14 czerwca 2019

KAZBEK 5047 m n.p.m


Po udanym wejściu na Mont Blanc i powoli gasnących emocjach związanych z całą otoczką, która kłębiła się w mojej głowie odnośnie tego szczytu przez blisko 10 lat, znalazłam się nagle w górskiej próżni. Złapałam swojego króliczka, a ja nie byłam przygotowana na to, co zrobić, gdy już go w końcu złapię. W relacji z MB napisałam takie słowa: „[…] i złożone wszystkie siły na pokład dla jednego celu: wleźć i uwolnić się z objęć Białej Damy, by móc spokojnie ruszyć dalej w górski świat”. Siedząc już od jakiegoś czasu na nizinach, kompletnie nie wiedziałam w którym kierunku ruszyć. To, że chciałam żyć jakimś kolejnym górskim wyzwaniem było dla mnie oczywiste, nie była jednak dla mnie oczywista jego konkretna nazwa. Podczas jednego z jesiennych wieczorów rzuciłam hasło „Kazbek”. Damian o gruzińskim 5-tysięczniku myślał wiele lat wcześniej, zanim jeszcze kaukaskie „pagóry” zaczęły być dla Polaków interesujące. Ja natomiast nie chciałam tam stawiać swojej nogi, dopóki nie wlezę na najwyższy szczyt Alp. Traktowałam to jako przepustkę. Teraz tę przepustkę trzymałam „mentalnie” w rękach i mogłam oficjalnie ruszyć w ten szeroko pojęty górski świat. Pierwszy krok okazał się być oddalony około 3 tys km od domu...




W grudniu zakupiliśmy bilety lotnicze do stolicy Gruzji - Tbilisi. Po raz pierwszy na górski wyjazd mieliśmy spakować się, nie tak by wszystko zmieściło się do samochodu, ale by nie przekroczyć wagi bagażu i być w stanie z całym majdanem jakoś się przemieszczać. Czas jaki nas dzielił do wylotu poświęcaliśmy na wzmocnienie kondycji. Muszę przyznać, że jeszcze tak skrupulatnie nie pilnowałam na Endomondo ilości treningów wykonanych w ciągu tygodnia! O ile fizycznie przygotowywałam się do wyjazdu jak nigdy wcześniej, to również jak nigdy wcześniej nie miałam takiej duchowej pustki w sobie. W ogóle nie czułam tej góry! Brakowało mi towarzyszących emocji z nią związanych. Wychodziłam na to cholerne bieganie, za którym nie przepadam, ale w głowie nie miałam żadnych wizualizacji związanych z Kazbekiem, mimo iż klasyczny wygląd góry znad miasteczka Kazbegi jest hipnotyzujący. Myślę, że ten stan był spowodowany brakiem styczności z Gruzją, a co dopiero z Kaukazem. Biegałam te swoje kilometry w żałosnym tempie, licząc że emocje rozbudzą się jak kwiaty na wiosnę, w momencie kiedy będę już na miejscu. A propo wiosny! Nie wspomniałam, że Kazbek wymyśliliśmy sobie w maju, czyli przed głównym sezonem, który przypada na lato. Na taki termin złożyły się dwie wytyczne. Pierwsza to taka, że nie chcieliśmy długo czekać po Mont Blanc z wyjazdem na dużą górę, po drugie mieliśmy na uwadze drogę na szczyt, która jest dostępna tylko w konkretnym przedziale miesięcy.


niedziela, 12 maja 2019






Do Stepantsmindy/Kazbegi (1750 m n.p.m) – miasteczka, które znajduje się u stóp Kazbeku, dotarliśmy około 6 rano. Na szczegóły transportu ze stolicy spuszczę zasłonę milczenia. Finał naszej podróży słynną Gruzińską Drogą Wojenną był taki, że oszwabieni z kasy – by nie rzec oszukani - razem z naszym całym majdanem staliśmy na środku jakiejś ulicy, która wyglądała jakby dzień wcześniej przejechały przez nią ostatnie radzieckie czołgi. Nieprzespana noc, pierwszy jak się okazał niemiły kontakt z Gruzją (a raczej z jej obywatelem), do tego resztki moich rzygowin na ciuchach (żołądek nie wytrzymał kultury jazdy jaka powszechnie panuje), spowodowały, że czuliśmy się jak wyrzuceni z maszyny losującej kulki Lotto. Moje znużenie i niechęć do wszystkiego łagodził widok na Kazbek, który przywitał się z nami w pełnej okazałości. W ogóle mieliśmy wrażenie, że jedynie góra jest do nas przyjaźnie nastawiona.

Gdzie my jesteśmy!?

Ani żywej duszy nad ranem. Włączamy google'a by nas pokierował do kwatery.

Zarzuciliśmy na plecy nasz tabor i ruszyliśmy na poszukiwania numeru ulicy pod którym podobno miała być zaklepana przez booking.com nasza kwatera. Okazało się, że będziemy nocować u gospodyni, która z zawodu jest nauczycielką języka gruzińskiego. Chwila rozmowy z nią (łamanym przez Damiana rosyjskim, bo ja to nicniepaniemaju) spowodowała, że zagościły na naszych twarzach uśmiechy. W pokoju rzuciliśmy plecaki w kąt i padliśmy na łóżko. Spaliśmy jak zabici przez ponad 4 godziny. Regenerujący sen podniósł morale i przyczynił się do łagodniejszego przeżycia szoku kulturowego. Po południu wyszliśmy na pierwszą przechadzkę po miasteczku. 

Klimat na spacerze.

Dokupiliśmy brakujący kartusz gazu, którego nie można przewozić w samolocie oraz poszliśmy do jednej z knajp. „Przez żołądek do serca” - jak brzmi stare polskie powiedzenie - postanowiliśmy przez pieszczotę kubków smakowych spróbować wyleczyć się ze złości wywołanej poranną akcją, która jeszcze w nas trochę siedziała. Ja odrobiłam lekcję z oglądania Youtube'a czy przeglądania artykułów o Gruzji w necie i wiedziałam co najlepiej zamówić. Damian temat olał i dostał, jak to określił, kawałki mięsa w popielniczce. Ja z pełnym żołądkiem chinkali (gruzińskie pierożki wyglądające jak duży czosnek) i zupy warzywnej mogłam ruszyć na podbój Kazbeku, za to Damian z opuszczonym nosem na kwintę, gdy tylko wyszedł z knajpy załączył radary na pobliski sklep. Dopiero następnego dnia odkrył chaczapuri ("gruzińską pizzę" z dużą ilością sycącego sera).

Główna ulica w Kazbegi.

Pod wieczór wróciliśmy do naszego pokoju. Damian wyszedł do wspólnej kuchni umyć tylko kubki po herbacie, a przepadł na ponad godzinę. Ja przeglądałam w tym czasie jeszcze ostatnie linki w necie związane z Kazbekiem. Do dyspozycji miałam 30 GB Internetu na karcie sim w sieci Magti, zakupionej na lotnisku w Tbilisi. To pierwsza rzecz jaką trzeba zrobić po wylądowaniu, bo stawki roamingowe są bardzo wysokie, wręcz nieopłacalne! I tak snując się między różnymi artykułami czy postami, nagle znalazłam informację o schronisku Alti Hut, które stoi już w pełnej okazałości powyżej przełęczy Arsha. Przeżyłam mały szok, bo cały przebieg drogi z Kazbegi na szczyt Kazbeku miałam obczytany, a tu umknęła mi taka zmiana w krajobrazie. Dla nas, schronisko powstałe w 2018 r było tylko ciekawostką, bo nocleg mieliśmy niesiony w plecaku w postaci namiotu. Dość rzucająca się w oczy na stronie internetowej schroniska jest cyfra 300 – to cena w lari (gruzińska waluta) za nocleg ze śniadaniem w pokoju wieloosobowym. 400 zł za nocleg. Ktoś tu mówił, że Gruzja jest tania? Ok, ok! Czuliśmy dużą ulgę w portfelu, że nie wydajemy ciężko zarobionych plnów w euro, ale mam wrażenie, że to taki przedsmak tego, że za kilka lat trzeba będzie szykować więcej mamony na podróż do Gruzji. Podczas spaceru po Kazbegi było widać -rosnące jak grzyby po deszczu - nowe budynki, które w pięknej stylistyce i sterylnym otoczeniu mają już za niedługo przyjmować turystów z całego świata. Czy czeka nas gruzińskie Chamonix? Czas pokaże. Na razie jedyny francuski akcent jaki zauważyliśmy, jeździł po drogach. Mitshubishi Delica - co drugie auto tej marki miało na karoserii napisy z nazwą francuskiego miasteczka położonego u stóp Mont Blanc.

Zaniepokojona, że Damian przepadł na amen, przeszłam się do kuchni. A tam w najlepsze, przy gruzińskim winie toczyły się rozmowy (a jakżeby inaczej) z 3-os grupką z Polski. Wymiana ciekawostkami, spostrzeżeniami – to nieoceniony przepływ informacji, który wspiera podczas podróży. Magda, Janusz, Paweł – pozdrawiamy Was ciepło! 

Rozmowy przeciągnęły się do 1 w nocy. Wtedy zapadła też decyzja, że nasze wyjście w stronę Kazbeku przełożymy o jeden dzień. Było to spowodowane nie tylko późną porą ewentualnego pójścia spać, ale również sprzecznymi prognozami pogody na różnych portalach internetowych. Chcieliśmy sobie oszczędzić startu w deszczu, tym bardziej, że były przesłanki, że kolejne dni będą pogodowo bardzo stabilne.


poniedziałek, 13 maja 2019



Po przepysznym śniadaniu jakie zaserwowała nam gospodyni, udaliśmy się do pokoju w celu ostatecznego spakowania plecaków, z którymi ruszymy w stronę szczytu. Graciarnia nie biorąca udziału w akcji górskiej wylądowała w torbie, którą następnego dnia mieliśmy zostawić w formie depozytu w polsko-gruzińskiej agencji górskiej „Mountain Freaks”. Takim oto sposobem wybiło popołudnie. Korzystając z wciąż utrzymującej się pięknej pogody, poszliśmy na spacer w stronę małego kościółka Ioane Natlismcemeli, znajdującego się również nad miasteczkiem Kazbegi, ale naprzeciwko najsłynniejszej turystycznie wizytówki Gruzji – czyli Klasztoru Cminda Sameba (Kościół Świętej Trójcy) z XIV wieku. Warto na przechadzkę zabrać w pełni naładowane baterie w aparacie/smartfonie, bo rozpościerające się krajobrazy są obłędne. 

Prosto z kwatery idziemy drogą asfaltową, która później przemieni się w szutrową.

Masyw Kuru 4071 m n.p.m - górujący nad Kazbegi. Nie wiem czemu, ale skojarzył mi się z Kaczym Murem z Tatr Wysokich.

Łapanie emocjonalnej więzi z nową górą :D

Klasyczna pocztówka z Kazbegi.

Sposób na ocenę warunków panujących w ścianie Kazbeku.

W Gruzji jest sporo psów. Na szczęście mieliśmy do czynienia tylko z łagodnymi.

Co dwa kroki, fota :)

I wtedy pojawił się on!

Ten uczuć kiedy patrzysz gdzie chcesz się znaleźć za kilka dni.

Kamień filozoficzny fotograficzny :D

Dotarliśmy do Ioane Natlismcemeli.

Kazbek przez Gruzinów nazywany jest Mkinwarcweri czyli Lodowy Szczyt.

Podczas zejścia wybraliśmy skrót w lesie. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się jaki zwierz przemyka między drzewami.

Damian łapie namiary na dobrą knajpę. 

Wybiła godzina pójścia na jakąś szamę. Za mostem na rzece Terek udaliśmy się w prawo do knajpy „Cosy Corner”, w której jest możliwość złożyć zamówienie po angielsku. Odkryliśmy tam m.in gruzińską lemoniadę. Przy każdej możliwej okazji przez cały nasz pobyt w Gruzji zamawialiśmy bądź kupowaliśmy ją o innym smaku. Do nietypowych należy estragonowa oraz z owocu fejhoa.

W drodze na kwaterę. Krowy domagające się wpuszczenia do domu.

Charakterystyczny widok rur (doprowadzenie mediów) wijących się przez miasteczko. 

Wieczór upłynął tak jak poprzedni, czyli na rozmowach z poznaną grupką Polaków. Oni w swoich planach mieli na najbliższe dni Kutaisi, my natomiast Kazbek. W prognozach pogody, niebo nad nasza górą miało być czyste od wszelkiego zła aż do końca tygodnia! Było to ciężkie do uwierzenia. Luksus nie martwienia się o pogodę w górach - jak mi to dodaje skrzydeł! Niejednokrotnie czytałam o pogodowych standardach panujących na Kaukazie, gdzie często popołudniami sytuacja meteorologiczna diametralnie zmienia się, niestety na gorsze. 

Ale! Żeby mieć czym zaprzątać sobie głowę, to martwiłam się za to stanem śniegu (ilością oraz jakością). Drżałam na samą myśl, że nie wejdziemy na Kazbek z powodu torowania w śniegu (na drodze normalnej) bądź z powodu dużej ilości niezwiązanego śniegu – brak firnu lub obecności gołego lodu (na rampie południowo-wschodniej).



Jeszcze nie tak dawno, w Alpach z tego powodu nie weszliśmy na Weißseespitze 3526 m n.p.m. Dodatkowo brak rakiet w wypożyczalni tylko upewnił mnie, że skoro ich nie ma na stanie, to znaczy, że są potrzebne.



wtorek, 14 maja 2019


Po przepysznym śniadaniu, opuściliśmy nasz pokój, zabierając ze sobą cały swój dobytek. Przez najbliższe kilka dni, dachem nad głową miał być nasz namiot. Idąc główną ulicą miasteczka, wstąpiliśmy jeszcze do agencji górskiej by zostawić torbę (koszt to 10 lari za dobę), a w samym „centrum” zdecydowaliśmy się na podjechanie autem to Cmindy Sameby, ze względu, że jakoś tak:


  • niepostrzeżenie wybiła już godzina 10:00
  • mieliśmy najcięższe plecaki, z których zawartość głównie jedzeniowa jeszcze nie zaczęła ubywać
  • no i żeby się jeszcze bardziej usprawiedliwić, to tego dnia chcieliśmy dotrzeć od razu do Betlemi Hut czyli lokalizacji bazy, z której zazwyczaj wychodzi się na atak szczytowy

Po około 15 minutach, pokonując liczne asfaltowe zakręty, znaleźliśmy się na wysokości 2170 m n.p.m. Oficjalnie wyruszyliśmy na podbój Kazbeku! Początkowe nachylenie ścieżki było umiarkowane i wolne od śniegu. Czuliśmy się tutaj trochę jak w Tatrach Zachodnich ze względu na  podobny charakter krajobrazu. Na górskich halach brakowało jedynie kwiatów. Ich zalążki w postaci łodyg z pąkami, dopiero co przedostały się przez warstwę ziemi. Przyroda była ewidentnie już gotowa na rozkwit, ale oczekiwała na  kilka konkretnych dni z wielogodzinnym nasłonecznieniem i wyższą temperaturą otoczenia. Taka aura właśnie zawisła nad Kaukazem i miała utrzymać się przez dłuższy czas.



A Kazbegi już prawie niewidoczne.

Tutaj można przeleżeć cały dzień, ale wtedy nie wejdzie się na Kazbek ;)

Pies spotkany na szlaku. Od turystów dostał kabanoski. Od nas niestety nic, bo całe żarcie mieliśmy sproszkowane bądź suche.

Śnieg w zagłębieniach terenu jeszcze się utrzymywał.

Ciekawa jestem w jakim natężeniu odbywa się tu ruch turystyczny w sezonie...

Wspólna fota z Kazbekiem.

Pojawiły się chmury na niebie, ale nie odważyły się przysłonić kopuły szczytowej Kazbeku.

Topniejący śnieg odsłania prawdziwe pochodzenia Kazbeku, które jest wulkaniczne.

Dotarliśmy do przełęczy Arsha 2940 m n.p.m, która słynie z niesłychanie pięknego widoku na Kazbek z lodowcem Gergeti, z drugiej zaś strony na dolinę Tereku. To miejsce jest także polecane na pierwszy biwak, dla osób które rozkładają dojście do bazy na dwa dni.

Widok z okolic przełęczy Arsha.

Krzyż na taśmę.

Na przełęczy zrobiliśmy przerwę. Do tego miejsca dotarli dzisiaj nieliczni. Tutaj bowiem przebiegała chwilowo granica wiosny i zimy. W ogóle od początku podejścia z Cimindy Sameby, byliśmy jedynymi osobami, które targały ze sobą wysokogórski ekwipunek. Ten fakt tylko rozbudził moje obawy, że Kazbek jest odcięty od bytności ludzkiej stopy i na bank czeka nas torowanie w śniegu. Była tak dobra widoczność, że z przełęczy udało mi się dostrzec budynek Betlemi Hut, a na bliższym planie nowo wybudowane schronisko Alti Hut. O dziwo, do obu tych miejsc prowadziła ścieżka wydeptana w śniegu. Wytężając wzrok mocniej, na bielutkim jeszcze lodowcu przemieszczały się cztery czarne kropki.

To były bardzo dobre wieści, ale ja jeszcze nie chciałam im w pełni uwierzyć. Mruknęłam więc pod nosem, że to na pewno idą skiturowcy.


Zanim wyruszyliśmy dalej, ubraliśmy na nogi stuptuty. Słońce już było tak mocne, że zapowiadała się nam przechadzka po rozmiękłym śniegu.

Tak daleko, a tak blisko.

Do schroniska Alti Hut dotarliśmy po pieszych śladach. Okazały się być świeższe od przebiegających obok skiturowych. Schronisko jest czynne tylko w sezonie, ale właściciele pomyśleli o postawieniu schronu zimowego wielkości kiosku, dysponując miejscem dla 4 osób. Schron znajduje się nieopodal głównego budynku. W środku są dwie piętrowe prycze z cienkimi śpiworami.

Schronisko Altihut na wysokości 3014 m n.p.m. Po prawej stronie widoczny schron zimowy. Jest też wybudowana drewniana platforma na lądowisko dla helikoptera.

Dalszy etap drogi do Betlemi Hut wyglądał zróżnicowanie. Na przemian przechodziliśmy przez odcinki ze śniegiem lub po piarżystej ścieżce, by w końcu dotrzeć do brzegu lodowca Gergeti. Ślady w śniegu pomogły nam go przejść. Przed nami wyrosła jeszcze krótka śnieżna ścianka. Schronisko znajduje się na morenie bocznej. Choć było już tak niedaleko do uwolnienia się od niesionego przez ponad 7 godzin ciężaru na plecach, musieliśmy chwilę odpocząć.

W stronę lodowca Gergeti.

A takie widoki za plecami.

Pan Kazbek ukazuje coraz więcej szczegółów.

Dotarliśmy do bazy na 3653 m n.p.m!

Weszliśmy do schroniska. W ciemnym korytarzu odnaleźliśmy drzwi do pomieszczenia, w którym urzęduje gospodarz. Zameldowaliśmy się oraz opłaciliśmy nasz pobyt (10 lari/dzień za rozbity namiot). Opowiedzieliśmy pokrótce o naszych planach na najbliższe dni oraz podpytaliśmy o warunki - obalając na spółę jeszcze z dwoma innymi Gruzinami - malinową Soplicę, którą dzielnie niosłam w plecaku. Do Soplicy idealnie wszedł kubek gorącej zupy oraz pokrojone w ćwiartki jabłka (borze krzaczasty jakie one były dobre!), którymi zostaliśmy poczęstowani. Aaa, no i obowiązkowo jeszcze dostaliśmy gorącą herbatę. 

Siedziało się miło, tym bardziej, że w pomieszczeniu było ciepło. Nie mogliśmy jednak zwlekać z wyjściem na zewnątrz, bo zbliżał się zachód słońca, a trzeba było koniecznie rozbić namiot jeszcze po jasnemu. Ostatni raz tego dnia zarzuciliśmy plecaki na ramiona i podeszliśmy na miejscówkę gdzie stały już inne domy z poliestru. Było ich może ze cztery.

Lubię ten ulotny czas, kiedy góry na krótko różowieją.

Wybraliśmy kawałek m2 śniegu i rozpoczęliśmy akcję budowania naszego domu. Damian zaczął przygotowywać fundamenty - chwycił za łopatę i formował platformę. Ja natomiast zajęłam się wznoszeniem ścian i dachu, ponieważ konstrukcja namiotu jest samonośna. Podczas rozkładania jednego ze stelaży, podbiegł do mnie pies „bazowy”, który domagał się głasków. Jego obecność mnie trochę zdekoncentrowała. Dosłownie kilka sekund wcześniej rzucony na śnieg złożony już jeden z pałąków od namiotu, zniknął, a ja zdążyłam jedynie raz zamrugać oczami i pogłaskać psa. Początkowo już sama nie byłam pewna, czy ja ten pałąk złożyłam czy nie. Otóż złożyłam! Ten istotny element namiotu zsunął się po śniegu. Przemieścił się z ponad 30 metrów w dół. Ta sytuacja skojarzyła mi się z zaginioną przez Damiana sondą lawinową. Niewiele brakowało, a byśmy znowu ponieśli straty sprzętowe.

A gdy mieliśmy już swoje cztery kąty uszykowane, obok ułożył się pies. Na tym lodowatym śniegu!

Zrobiło się już ciemno. Szybcikiem chwyciliśmy za reklamówkę z żarciem, do drugiej naładowaliśmy trochę śniegu i udaliśmy się do ogólnodostępnej kuchni. Długo nam przyszło czekać na kolację, bo nasza kuchenka przestała działać. Po kilku sekundach gasł płomień, mimo iż kartusz z gazem był nowy. Damian rozkręcił cały palnik, a elementy przelotowe próbował przedmuchać. Niestety na nic się to zdało. Poratowała nas skiturowa przewodniczka, która pożyczyła swój palnik na cały nasz pobyt w bazie.



środa, 15 maja 2019




Dzisiaj mieliśmy do zrobienia trzy rzeczy: wyjść na aklimatyzację, dokładniej ustabilizować namiot i dużo odpoczywać. 

"Bazowy" pies całą noc przespał na śniegu obok naszego namiotu.

Widoczek przedpołudniowy prosto z namiotu.

Pogoda na Kaukazie wciąż trzyma fason.

Budynek schroniska jest remontowany. W ogólnodostępnej kuchni wstawiono nowe drzwi, jeszcze dzień wcześniej były stare.

Szykujemy się do wyjścia aklimatyzacyjnego. 

Po śniadaniu udaliśmy się w stronę białej kapliczki znajdującej się na ok 3900 m n.p.m. Ten punkt, spośród jeszcze kilku innych jest wybierany na wejście aklimatyzacyjne. Decyzja by wybrać akurat ten, była spowodowana, że już od momentu wyjścia z namiotu dość szybko zdobywa się wymaganą wysokość. Dodatkowo, z okolic kapliczki lepiej prezentowała się droga, którą byliśmy zainteresowani. Panujące na niej warunki, obserwowaliśmy zresztą od paru dni. Będąc nawet jeszcze w Kazbegi celowaliśmy w jej kierunku lornetkę. Niestety rampa południowo-wschodnia nie wydawała się być na tyle pewna, by dała nam gwarancję wejścia na szczyt (zwłaszcza z naszym doświadczeniem). Najbardziej martwiła nas z dnia na dzień powiększająca się plama uwidaczniającego się lodu tuż pod szczytem. Od kapliczki podeszliśmy jeszcze wyżej, by oficjalnie przekroczyć 4000 m n.p.m. W tym miejscu zdecydowaliśmy, że pójdziemy jednak drogą normalną przez lodowiec Gergeti. Powrót do bazy odbył się po naszych śladach, a całe wyjście aklimatyzacyjne zamknęło się w około 3 godzinach.


Z lekkim plecaczkiem na wyjściu aklimatyzacyjnym. Nie żebyśmy się przyzwyczaili do ciężaru, ale czuliśmy się troszkę dziwnie.

Z lekkim plecakiem to można zdobywać góry ;)

Ten zielony punkcik to nasz namiot :)

Wszystko jeszcze na biało, ale okolice bazy w sezonie są piarżysto-kamieniste.

Biała kapliczka zdobyta!

Damian siedzi na 4000... m n.p.m ;)

Lodowiec Gergeti to poważny (s)twór.

Przez cały dzień w schronisku było dość hałaśliwie, a to za sprawą włączonego agregatu prądotwórczego. Na parterze były montowane okna.

Powrót do bazy.

Po wyjściu aklimatyzacyjnym, zabraliśmy się do realizacji drugiego zadania dnia. Damian ponownie chwycił za łopatę i zaczął podwyższać komfort mieszkania w bazie. Namiot został lepiej przytwierdzony do śnieżnego podłoża. Nasz mur izolujący od wiatru otrzymał kilka dodatkowych centymetrów. Było ciepło i bezwietrznie - grzechem było się kisić w poliestrze. W końcu nawet agregat prądotwórczy został wyłączony. W trzech sprawnych machnięciach łopatą, przed namiotem powstał stół oraz siedziska. Obiadokolację jedliśmy na mebelkach wykonanych ze śniegu. Moglibyśmy tak siedzieć do zachodu słońca, ale trzeba było podjąć się wykonania ostatniego zadania.

Nasz stolik turystyczny.

Damian podwyższa mury obronne.

Wykorzystaliśmy bezchmurne niebo do sprawdzenia nowego nabytku. Panel słoneczny przy takich warunkach ładował powerbank jak szalony.

A na to wszystko patrzy Kazbek ;)

Charakterystycznie obmalowana ściana budynku schroniska Betlemi Hut.

Schowaliśmy się do namiotu. Tylko jak tu o takiej porze spać i przestać myśleć o tym, że za kilka godzin, pod osłoną nocy trzeba będzie w siebie wmusić owsiankę, a potem drałować do góry w nieziemskim mrozie? Zawsze w takich chwilach zastanawiam się nad potęgą pasji do gór, która we mnie drzemie. Najbliższe kilkanaście godzin nie zapowiadało przecież nic przyjemnego. Uzależnienie od „górfinek*” jest jednak nieuleczalne i silniejsze od wszelkich niewygód.


Mieliśmy do dyspozycji 6 godzin snu. Mi udało się zdrzemnąć w trzech przerywanych seriach. Damian natomiast ten czas przeleżał. Zmagał się z silnym łzawieniem oka i katarem. Przyczynę tych dolegliwości, a raczej objawy skojarzyłam z pewną pospolitą chorobą, którą można się nabawić w wysokich górach. Zanim jednak mnie olśniło z postawieniem właściwej diagnozy, w namiocie rozległ się dźwięk budzika. Wybiła właśnie północ.



*górfinka - górski hormon szczęścia 




czwartek, 16 maja 2019 - atak szczytowy




Nasze leżakowanie przedłużyliśmy o dodatkowe 30 minut. Noc była ciepła i bezwietrzna. Manewr wypełznięcia ze śpiworów i przebrania się z „piżamek” w ciuchy wyjściowe poszedł nadzwyczaj sprawnie. W kuchni pojawiliśmy się przed 1 w nocy. Kręciło się parę osób, ale ewidentnie większa grupa (głównie skiturowców) miała zaplanowane wyjście na atak szczytowy na późniejszą godzinę. Przy światłach czołówek czekaliśmy aż śnieg zamieni się we wrzątek wody.


Po śniadaniu (?) wróciliśmy do namiotu by narzucić na siebie kilka kilogramów szpeju. Z bazy wyruszyliśmy około 2:30, idąc tak jak prowadziły nas ślady. Towarzyszyła nam świecąca tarcza księżyca, która znacznie lepiej zarysowywała kontury otoczenia niż czołówka. Nad szczytami mieniły się gwiazdy. Panującą ciszę zakłócał jedynie chrzęst raków oraz kijków wbijających się w zmrożony śnieg.

Takie tam szybkie z rąsi, zanim zastanie nas świt.

Gili na spacerze :D

W stronę księżyca.

Znużenie nadeszło po około 2 godzinach mozolnego zdobywania przewyższenia. Zaczęło się pojawiać niekontrolowane ziewanie i wkradło się to dziwaczne poczucie, że ciało jest tutaj pod Kazbekiem przy -15°C, a umysł pozostał w namiocie. Za kolejnym śnieżnym garbem, uwidoczniła się upragniona krawędź szerokiego plato. Miejsce to stanowi wyznacznik tempa zespołu. Najlepiej być w jego okolicach w momencie kiedy zaczyna świtać lub wschodzi słońce. Już przed wspomnianą krawędzią zaczęły nas bombardować silne podmuchy wiatru. Temperatura odczuwalna diametralnie się obniżyła. Przez sekundę minęła nam myśl zwątpienia w atak szczytowy.  


Z plecaków wyciągnęliśmy nasze najgrubsze działa bojowe – kurtki oraz łapawice puchowe. Dodatkowe wsparcie termiczne od razu zaczęło działać. Na plato pojawiły się pierwsze promienie słońca oświetlające wielki śnieżny plac, na którym przebiega granica gruzińsko – rosyjska. Koniecznie musieliśmy wyjść z obszaru cienia,  bo depresyjnie na nas działał.

Plato już w pełnym nasłonecznieniu.

W razie dupówy jest się gdzie zgubić.

Niektórzy na plato rozbijają namioty. Ma to swoje plusy i minusy.

Na słonecznym plato była już inna rozmowa. Oczywiście dalej bombardował nas wiatr, ale nastroje nam się znacznie polepszyły, tym bardziej że było już widać zbocza Kazbeku. Tak blisko, a tak daleko! Mieliśmy jeszcze do zdobycia ponad 500 m przewyższenia. Co prawda nie wkraczaliśmy w strefę śmierci, ale dłuższe postoje nie wchodziły w grę. Od wyjścia z bazy nic nie zjedliśmy ani nie wypiliśmy. Damian wyciągnął z bocznej kieszeni plecaka żel energetyczny. Obaliliśmy go na spółę. Żeby chronić swoje ręce, nie wyciągnęłam ich nawet z łapawic puchowych. Byłam karmiona jak pisklak.

Na razie nie odczuwamy objawów związanych z wysokościówką - te przyjdą jak już będzie po wszystkim ;)

Trochę zygzakujemy na podejściu.  

Powinniśmy podchodzić, trzymając się prawej strony zbocza. Przez spore fragmenty lodu na ścieżce po których baliśmy się iść, wyrzuciło nas bardziej na lewą stronę. Mieliśmy szansę być pierwsi na szczycie tego dnia, ale przez sporych rozmiarów szczelinę, którą musieliśmy „przetrawersować” (w ogóle pierwszy raz szłam po takim czymś!) trochę spadło nam tempo i zespół, który z bazy wyszedł później, dogonił nas. Grzecznie wróciliśmy na ścieżkę wydeptaną po prawej stronie zbocza. Gdy się na niej ponownie znaleźliśmy, warunki prezentowały się inaczej. Słońce rozpuściło warstwę lodu, która nas tak wcześniej spłoszyła.

Trawers nad szczeliną.

Sporych rozmiarów ta zaraza.

Dotarliśmy na przełączkę, z której prezentuje się końcowa ścianka wyprowadzająca na szczyt. Wiatr dalej próbował zniechęcić z dalszego parcia do góry. Dodatkowo w twarze uderzały nas drobinki, wirującego, zmrożonego śniegu. Moment szczególny! Ostatnie minuty dzielące od przekroczenia 5 tys. m n.p.m! I nagle pojawił się on, ten który skradł całe show!

Ostatnia prosta!

Pies z bazy!

Nie mam pojęcia jaką drogą tutaj wszedł, ale z bazy na pewno wyruszył później niż my. Na początku myślałam, że mam halucynacje jak Denis Urubko z bananami, tyle, że mi objawił się pies. 

Skurczybyk pomykał po śniegu jakby był w parku na spacerze.

Na końcowej ściance pies wszystkich wyprzedził i czekał na ludzkich zdobywców Kazbeku.

Tak długo wchodziliśmy, że uciął sobie drzemkę na szczycie.

Widoki ze szczytu Kazbek.

Na szczycie było się do kogo przytulić.

Chciałoby się być na szczycie dłużej, ale wiatr wciąż nie dawał za wygraną.

Na ostatnim planie, najbardziej wysunięty na prawo - Dach Kaukazu czyli Elbrus 5642 m n.p.m.

Nie ma większej nagrody niż widoki ze szczytu.

W stronę Rosji.

Widokowa żyletka.

Widoki z Kazbeku.

Szczyt dzieliliśmy z psem oraz z przedziwnej urody zespołem, który nas dogonił, gdy zmagaliśmy się z trawersem szczeliny. Wszyscy zaczęliśmy w tym samym momencie powoli opuszczać szczyt. Gdyby nie moja szybka reakcja, zostałabym bez czekana. Otóż w momencie wejścia na szczyt, odpięłam swój czekan z lonży i wbiłam go w śnieg, żeby nie majtał mi się między nogami podczas robienia zdjęć. Gdy mieliśmy rozpocząć schodzenie, zorientowałam się, że czekan zniknął. Okazało się, że dziewczyna z zespołu, z którym dzieliliśmy szczyt, po prostu go sobie przywłaszczyła. Dogoniłam ją i wyrwałam z ręki. Nic nie powiedziała. Była to bardzo dziwna sytuacja. Pierwszy raz się z taką spotkałam. Damian jeszcze próbował dziewczynę tłumaczyć, że może pomyliła czekany, że szła z wypożyczonym i pierwszy raz w ręku miała taki sprzęt. Gdy powiedziałam, że w tym  4  osobowym zespole, szły dwie (właśnie ta dziewczyna i jej partner) bez raków, czekana i sprzętu lodowcowego, a jedynie po jednym na głowę kijku trekkingowym, a najważniejszym ich ekwipunkiem były poddupniki na gumce wykonane z karimaty – stwierdził, że chyba faktycznie mieliśmy do czynienia z próbą kradzieży.


Pies odprowadził nas do przełączki. Ponownie zwinął się w kłębek i drzemał. Czekał na kolejnych ludzkich zdobywców Kazbeku. Teraz swój czas mieli skiturowcy, którzy właśnie napierali do góry.

Powrót na plato.

Mimo, że mieliśmy już teraz tylko z górki, to akcja powrotu do bazy trwała w naszym odczuciu dłużej. Śnieg był już rozmiękły, a do tego przyczepiły się do nas dolegliwości bólowe. Mnie standardowo rozbolała głowa, a Damiana oko. Mieliśmy powtórkę z Mont Blanc. 

Kamieniste kakao.

Ciszę przerywał co jakiś huk spadających kamieni. Kask obowiązkowy!

Zastanawialiśmy się, czy w namiocie nic nie zginęło, bo zespół "poddupników" rozbił się koło nas.

W słonecznej i bezwietrznej bazie łyknęłam sobie tabletkę przeciwbólową, a z namiotu wytargałam na światło dzienne samopompę. Zwinęłam się na niej jak ten pies w kłębek i ucięłam sobie drzemkę, licząc że ból głowy szybko minie. Damian walczył z okiem, próbował je płukać i faszerować dostępnymi lekami jakie mieliśmy w apteczce. Po 20 minutach przebudziłam się i nagle mnie olśniło. Problem z oczami u Damiana na MB nie wynikał - jak przypuszczaliśmy - z podrażnienia kremem przeciwsłonecznym. Tutaj nie było mowy o podobnym zdarzeniu, bo używaliśmy innego mazidła, a Damian tym razem starannie omijał okolice oczu. Zauważyłam pewną tendencję. Stan się pogarszał w zależności od długości przebywania na wyższych wysokościach. Po prostu to były objawy ślepoty śnieżnej! Problem ma chyba poważniejsze podłoże, nie wynikające tylko z silnej ekspozycji na światło słoneczne. Okulary lodowcowe praktycznie cały czas mieliśmy na nosie. 

Pod wieczór pojawił się bazowy pies. Jako ostatni zgasił światło na Kazbeku.



piątek, 17 maja 2019




Zejście do Kazbegi chcieliśmy rozłożyć na dwa dni. W prognozach pogody wciąż prezentowały się bezchmurne słoneczka. W planach mieliśmy biwak na przełęczy Arsha. Ze względu na sytuację zdrowotną Damiana, nie było mowy o niepotrzebnym przedłużaniu pobytu poza cywilizacją. Poza tym, dalej trwały prace remontowe schroniska Betlemi Hut i nad niebem dość często pojawiał się helikopter, który transportował materiał budowlany. Za pierwszym razem było to atrakcją, ale kolejne wizyty stawały się trochę męczące.

Z Panem Kazbekiem. Polubiliśmy się :)

Nasz namiot zwinęliśmy chyba jako ostatni, którzy szykowali się na powrót do Kazbegi. Mieliśmy do dyspozycji cały dzień. Dla nas, ważne było, żeby jedynie zdążyć do 19:00 odebrać depozyt, w którym znajdował się między innymi sprzęt do prysznicowania. To, że nie chciało nam się skoro świt wstawać, odpokutowaliśmy później na odcinku pomiędzy schroniskiem Alti Hut a przełęczą Arsha. Dotarliśmy tam, gdy wybiło mocne popołudnie. W rozmiękłym, głębokim śniegu zapadaliśmy się powyżej bioder, co drugi krok. Dystans, który w normalnych warunkach pokonuje się w 30 minut, nam zajął ponad 2 godziny.

Ostatni look na Kazbek.

Panel słoneczny znowu w akcji!

Z lodowcem Gergeti.

Schronisko Betlemi Hut jak kameleon, wtopione kolorystycznie w otoczenie.

Przy Alti Hut. Jeszcze nie wiemy jaka czeka nas przeprawa.

Chyba nie jest już tak źle z tym okiem, skoro Damian się nawet uśmiechnął do zdjęcia.

I wkroczyliśmy w obszar wiosny na pełnej petardzie.

Nawisiki jeszcze walczą o przetrwanie. 

Ooo! Jakieś chmury na niebie!

Damian jeszcze nie wie, że nasza górska akcja zakończy się w Kazbegi, a nie na wysokości Cimindy Sameby.

Zbliżaliśmy się do Cimindy Sameby i kusiło wybrać podwózkę do Kazbegi. Damian już nawet w geście podjęcia decyzji, na parkingu ściągnął plecak. Mnie jednak coś zaczęło uwierać, a dokładnie stwierdzenie w pewnej przeczytanej relacji z wejścia na Kazbek. Autor nazwał ludzi korzystających z dóbr cywilizacji „górskimi leniuszkami”. Kurde! Już raz tutaj wjechałam, nie wiadomo kiedy i czy w to miejsce jeszcze kiedykolwiek wrócę. Przede mną stoi jedyna szansa, by w ogóle zobaczyć pieszy szlak prowadzący z Kazbegi do klasztoru Św Trójcy, do tego kilkadziesiąt lari w portfelu, będzie można w zamian za to przeżreć – zaczęłam kalkulować. Szybko zerknęłam na zegarek. Była 17:00. Mieliśmy jeszcze dwie godziny by zdążyć odebrać depozyt. Nie będę górskim leniuszkiem na pełnej! Krzyknęłam do Damiana, że do Kazbegi schodzimy na piechotę. Nie był pewien czy dobrze usłyszał, ale gdy zobaczył że znikam w lesie, wiedział, że żadna dyskusja ze mną nie ma racji bytu. Odbyło się kilka dantejskich scen podczas tego zejścia, ale ostatecznie, gdy obaliliśmy dwie gruzińskie lemoniady, nalewając je sobie do szklanek niczym kolejki wódki i mieliśmy już przy sobie sprzęt do prysznicowania, mój „wybryk” został wybaczony. 


Urokliwie, prawda? :)

Misthubishi Delica oraz krowy - welcome to Kazbegi!

Rzeka Terek.

Kazbek wciąż w dobrym nastroju.

Do prysznica już niedaleko!

Po 4 dniach przerwy, ponownie zapukaliśmy w drzwi nauczycielki języka gruzińskiego by przyjęła nas do siebie na nocleg. Na podwórku z widokiem na kopułę szczytową Kazbeku z dodatkiem wyrzutu górfinek, delektowaliśmy się kolejną lemoniadą oraz piwem. Odwodnieni byliśmy po zbóju!


sobota, 18 maja 2019





Stan oka Damiana zaczął się poprawiać. Po śniadaniu udaliśmy się z naszym taborem do miejsca skąd odjeżdżają marszrutki (busy) do Tbilisi. Po 3 godzinach jazdy zameldowaliśmy się w stolicy Gruzji. Pozostały nam do dyspozycji jeszcze dwa dni, które w pierwotnym założeniu miały być awaryjne w razie niepogody na Kazbeku. Zapełniliśmy je zwiedzaniem miasta.

Bye bye Kazbek!

Znając naturę pogody jaka panuje na Kaukazie, zgodnie stwierdziliśmy, że nieźle nam się przyfarciło. Mieliśmy bardzo stabilną sytuację na niebie przez cały nasz pobyt. Kiedy my grzaliśmy się w kaukazkim słońcu, w majowej Polsce panowała druga połowa listopada. Załapaliśmy się na meteorologiczną bonanzę, bo gdy po przyjeździe do Polski dalej monitorowałam yr.no, prognozy wróciły już do norm. Popołudniowe deszcze/burze były zapowiadane już prawie codziennie. 


A co z brakującymi emocjami związanymi z Kazbekiem, o których wspomniałam na początku? Tak jak przypuszczałam, pojawiły się gdy zaczęła się pisać historia, już tam na miejscu. Mając teraz mały ogląd jak to wszystko wygląda na żywo oraz że poradziliśmy sobie z samotną działalnością w zupełnie odmiennym kraju jaki dotychczas mieliśmy okazję poznać - jesteśmy gotowi by zrobić kolejny krok w wysokogórskim świecie!



9 komentarzy :

  1. Co można napisać - brawo i gratuluję :D Super przygoda! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Trzymam kciuki za wymarzoną pogodę podczas Twojego wyjazdu :)

      Usuń
  2. Super! Po raz kolejny ogromne gratulacje!
    To zdjęcie z trawersem szczeliny miażdży, z miejsca zostało jednym z moich ulubionych jakie na twoim blogu zobaczyłem :)
    Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te trawers nas trochę zaskoczył. Szkoda, że to ujęcie nie jest zrobione lustrzanką... :(

      Usuń
  3. Fantastyczna wyprawa. Gratulacje za zdobycie szczytu, jak i za świetne zdjęcia.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć wkraj'u! Dobrze, że wróciłeś po przerwie! :)

      Usuń
  4. Pięknie opisana impreza. Gratulacje zdobycia szczytu, zdjęciami mnie rozmontowałaś. Motyw z psem na szczycie zamiata, śliczny "futrzak". Bomba!

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluję! Już pierwszym zdjęciem mnie rozbroiłaś, bo ja tak uwielbiam osiołki! Widoki przepiękne, Kazbek wciąż na mnie czeka, ale patrząc na Wasz sprzęt i przygotowanie, to nie wiem, czy kiedykolwiek dam radę, poza tym zawsze we dwoje to raźniej... Szczerze Wam gratuluję, bo wspomnień i przeżyć nikt Wam nie ukradnie jak czekana. Swoją drogą to dziwne, że Ludzie Gór dopuszczają się takiego czynu... Czy nadal można ich nazwać Ludźmi Gór? Chyba nie... A pies bazowy przeuroczy, natychmiast zabrałabym go do namiotu ;) Że nie odczuwał choroby wysokościowej, to chyba dlatego, że tyle razy tam na szczycie sobie spał, że się mu psi organizm zakonserwował :)
    Wspaniała relacja! Ściskam Was mocno :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Graty za szczyt. Foty jak zwykle miażdżą. Pieseł rulez

    OdpowiedzUsuń