku kilometrach doprowadzić nas do Hubertki. 

Podjazd do Hubertki

Przy Hubertce (schronisko?, knajpa? - nigdy nie widzieliśmy otwartych drzwi) jest gęsta sieć singli (specjalne ścieżki rowerowe, zazwyczaj jednokierunkowe). Wybraliśmy czerwonego singla, bo jego kierunek nam najbardziej pasował. Musieliśmy już obmyślać trasę na drugi dzień, by dostać się z powrotem na polską stronę Izerów. Zaczęliśmy zjeżdżać, baczniej przyglądając się otoczeniu. W końcu znalazło się miejsce na nocne hamaczkowanie!

Oj, późny wieczór już się zbliża, Trzeba jeszcze wykorzystać trochę jasności, by chociaż dobrze powiązać węzły na drzewach :)

Bukowe klimaty.

Nasze łoża szybko zostały rozwieszone między drzewami i praktycznie już mogliśmy rozpocząć leżakowanie. Co prawda na palcach jednej ręki mogę doliczyć się ilości nocy spędzonych w hamaku, to mogę śmiało stwierdzić, że jest to najwygodniejszy sposób spania w terenie. Nie chodzi tu tylko o objętość i niższą wagę całego systemu do spania. Po nocy przespanej/przeleżanej w hamaku ani razu nie obudziłam się z bólem kości i ogólnym takim zmęczeniem z powodu niewygody. W hamaku jest się  w stanie efektywnie odpocząć i spać. Z racji nieregularnego hamakowania w terenie oczywiście moja głowa nie jest przyzwyczajona by w takich warunkach szybko zapadać w głęboki sen, ale myślę że jest to kwestia częstotliwości. Na tego typu problemy, wszak las w nocy nie śpi, a przy ciszy każdy dźwięk wydaje się być dobrym bodźcem dla wyobraźni, znalazłam na tego typu durne obawy sposób. Po pierwsze: załączenie audiobooka. Jest to idealny usypiacz, a głowa jest zajęta słuchaniem akcji odbywającej się w książce, a nie przypominaniem sobie kadru z niedawno obejrzanego horroru. Po drugie: gdy dopada mnie już znużenie, słuchawki zamieniam na stopery do uszu. Mała rzecz, a idealnie zamyka furtkę dla wyobraźni. Uszy nie są irytowane dźwiękami z zewnątrz, więc dużo łatwiej jest zasnąć.

Leśny apartament gotowy!

Niestety tak jak w przypadku spania na ziemi, tak i w hamaku przy chłodniejszych bądź wietrznych nocach, ważna jest izolacja od spodu. Śpiąc w hamaku, zwłaszcza w śpiworze, ugniata się częściowo wypełnienie, stąd znacznie spada izolacja. W przypadku śpiwora z piórkami – puch nie ma szans się rozprężyć, a właśnie rozprężenie daje ciepło. Na tego typu hamakowe bolączki, są w sprzedaży specjalne otuliny/underquility pod hamak, które sprawę załatwiają. Jest to jednak dodatkowy sprzęt do kupienia, a potem oczywiście noszenia/wożenia. Postanowiłam sprawdzić patent 2 w 1. Ze śpiwora udało mi się zrobić i śpiwór i otulinę. Dzięki temu gęsi puch w pełni mógł pokazać swoje termiczne możliwości. Ocenę tego patentu miałam wystawić rano.

Śpiwór Cumulus Lite Line 300 w wersji 2 w 1. Podwójny zamek przydaje się nie tylko do łączenia śpiworów ;)

W nocy kilka razy próbował się do mojego kokona wedrzeć silnie wiejący wiatr. W porównaniu do innych, dużo zimniejszych nocy jakie miałam okazję raczej przeleżeć niż przespać, to te pojedyncze podmuchy wiatru były romantycznym skrobaniem po plecach. Znaczną część nocy udało mi się efektywnie przespać, jednak był jeden taki moment kiedy poczułam dwa uderzenia w plecy. Przebudziłam się, nie wiedząc czy mi się to przyśniło czy może szturcha mnie gwizd jakiegoś dzika! Starałam się tego nie analizować, by nie wybudzać wyobraźni. Udało się na szczęście ponownie zasnąć.


poniedziałek, 14 maja 2018


Jaki to był cudny poranek! Ptaki wariowały na drzewach, promienie słońca powoli przedzierały się między lukami w gałęziach. Było mi ciepło i wygodnie. Z chęcią poleżałabym jeszcze ze dwie godziny, tak po prostu obserwując w zachwycie las. Niestety, dzisiaj musieliśmy się pilnować z czasem, a według naszej trasy, której mieliśmy się trzymać przed nami był do pokonania podjazd dnia. Nieee..., podjazd roku!

Dzień dobry w lesie!

Kokon. Niedługo trzeba będzie się urodzić, to znaczy wyleźć ;)

Nasza leśna kuchnia, mająca na wyposażeniu listek papieru śniadaniowego robiącego za stół oraz wystających korzeni spełniających funkcję krzeseł, serwowała dzisiaj na śniadanie gulasz angielski w konserwie, kawałek ogórka oraz bułki. Nie mam pojęcia na czym polega magia takiego żarcia, ale w terenie smakuje wybornie! W domu wszystkie konserwy są pochowane w najciemniejszych zakątkach kuchennych szafek i nikt nawet do nich nie zagląda. Na wyjazdach przeżywają swoje 5 minut. Podczas śniadania, zapytałam Damiana jak mu minęła noc. Ja sama przyznałam się, że była to najlepsza noc w hamaku jaką do tej pory miałam. Wspomniałam tylko o tym dziwnym incydencie, wciąż nie wiedząc czy te dwa szturchnięcia w plecy były prawdziwe. Damian zaczął się ukradkiem uśmiechać. Tym dzikiem okazał się być właśnie on. W nocy sam się przebudził, wystawił swoją osobistą girę z hamaka i zaczął mnie szturchać w celu sprawdzenia czy jeszcze żyję, bo praktycznie wcale się nie ruszałam. A ja mając przytłumiony słuch przez stopery, nie słyszałam, że do mnie coś w ogóle mówi!

Pomarańczowe wariaty :D 

Po śniadaniu, które spokojnie otrzymałoby gwiazdkę Michelin, zwinęliśmy nasz hamakowy osprzęt i gotowi ruszyliśmy na dalszą część czerwonego singla.

Gotowi na drugi dzień Trans Izery!

Single wyprowadził na do Centrum u Kyselky. W knajpie zamówiliśmy po kuflu Kofoli. Trzeba było się nawodnić zawczasu, bo podjazd roku zbliżał się wielkimi krokami.

Wasze zdrowie, drodzy Czytelnicy! :)

Ponownie wybraliśmy czerwonego singla, by w przyjemny sposób, a nie katując asfalty, móc dojechać do granicy z Polską. W pewnym momencie czerwone znaki odbijały w prawo, a my pojechaliśmy prosto, wjeżdżając na polskiego singla „Nad Czerniawą” - mój faworyt w całym singlowym kompleksie. Czarny single przecina drogę asfaltową, którą można podjechać na Stóg Izerski. Ta droga asfaltowa ma swoją nazwę. Nie każdy asfalt w Polsce ma jakąś nazwę, więc to już daje do myślenia. Ten, prowadzący ze Świeradowa Zdrój na Stóg Izerski zwie się "Katorga".

Poziomice na mapie mówią same za siebie. Nazwa adekwatna.

Jeszcze nie ruszając, mi już było słabo. Damian na szybko w necie wyczytał informacje o Katordze. Zaczął na głos dzielić się nimi ze mną. Katorga jest jedną z najbardziej stromych, utwardzonych dróg w Polsce”. Więcej już nie chciałam wiedzieć ☺

Ruszyliśmy. Damian twardo walczył, ja widząc z jaką prędkością przemieszczam się do przodu i jak serce już woła błagalnie "przestań", po kilkuset metrach zaliczyłam skuchę. Na takim nachyleniu ciężko w ogóle ponownie wystartować, więc dysząc prowadziłam rower, co też wymagało sporo sił. Na ten asfalt to nawet rzadko kiedy zapuszczają się podobno piesi turyści. My jednak dwóch schodzących pieszych śmiałków spotkaliśmy. O ile Damian usłyszał dopingujące okrzyki, w moją stronę poleciał zupełnie inny tekst. Po usłyszeniu minionej już zimy mądrości ludowej od jednego z turystów: "dupa nie szkło", ciekawa byłam co tym razem usłyszę. Turysta z uśmiechem na twarzy zapytał: "Podróż poślubna czy jak?". Ja wiem, że miewam czasem durne pomysły, ale by spędzać ewentualną podróż poślubną na "Katordze", to w życiu nie wpadłabym na taki pomysł!

Oszustwa fotograficzne. Nie widać nachylenia.

Katorga nas katuje :)

Nie mieliśmy w planach wjeżdżać na sam Stóg Izerski, bo był nam kompletnie nie po drodze. Na skrzyżowaniu opuściliśmy „Katorgę” i w zamian, wybraliśmy przyjemniej wyglądający asfalt, którym mieliśmy dojechać do Łącznika. Już czuliśmy zapach naleśników z Chatki Górzystów. Będąc na piechotę dzieliłaby nas jeszcze spora przestrzeń czasowa. Na rowerach, mając jeszcze z górki, byliśmy w ciągu maksymalnie 20 minut! Dzięki Drodze Telefonicznej, a następnie przy pomocy niebieskiego szlaku pieszego zameldowaliśmy się na Hali Izerskiej.

Legendarne już naleśniki z Chatki Górzystów.

Chatka Górzystów.

Hala Izerska.

Hala Izerska jest bardzo ciekawym miejscem. Obecnie kojarzy się głównie z Chatką Górzystów i... naleśnikami. Jednak kiedyś w tym miejscu funkcjonowała z krwi i kości prawdziwa wioska. Uważniej przyglądając się obecnemu obszarowi , można odnaleźć pozostałości jej historii:

„ Na Hali Izerskiej przed Drugą Wojną Światową istniała niemiecka wioska Gross Iser (Wielka Izera). Początki tej osady sięgają 1630 roku, kiedy to osiedlił się tutaj ewangelicki uchodźca o imieniu Thomas. Zabudowa przebiegała powoli ze względu na bagniste tereny, surowy klimat i brak dróg. Dostęp do koloni był możliwy tylko przez wąskie ścieżki wyłożone balami. Drogę utwardzoną tzw. Staroizerską (dzisiaj szlak niebieski ze Świeradowa) zbudowano dopiero po wykonaniu szeregu rowów odwadniających. Mieszkańcy żyli biednie. Utrzymywali się z wypasu bydła i owiec, produkcji serów, przędzenia wełny, połowu pstrąga. Mężczyźni pracowali przy wyrębie lasu, wyrabiali gonty i trudnili się kłusownictwem. Surowy klimat nie pozwalał na uprawę zbóż i drzew owocowych. Miejsce to było zwane "Małą Syberią" z powodu długich i srogich zim. Piekarz i masarz przyjeżdżali tu konno raz w tygodniu i oferowali świeże pieczywo i mięso. Inne zakupy robiły kobiety, nosząc ze Świeradowa ciężkie kosze na własnych barkach. Administracyjnie kolonia podlegała miastu Bad Flinsberg (Świeradów Zdrój). Raz w miesiącu pastor odprawiał nabożeństwo w budynku starej szkoły. Szkoła powstała w 1750 roku gdy wioska liczyła około 20 domów. Zmarłych chowano na cmentarzu w Świeradowie. Wraz z rozkwitem Świeradowa jako uzdrowiska, które nastąpiło w drugiej połowie XIX wieku rozbudowała się też Wielka Izera. Osada stała się ulubionym miejscem wycieczek kuracjuszy. Ożywił się ruch graniczny z Czechami i rozwinęła się turystyka narciarska. Mężczyźni byli dodatkowo zatrudniani przy wydobyciu borowiny z tutejszych torfowisk potrzebnej dla uzdrowiska. W latach 30-stych XX wieku Gross Iser rozciągała się od Polany Izerskiej do Kobylej Łąki (ok. 5,5 km) z głównym skupiskiem na Hali Izerskiej. Znajdowały się tutaj 43 domy mieszkalne, 3 gospody, 2 schroniska, 2 celnice, kawiarnia, leśniczówka, straż pożarna, domek myśliwski oraz stara i nowa szkoła. Właśnie w nowej szkole, wybudowanej ok. 1938 roku mieści się "Chatka Górzystów". 10 maja 1945 roku osadę zajął oddział radziecki, spalono domek myśliwski. 11 maja żołnierze zastrzelili właściciela schroniska Gross Iser Baude Paula Hirta. Został on pochowany w pobliżu Nowej Szkoły. Dziś to miejsce upamiętnia okolicznościowa tablica oraz prosty brzozowy krzyż."  - źródło


Jak nie czeskie borówki, to polskie jagody znowu obciążyły nam brzuchy. Dobrze, że nie było przed nami już znacznych podjazdów. Jedynie przyjemna droga po prostej.

"Czekaj, którędy to mieliśmy jechać?".

Ponownie spotykamy się z Izerą.

Przed nami przyjemny przejazd do Jakuszyc.

Halę Izerską od Polany Jakuszyckiej dzieli dystans kilkunastu kilometrów. W niedługim czasie zameldowaliśmy się na parkingu w Jakuszycach. Nasza Trans Izera szczęśliwie dobiegła końca. Dwa, nawet niepełne dni w górskiej drodze bikepackingowej, a ja miałam wrażenie jak byśmy byli w tej rowerowej podróży znacznie dłużej.

Przebieg Trans Izery 




8 komentarzy :

  1. Szalejecie widzę. Dobrze, dobrze :) Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rewelacyjny wypad! Chętnie pobujałbym się też w hamaku, już od jakiegoś czasu też rozważamy taki nocleg :) Zaopatrywaliście się w jakiś specjalny hamak czy decathlonowe dają radę? :D Patrząc na zdjęcia i film okolica wyjątkowo zachęca do takiej aktywności ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy hamaki z Deca. Sprawdzają się. Jedynie to warto zmienić linki, bo te fabryczne są strasznie krótkie...

      Usuń
  3. Hamak i prędkość pokonywania szlaków kusi, ale te podjazdy.... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Izery są super na rower i wcale nie ma ciężkich podjazdów... Ta "Katorga" jest wyjątkiem i podobno Sępia Góra, ale przecież na tych dwóch miejscach te góry się nie kończą. Wybierzcie się np w weekend, wtedy zazwyczaj są czynne wypożyczalnie rowerów.

      Usuń
  4. Widzę, że wycieczki rowerowe wchodzą na wyższy poziom. Teraz będą z noclegami. Fajnie.

    Ty cały hamak wsadziłaś do śpiwora?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, śpiwór opatulał hamak. W okolicach stóp był mały prześwit (łączenie zamka) i końcówka śpiwora troszkę dyndała, dlatego spięłam ją za sznurki karabinkiem i podciągnęłam do głównej linki. Widać to na zdjęciach.

      Usuń