3 grudnia 2018

Jesieniak na Ruprechtickim Szpiczaku


Jak to się stało, że zamiast spędzić listopadowy weekend w Górach Choczańskich na Słowacji wylądowaliśmy w Górach Suchych znajdujących się na pograniczu polsko-czeskim? Najpierw złapaliśmy czasową obsuwę w ramach dojazdu do Wrocławia, skąd już razem z Marcinem i Ulą mieliśmy wyruszyć w dalszą jazdę autem. W teamie nie było jednoznacznego przekonania, że dysponując jeszcze bardziej okrojonym czasem jest sens jechać tak daleko. Zanosiło się, że więcej czasu spędzimy na autostradzie i lokalnych słowackich drogach, niż w górach i to w dodatku w większości przy świetle czołówek.


sobota, 17 listopada 2018




Decyzja zapadła w trakcie jazdy. Marcin przypomniał sobie o takiej górce z wieżą, gdzie kiedyś z rowerami uskutecznialiśmy niezły wypych (to był dokładnie ten wyjazd).

- Ruprechticki Szpiczak – odezwałam się, szybko ubierając w nazewnictwo wspomniane miejsce. 

- Ooo no właśnie, tam mi się podobało, a i widoki będą i pewnie więcej trochę pochodzimy za dnia. W Choczańskie wybierzemy się następnym razem z większym zapasem czasu. Co myślicie? – drążył dalej Marcin.

Uli było wszystko jedno, a Damianowi chyba była na rękę zmiana planów, bo nie widziała mu się taka długa jazda tylko w celu biwakowania w namiocie gdzieś na szczycie. Ja biwaki uwielbiam, na Ruprechtickim Szpiczaku chciałam kiedyś pojawić się z namiotem, więc zmiana decyzji nie była dla mnie wielką stratą. Marcin włączył kierunkowskaz, zjeżdżając z obwodnicy Wrocławia i dalszy azymut obrał na Głuszycę.

Zajechaliśmy ostatecznie na parking pod schroniskiem "Andrzejówka". Widząc to miejsce, w duchu zaczęłam bić się w pierś. Miałam w tym roku się tutaj pojawić na rowerze w celu dalszej eksploracji rowerowych tras z projektu "Strefa Sudety MTB". Planów już nie uda się raczej zrealizować. Aura jaką zastaliśmy jednoznacznie informowała wszystkich turystów kręcących się po okolicy z nieuchronnego zbliżania się wielkimi krokami zimy. Było na minusie, do tego wiało. Na rower warunki mało przyjemne. Dla wersji pieszej pogoda predysponowała do ciągłego ruchu, bo bezruch powodował pojawienie się telepawki.

W schronisku "Andrzejówka" ustaliliśmy wydłużoną trasę dotarcia na nasz główny cel biwakowy. 

Podejście żółtym szlakiem na Waligórę – najwyższy szczyt Gór Suchych bardzo szybko nas rozgrzało. Dobrze, że nie było oblodzeń, bo dopiero byśmy walczyli na tej górze o życie. Po zejściu z kopuły szczytowej Waligóry 😅udaliśmy się w stronę kolejnych wierzchołków, które mimo że są odrobinę niższe, to oferują przyjemne dla oka rozległe panoramki. I tak oto połknęliśmy kolejno: Suchawę, Kostrzynę i Włostową. Dzięki takiemu poprowadzeniu trasy, poznaliśmy nieznane jak do tej pory dla nas zakątki Gór Suchych. 

Po zdobyciu Waligóry, chwila na unormowanie tętna.
W Górach Suchych są ścieżki idealne do podreperowania kondycji jak i takie które nadadzą się na spacerowe tempo.

Marcin i jego plecak. W taki sam spakowałby się na dwutygodniowy trek w Norwegii.

W teamie zadowolenie jest. Czyli jednak nie będzie weekendowej klapy.

Na szlaku w Górach Suchych.

Kostrzyna. Kolejny zalesiony szczyt?

Ano nie! Z Kostrzyny jest całkiem fajna panoramka.

Chwila na batonika i łyk wody.

Złudne słońce. Chwila postoju i zimno wraca z podwojoną mocą.

Widać naszą górę, na której spędzimy noc.

Listopadowe klimaty

Ruszamy dalej. Chcemy zdążyć na Ruprechticki Szpiczak jeszcze przed zachodem słońca.

A zachód słońca już coraz bliżej. Zdradza to zmiana barw.


Zdążyliśmy dotrzeć przed zachodem słońca. Gdy szczyt opuścili ostatni turyści, rozpoczęliśmy rozkładanie namiotów. Szykowała się nam mroźna noc, a ta nastała już praktycznie kilka minut po 17-stej. 

Z widokiem na Karkonosze.

Garbus ponownie w akcji.

Do wschodu słońca pozostawało mnóstwo godzin. Co tu robić przy tak mało komfortowych warunkach, a do domu daleko? Termometr wskazywał – 6°C a jeszcze większe uczucie zimna potęgował wiatr. Wszyscy praktycznie leżeli w śpiworach i przysypiali, ja natomiast zanim w ogóle pomyślałam o jakimkolwiek spaniu, nałożyłam na siebie śpiwór, do statywu przymocowałam aparat i po prostu wyszłam z namiotu w celu szukania ciekawych kadrów w okolicy. Gdy pomysły się wyczerpały, wybiła już godzina 21:00.











Powróciłam do namiotu, założyłam słuchawki i odpaliłam audiobooka, który miał za zadanie spowodować szybsze zaśniecie. I o ile mój patent, który stosuję od dawna zadziałał, to niestety nie działał w pełni mój materac, który na takie temperatury jakie panowały, niestety już nie wystarczał by dobrze izolować od podłoża. Czułam na całym ciele, zwłaszcza na plecach jak chłód przedziera się od spodu, cyklicznie i skutecznie mnie ze snu wybudzając. Przez całą noc szukałam pozycji, która byłaby najbardziej optymalna. Niecierpliwie oczekiwałam świtu, który przyodzieje krajobraz w charakterystyczne kolory nadchodzącego dnia. Trzeba będzie pomyśleć o lepszej izolacji na przyszłość, tym bardziej że już lada moment z jesieniaków zrobią się zimaki. 😏



niedziela, 18 listopada 2018



Znowu tylko ja wypełzłam z namiotu, oczywiście przyodziewając się w pelerynkę w postaci śpiwora. Wlazłam na półpięterko wieży, by być powyżej rosnących iglaków, na samą górę nie było sensu się wdrapywać – widoki te same, tyle że oglądane w towarzystwie mocniej wiejącego wiatru.





W końcu wyłoniła się cząstka słońca nad linią horyzontu. W tym momencie miałam wrażenie jakby pokazywało się tylko dla mnie. 😍















Po śniadaniu i złożeniu sprzętu biwakowego, wyruszyliśmy przed południem w takim kierunku by nie powtarzać tych samych ścieżek co wczoraj, jednakże by ostatecznie domknąć pętelkę i dotrzeć do samochodu o takiej porze, by mieć jeszcze wieczorem czas na cieszenie się ciepłym kocykiem i kakałkiem w domu. 💗



Wieża widokowa na Ruprechtickim Szpiczaku 880 m n.p.m (czes. Ruprechtický Špičák)

Idziemy na Płoniec 840 m n.p.m

Po południu pogoda diametralnie się pogorszyła. O widoczności jaką zastałam na wschodzie słońca jak i kilka godzin po nim, nie było już śladu. Nadciągnęły niskie chmury, a odczuwalna temperatura jeszcze bardziej się obniżyła. Na ostatniej prostej do "Andrzejówki" tak mi zgrabiały ręce, że korzystając z okazji cywilizowanego klopa, nie byłam w stanie zapiąć guzika w spodniach. Takie porażenie precyzji w palcach! Marcin odpalił w samochodzie ogrzewanie. Dopiero po godzinie dłonie wróciły do normy, choć w dwóch palcach wciąż nie miałam jeszcze czucia. Nie ma co, zima już tuż za rogiem!

Kolejny jesieniak w kolekcji! I kolejny gram doświadczenia w biwakowaniu! Są jeszcze małe luki w sprzęcie, który by podniósł komfort spędzenia nocy w terenie w niższych temperaturach. Myślę, że po uzupełnieniu, w końcu żaden, nawet zimak nie będzie mi już straszny.



2 komentarze :

  1. Swietny wpis i swietne zdjecia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Czyli warto było stać na mrozie dla zdjęć ;)

      Usuń