11 listopada 2018

Zdobywanie szczytów lodowcowych w stylu "tatrzańskim" - czy się da?


Myślisz o Alpach? Chciałbyś zobaczyć wyższe góry od Tatr? Marzysz o przekroczeniu magicznych 3000 lub 4000 m n.p.m? Fascynuje cię świat lodowców, które parafrazując znany cytat trzeba spiesznie podziwiać i po nich chodzić bo tak szybko topnieją?  Wydaje ci się, żeby spełnić takie marzenia trzeba brać specjalnie co najmniej tygodniowy urlop? 



Swój pierwszy trzytysięcznik – Habicht – górę o wysokości 3277 m n.p.m zdobywałam „zgodnie ze sztuką”. Start z parkingu na wysokości około 1100 m n.p.m. Nocleg w namiocie na wysokości ok. 2000 m n.p.m. i następnego dnia atak szczytowy, co dało 1300 metrów przewyższenia do szczytu.

Co pamiętam z tego wyjazdu? Przyginający do ziemi plecak, kiedy w palącym majowym słońcu maszerowaliśmy na miejsce pierwszego biwaku. I nocleg na pochyłości terenu, polegający w zasadzie na robieniu leżących przysiadów w namiocie. Płaskiego miejsca nie zlokalizowaliśmy. Po tym wyjeździe zaczęły się pojawiać u mnie pierwsze problemy z kręgosłupem. Odezwała się przepuklina krążka międzykręgowego. Diagnoza dla mnie wielce szokująca, a wśród opinii lekarzy przekreślająca jakąkolwiek aktywność w górach. Na szczęście nie dałam się pokroić na stole operacyjnym. Kręgosłup udało mi się doprowadzić do porządku dzięki regularnym ćwiczeniom. Od tej historii z załamaniem zdrowotnym, zaczęłam baczniej analizować co noszę na plecach i czy przypadkiem nie jest tego za dużo.

Habicht, rok 2012. Startujemy z parkingu. Pierwszy raz mam tak ciężki plecak w górach.
Plecak wypchany po brzegi, nie znalazł miejsca na dwa banany, które Damian mi powciskał w butach przytroczonych na bokach.

Wyglądamy jak byśmy mieli 2 tygodnie być z dala od cywilizacji.

To zdjęcie mówi bardzo wiele.

Pierwszy wyjazd na trzytysięcznik, pierwsza góra lodowcowa. Adrenalina krążyła we krwi od początku i szliśmy w założeniu, że taki duży cel= duży plecak.

Pierwszy raz na lodowcu. Gabaryty plecaka wciąż te same, mimo że w środku jest praktycznie pusty,
 bo część rzeczy została w namiocie poniżej lub mam je po prostu na sobie.

Kolejne wejścia na szczyty lodowcowe – Hochalmspitze i Grossglockner – przebiegały według tego samego schematu. O ile w przypadku Hochalmspitze nocowaliśmy w otwartym w tym czasie schronisku i plecak nie był w związku z tym przesadnie ciężki, o tyle przed wejściem na Grossglockner nocleg wypadł w winterraumie (zimowy schron). Wiązało się to z wtarganiem pewnej ilości dodatkowej graciarni i znów przyginało udręczone ciało do ziemi. Pokonanie dystansu do schronu bez dodatkowego balastu zajęło by nam znacznie mniej czasu. Był to okres kiedy przewyższenia w okolicach 2 tysięcy metrów wydawały się kosmiczne. Do tego dochodziło przekonanie o konieczności aklimatyzowania się przy wejściu na górę trzytysięczną. 

Grossglockner, rok 2015. Pierwszy raz spaliśmy w winterraumie. Zabraliśmy już mniej rzeczy, ale można było je znaczniej odchudzić. Spokojnie wystarczyłoby zabrać cieńsze śpiwory. W takich schronach są koce, którymi można się poratować lub docieplić.

Swego rodzaju przełomem okazał się wyjazd do Szwajcarii, gdzie bez robienia aklimatyzacji w stylu kolejkowym weszliśmy bez jakichkolwiek negatywnych objawów gwałtownego zdobywania wysokości na Allalinhorn i Weissmies.

Przełom w postrzeganiu gór lodowcowych. Wejście bez aklimatyzacji. Co prawda przy pomocy kolejki osiągnęliśmy 3000 m n.p.m na starcie,
ale tak naprawdę od tej wysokości mogliśmy się poczuć w górach wyższych (otoczenie, lodowce).
 Tutaj ekwipunek miałam już bardziej dopracowany. Jedyna rzecz, która okazała się niepotrzebna to były stuptuty - mogłam się bez nich obyć.

Zejście z Weissmies. Plecak poniżej 30 litrów spokojnie starcza mi na wypady w różnych wariantach. 

Zrobione przewyższenie na obydwu szczytach wynosiło około tysiąca metrów, niemniej jednak widmo choroby wysokościowej przestało wyglądać tak bardzo poważnie. Już rok później, robiąc aklimatyzację przed planowanym wejściem na Mont Blanc, zdecydowaliśmy się na Gran Paradiso, na odważny krok zrobienia czterotysięcznika wprost z campingu na wysokości około 1900 m n.p.m – a więc licząc z drobnymi utratami wysokości w związku z przebiegiem trasy, całość przewyższeń do szczytu (4061 m n.p.m) mogła tu wynieść ok. 2200-2300 metrów. Jak się okazało, taki sposób działania był strzałem w dziesiątkę.

Podczas pakowania na Gran Paradiso - pierwszy czterotysięcznik zdobyty w jeden dzień, bez użycia dóbr cywilizacji.
Ponownie plecak < 30 litrowy w pełni wystarczył na ten czelendż.

Mniejszy ciężar to większa swoboda ruchów, lepsze nastawienie do wszystkiego i możliwość osiągnięcia celu równie realna.

W przewodniku górskim wejście na Gran Paradiso rozpisane jest na dwa dni, z noclegiem w schronisku.
W okresie letnim, często u podnóża bardzo znanych i łatwych szczytów alpejskich 

dostanie wolnego łóżka może nie być tak oczywiste.

Przyjemność ze zdobywania góry była nieporównywalna z niczym, kiedy na plecach niosło się tylko podstawowy sprzęt lodowcowy, nieco jedzenia i ciepłego ciucha. Owszem, wymagało to wcześniejszego wyjścia – jednak z uwagi na brak w przebiegu drogi miejsc zagrożonych spadającymi kamieniami, mogliśmy pozwolić sobie na opuszczenie namiotu około 4 a 5 rano. Początkowo dobre tempo było wręcz wymuszone pogodą – do momentu oświetlenia przez promienie słoneczne, musieliśmy gnać do góry żeby zagrzać organizm. Nie było też motywu do zatrzymywania się w celu robienia zdjęć 😃Szczyt został zdobyty i bez żadnych komplikacji, zmęczeni choć szczęśliwi i z nieco zbolałymi stopami, wróciliśmy na camping. Następnego dnia mogliśmy spokojnie przejechać pod Mont Blanc. 

W drodze do miejsca gdzie na drodze "francuskiej" można legalnie rozbić namiot. Mimo, że są dwa schroniska to nocleg w nich jest bardzo drogi i równie trudny do zdobycia. Po tym wyjeździe sprzęt jaki zabraliśmy przeszedł inwentaryzację. Kolejny wyjazd to kolejne doświadczenie, nawet jeśli niezakończone zdobyciem wymarzonej góry.

Najwyższej góry Alp nie zdobyliśmy z zupełnie innych przyczyn, niemniej jednak gdybyśmy poświęcili na zdobycie Gran Paradiso jeden dzień więcej, spod Białej Góry wygoniłoby nas załamanie pogody, które już całkowicie zabrałoby nam szansę na wyjście w ogóle w góry.

Mont Blanc - podejście drugie. Plecak ten sam, ale lżejszy.

Jak się okazuje, dla człowieka który w miarę regularnie bywa w górach i przejawia nieco aktywności (u nas był to w tamtym sezonie głównie rower górski – może nie wyczynowo, ale w miarę regularnie), zdobycie dwóch tysięcy metrów przewyższeń na górze trzy czy troszkę ponad czterotysięcznej nie jest wielkim wyczynem – bo i my jesteśmy raczej przeciętnie sprawni. 

Nie chcę oczywiście nikogo zachęcać do szarżowania, warto jednak stopniowo przyzwyczaić organizm do nieco większej intensywności wysiłku i nie nakładać na siebie blokady psychologicznej trzech czy czterech tysięcy metrów. To też są góry „dla ludzi”, trzeba tylko wiedzieć kiedy na nieco więcej można sobie pozwolić. Na pewno warto przed takim atakiem w miarę dobrze się wyspać – mi wtedy każda góra wydaje się o połowę mniejsza. Ważna jest logistyka i strategia, jak również dobre zapoznanie się z terenem gdy idziemy na nieznany przez nas szczyt. Skarbnicą wiedzy są wtedy opisy przejść i zdjęcia w necie lub nawet analiza zwykłej mapy. Trzeba mieć na uwadze, że warunki w górach, zwłaszcza lodowcowych nie są rok rocznie takie same. 

Co zatem daje zdobywanie szczytów lodowcowych w stylu "tatrzańskim"? Na pewno wielkim plusem jest możliwość robienia bliższych alpejskich trzytysięczników w ramach przedłużonego weekendu – wszak nie każdy ma możliwość nielimitowanego rozporządzania dniami wolnymi od pracy. Nie chcę tu jednak szerzyć herezji o tym, że wysokościówka to bzdura. Choroba wysokościowa istnieje i potrafi dopaść również na "niskim" bądź "wysokim" czterotysięczniku. Mnie dolegliwości dopadły już kilka minut po tym jak zaczęłam schodzić z Mont Blanc (nagła zmiana ciśnienia), u Damiana natomiast już podczas wchodzenia, na wysokości ok 4300 m n.p.m pojawił się ból głowy oraz nudności. Każdy organizm reaguje inaczej. Słyszałam nawet o osobach, które już źle czują się na wysokości lekko ponad 3000 m n.p.m, cierpiąc na nudności czy wymioty.

Dbając o formę w dniach w których na przykład z powodu pracy nie jesteśmy w stanie pojechać w góry, zapewniamy sobie lepszą sprawność, która pozwala nam w naszych skromnych 20 czy 26 dniach urlopu w ciągu roku zawrzeć zdecydowanie większą ilość ciekawych wypadów. Warto więc od czasu do czasu wybrać się na rower czy bieganie, nawet jeśli samo w sobie nie jest to dla nas interesujące. Uwierz, że to wszystko na pewno zaprocentuje potem w górach.

Nie traktujcie tego jako opinii eksperta – to raptem kilka moich luźnych przemyśleń na bazie ostatnich doświadczeń. Po prostu czasem warto spojrzeć na problem nieco inaczej niż jest on przedstawiony w przewodniku czy poradniku. 

Rubryka z komentarzami poniżej poleca się do użycia. Chętnie poznam Twój punkt widzenia. A może polecisz jakiś szczyt lodowcowy, który idealnie wpasowuje się w styl "tatrzański" (czyt. jednodniowy)?



6 komentarzy :

  1. Piękne zdjęcia. Jesteście prawdziwymi górołazami. Ja w górach mam zawsze ciężki plecak, bo zabieram wszystkie możliwe "przydasie". Zdarzało się już, że ta płachta przeciwdeszczowa się przydała albo dodatkowa bluzka, kiedy t-shirt był cały mokry. Chociaż mój kręgosłup też potrafi mi powiedzieć co o nie myśli po takich wędrówkach z ciężarem. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Duśka, w przygotowaniu post o ciężkim plecaku w górach. Mój stały zestaw jaki zabieram w góry oraz patenty jakich używam. Uściski!

      Usuń
    2. Ooo.. Chętnie poczytam o tych patentach :) Może mój kręgosłup Ci podziękuje ;) Uściski!

      Usuń
  2. Ooo,to moze ja cos polece;) Hocher Dachstein od poludniowej strony (start stacja kolejki droga 615) troche łaziorki,priagi,viaferrata,lodowiec ( a raczej autostrada),i viaferrata na szczyt,powrot ta sama droga,bo ze szczytu innej nie ma,a jak braknie sily to po przejsciu lodowca mozna zjechac kolejka. Jako rodowity "paprykarz" szybciej dojade w Alpy jak do zakopca,wiec moze kiedys cos pomyslimy razem o jakims wypadzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, dzięki za pozostawienie komentarza! Pod Dachsteinem byłam raz, ale wtedy skończyło się tylko na ferracie "Anna". Twoja propozycja jest oczywiście do urobienia. Jest mega różnorodna, ale też wymagająca kondycyjnie, zwłaszcza odcinek ferratowy (masz na myśli ferratę Johann?).

      Usuń
  3. Nie,nie. Na Dachstein mozemy wejsc na 3 sposoby( polodniowa strona). Pierwszy to od dolnej stacji kolejki ( Parking-wjazd na gore platny ok 15€) do schronu normalnym szlakiem,przy schronie rozchodza sie drogi na superferrate skladajaca sie z 3 czesci,pierwsza Anna klettersteig,druga Johan klettersteig i wychodzimy przy schronie Seethallerhütte,dalej kawalek lodowcem i ostatnia czesc,dluzsza Schulter Ansteig trud B,A/B,A lub do gory lodowcem przez szczeline i dochodzimy do krotszej Landkluff Ansteig dalej szczyt. Mozna od dolnego schronu dojsc normalnym szlakiem do rozgalezienia i odbic na Sky Walk klettersteig ( pionowa sciana,lufa w gore,dalej lodowcem i do wyboru jedna z dwoch ferrat na szczyt. I trzecia opcja parking-schron-szlak-priagi-ferrata (oj,zmeczona) Hunerscharten klettersteig-gorna stacja kolejki-lodowiec-i dwie do wyboru jak wyzej. Trzecia opcja jest nazywana NORMAL WEG,co j4st mylace bo na dachstein nie wejdziemy bez sprzetu ferratowego od str poludniowej.

    OdpowiedzUsuń