1 grudnia 2019

ADLERWEG: Karwendel Wschodni (etap 8-12)


Jest to kontynuacja babskich przygód na długodystansowym szlaku Adlerweg w austriackim Tyrolu. W poprzednich częściach wędrowałyśmy po paśmie górskim Wilder Kaiser oraz Alpach Brandenburskich/RofanWiedziałyśmy, że w Karwendel będzie jeszcze bardziej alpejsko. Wysokie, skalne ściany, są wizytówką tych gór. Pośród tego monumentalnego amfiteatru czekało na nas kilka zwrotów akcji...




ETAP 8 - NOWE GÓRY, NOWE MY



niedziela, 30 czerwca 2019


Ósmy dzień w trybie wędrówki. Panowie, którzy wczoraj zdobyli Hochfeilera i przyjechali do nas na camping, mieli dzisiaj wracać do Polski. Przyznam szczerze, że trochę ich obecność nas rozstroiła. Czułyśmy się w Tyrolu jak na misji, którą mamy wykonać. Same, z dala od bliskich, z dala od wszystkiego co przypomina dom i życie codzienne.

Otrzymałyśmy w gratisie transport. Z Maurach, chłopaki podwieźli nas do Pertisau. Dzięki temu oszczędziłyśmy sobie kilka kilometrów łaziorki po chodniku. Teoretycznie równie dobrze mogłyśmy zapolować na jakiś autobus, ale lepsza była oczywiście taka prywatna podwózka. Jezioro Achensee - wzdłuż którego wiła się droga, jest największym zbiornikiem wodnym w Tyrolu. Od samego rana zachęcało na plażing i smażing. A my wciąż monotematycznie - hiking, hiking, hiking...😅

Stanęłyśmy u wlotu nowych gór. Już z pułapu parkingu, na pierwszym planie mieniły się w słońcu białe, wysokie ściany skalne – typowe dla urody Kawendel. Na razie czekało nas długie przejście dnem doliny. Po "sztuce cierpienia" w Rofan, bardzo się zmieniłyśmy. Zwiększyło się w nas poczucie luzu. Koncepcja wędrówki od teraz miała przyjąć zupełnie nową odsłonę. Pogoda od tygodnia pozostawała bez zmian – słońce na pełnej z wysoką temperaturą otoczenia i nikłą obecnością wiatru. Ten stan przestał już na nas robić wrażenie. W ogóle zaczęłyśmy się łapać na tym, że uważałyśmy to za normalny stan rzeczy. Jakby co najmniej w Tyrolu ciągle świeciło słońce, tylko my przed przyjazdem o tym nie wiedziałyśmy. W Karwendel oficjalnie przeszłyśmy na tryb "slow", mając jedynie wciąż na uwadze, by realizować kolejne etapy szlaku Adlerweg. Powoli, ale jednak do przodu!

Witajcie dziewczyny! Karwendel już na Was czeka! :)

Charakterystyczne tabliczki nawiązujące do wypasu krów.


Szlak (a dokładniej szutrowa droga) delikatnie wznosił się w głąb dolinki Falzthurntal, by doprowadzić nas do hali Gramaialm.  Dla większości to miejsce było celem dnia, dla nas natomiast świetną lokalizacją na zrobienie dłuższej przerwy.

Ani jednej chmurki nad Karwendel.

Stadko miało do dyspozycji spory obszar na wypas.

Widać już knajpę, a za nią próg skalny, na którym znajduje się schronisko.


Na hali Gramaialm, w pięknie wystrojonej knajpie zasiadłyśmy w celu skosztowania jakiejś tyrolskiej szamy. Kelnerka poleciła "siekany naleśnik-omlet" na słodko kryjący się pod nazwą Kaiserschmarrn. Skusiłyśmy się. Danio-deser oczywiście popiłyśmy holunderem. W ogródki piwnym przygrywał "tyrolski band", a my co jakiś czas taksowałyśmy przemieszczające się pomiędzy stolikami kelnerki. Byłyśmy zachwycone ich sukienkami!

Było świeżo po południu. Z pełnymi brzuchami, uszłyśmy tylko w bardziej zaciszne i przede wszystkim zacienione miejsce. Ległyśmy pod drzewami. Zaczęłyśmy trawić zjedzony przed chwilą posiłek niczym węże. To była ustalona już dużo wcześniej przerwa związana z przeczekaniem najgorętszej pory dnia.  W jej trakcie kilka razy ucięłyśmy sobie drzemkę. 

Po około dwóch godzinach zebrałyśmy się do dalszej wędrówki. Czekało nas podejście dnia. Dotychczas zbierałyśmy tylko kilometry jakie miałyśmy pokonać na ósmym etapie. Spokojnie udałyśmy się w stronę piargów. Licznymi serpentynami - gonione po drodze przez grupkę juniorów - dotarłyśmy do schroniska Lamsenjochhütte 1953 m n.p.m. Wcześniej otrzymałyśmy mailem potwierdzenie rezerwacji miejsca w Lagerze, więc poza faktem, że młodziki mają lepsze tempo od nas, nie czułyśmy z ich strony jakiegoś zagrożenia. 

Podczas podejścia. W dole widoczna hala Gramaialm.

Zygzakiem do celu...😅 Kto Mroza czyta, ten zaraz skojarzy. 


Schronisko jest pięknie położone u podnóża szczytu Lamsenspitze 2508 m n.p.m. Zanim zalogowałyśmy się do Lagera, wypiłyśmy na tarasie schroniska kolejnego holundera. Wieczorem chciałyśmy się trochę rozerwać i we wspólnej jadalni próbowałyśmy pograć w jakieś planszówki. Niewiele z nich było dla nas jasnych, jednak jak zobaczyłam kartoniki ze zdjęciami, od razu zajarzyłam, że jest to typowe "memory". Przyniosłam grę do naszego stolika. Rozłożyłyśmy wszystkie kartoniki. Rozgrywka trwała już 5 minut i wciąż żadnej z nas nie udało się znaleźć pary. W końcu dałyśmy za wygraną i zaczęłyśmy odsłaniać wszystkie kartoniki. Okazało się, że wszystkie były różne! 😂 

Aktualizacja prognozy pogody na jutro umocniła szanse wystąpienia burzy po południu! Po ponad tygodniowych upałach! Etap 9 i 10 szlaku Adlerweg jest krótki i gdyby nie nieczynne z powodu gruntownego remontu schronisko Falkenhütte 1848 m n.p.m, stanowiące miejsce noclegu pomiędzy tymi etapami, bez stresu i spiny zdążyłybyśmy bezpiecznie zrealizować wędrówkę w kolejnych dwóch dniach. Rozważałyśmy opcję jeszcze pozostania w jakimś awaryjnym schronieniu (coś a'la winterrraum) schroniska Falkenhütte, ale wyczytałyśmy, że jest ono pozbawione wody. Prognoza zapowiadała w najbliższych dniach, że może występować deszcz. Uznałyśmy, że jeżeli mamy kiblować co najmniej dwa dni, to dobrze by było abyśmy miały w miarę komfortowe warunki. Podjęłyśmy decyzję o przejściu w ciągu jednego dnia dwóch etapów. Z racji wspomnianej burzy, ustaliłyśmy, że wyjdziemy na szlak bardzo wcześnie rano.

Etap 8.
www.tirol.at


Etap 8

Dystans i przewyższenie: 17km; ▲1030 m n.p.m; ▼ 70 m n.p.m; 930 m n.p.m◄► 1953 m n.p.m
Czas: 5h
Stopień trudności: szlak czerwony (średnio-trudny)




ETAP 9 & 10 - UCIECZKA PRZED BURZĄ


poniedziałek, 1 lipca 2019



Budzik miałyśmy ustawiony na 4:00 rano! Schronisko jeszcze smacznie spało, gdy godzinę później byłyśmy już gotowe do wymarszu. Tak wcześnie jeszcze nie zaczynałyśmy! Czułyśmy się trochę niedobudzone – ziew gonił ziew, co poskutkowało pójściem w złą stronę! Musiałyśmy wrócić się ponad kilometr z powrotem pod schronisko, by jeszcze raz – ale już poprawnie – wystartować na trasę. Etap 9 rozpoczęłyśmy około godziny 6:00. Temperatura powietrza była bardzo przyjemna. Jakaż to była miła odmiana od upałów z którymi codziennie miałyśmy do czynienia. Dzisiaj szłyśmy trochę z zegarkiem w ręku i bacznym przyglądaniem się sytuacji na niebie. Potraktowałyśmy nadejście popołudniowej burzy na poważnie, gdyż na szlaku mogłyśmy znaleźć się w mało przyjaznym dla nas, a bardzo przyjemnym dla wyładowań atmosferycznych terenie. 

Lamsenspitze o poranku.

Lamsenjochhütte.


Schodząc zachodnimi zboczami Lamsenjoch, mijając po drodze zabudowania hali Binsalm, dotarłyśmy do Eng. Wioska jest uważana za największą osadę alpejską w Tyrolu. Miejsce leniwie budziło się do życia. Wstąpiłyśmy do pobliskiej knajpki na poranną kawę.

Na obrzeżach osady alpejskiej Eng.

Wzmocnione dawką kofeiny byłyśmy gotowe na najciekawszy fragment etapu 9. Było jeszcze sporo czasu przed wybiciem południa, więc widmo burzy nie było nam jeszcze straszne. Z Eng wyruszyłyśmy w stronę wzgórza Hohljoch. Otoczenie przybrało monumentalny charakter. Wszystko za sprawą wysokich na ponad 1000 m skalnych ścian szczytu Laliderer Spitze 2583 m n.p.m. Ściany Laliderer Wände są najwyższymi w Alpach Wschodnich!





Skalny mur.

Może nas ktoś podwiezie do Falkenhütte? 

Te żółte żuczki zaczepiały nas od kilku dobrych dni. Wlatywały we włosy, nie mogąc później się z nich wydostać.

Zdążymy przed burzą czy nie?

Nadchodzi zmiana pogody...

Widoczny dźwig. Schronisko ma być oddane w 2020 r.

Idąc przez wzgórze Spielissjoch miałyśmy już niedaleko do schroniska Falkenhütte, które stanowi metę etapu 9. Byłyśmy już biskie wykonania 50% planu dnia. Na oko wydawało się, że dzieli nas do niego 30 minut drogi. Ten czas jednak nam się wydłużył przez wielki płat śniegu, który utrudniał pokonanie wartkiego strumienia. Dokładnie w tym miejscu przebiegała ścieżka. Bałyśmy się stawać na ten płat śniegu, bo w każdej chwili mógł po prostu runąć, a wpadnięcie do strumienia pełnego kamieni, nawet z niewielkiej wysokości było proszeniem się o kontuzję.

Szukałyśmy jakiegoś obejścia, schodząc wzdłuż strumienia niżej. Obserwowałyśmy wystające kamienie, po których łatwo można by było przedrzeć się na drugą stronę. Niestety strumień się tylko rozszerzał, a woda buzowała coraz intensywniej. Kamienie, które wystawały były w większości w kształcie stożka. Strach było na nie stawać, bo ryzyko ześlizgnięcia się było prawie, że pewne. W końcu nie wytrzymałam napięcia tej patowej sytuacji i postanowiłam zaryzykować ewentualnego "skąpania się". Wybrałam na celownik kilka kamieni, po których wydawało mi się, że uda mi się przejść bez szwanku. Niestety jedna noga wpadła mi do strumienia. Zafundowałam sobie niezły potop w bucie. Karolina wciąż się wahała jaką podjąć decyzję. Zaczęła iść z powrotem w górę, w stronę nieszczęsnego płata śniegu. Akuratnie napatoczyła się dwójka ludzi, która stała skonsternowana i zastanawiała się jak przejść owe miejsce. W końcu facet wziął sprawy w swoje ręce. Zaoferował pomocną dłoń, która dawała wsparcie na śliskich kamieniach. 

Konsternacja przy strumieniu.

Nie zachodziłyśmy w rejon schroniska, bo nie widziałyśmy sensu oglądania placu budowy. Od razu rozpoczęłyśmy etap 10. Na horyzoncie zaczęły nachodzić najpierw niewinnie, a później już coraz groźniej wyglądające chmury. Zapowiadało się, że znajdziemy się w centrum wyładowań atmosferycznych. Na szczęście komórki burzowe ostatecznie wybrały sąsiednią dolinę. Na trasie słyszałyśmy tylko przytłumione grzmoty. Zostałyśmy poczęstowane jedynie intensywnie padającym deszczem z dodatkiem gradu. W ulewie szłyśmy prawie dwie godziny.

Karwendel.

Hala Ladizalm.

Tam już jest grubo...

Idziemy w stronę Kleines Ahornboden - lasu na wysokości 1400 m n.p.m, w którym rosną dziesiątki wiekowych klonów.

Kleines Ahornboden.

Miałyśmy już ostatnią prostą do schroniska Karwendelhaus, kiedy przestało na dobre padać. Po otrzymaniu miejsca w Lagerze udałyśmy się do jadalni w celu omówienia naszych dalszych działań. A było co ustalać! Od gospodarza dowiedziałyśmy się, że w wyższych partiach zalega jeszcze sporo śniegu i praktycznie etap 11 jest dla nas niedostępny. Pójście tam bez sprzętu zimowego byłoby po prostu głupotą i proszeniem się o nieszczęście. Serce i ambicję miałyśmy rozdarte. Pogodziłyśmy się już z tym, że nie przejdziemy szlaku Adlerweg w jednym ciągu, ale to, że trzeba będzie zrezygnować z etapu i szukać alternatywy? Na taką opcję nie byłyśmy mentalnie przygotowane. Planując wyjazd na koniec czerwca/początek lipca nie spodziewałam się, że zima w sezonie 2018/2019 będzie tak śnieżna! Trzeba było posłuchać rozumu, zwłaszcza że autentycznie nikt z obecnych w schronisku nie przyznawał się, że chodził po wyższych partiach w Karwendel. W ramach pocieszenia zamówiłyśmy sobie po ciasteczku, a decyzję czy zostaniemy w schronisku ostatecznie na dwie noce, podejmiemy rano. Rozchodziło się już nie tylko o obejście etapu 11, ale głównie o prognozy pogody. Wtorek miał się prezentować z silnymi opadami deszczu praktycznie przez cały dzień.

Etap 9.
www.tirol.at


Etap 9

Dystans i przewyższenie: 12,5 km; ▲810 m n.p.m; ▼ 920 m n.p.m; 1230 m n.p.m◄► 1960 m n.p.m
Czas: 4,h 30 min
Stopień trudności: szlak czerwony (średnio-trudny)



Etap 10.
www.tirol.at


Etap 10

Dystans i przewyższenie: 9 km; ▲440 m n.p.m; ▼ 520 m n.p.m; 1380 m n.p.m◄► 1840 m n.p.m
Czas: 3h 30 min
Stopień trudności: szlak czerwony (średnio-trudny)



ETAP 11 (REKONESANS) - UKRYTY PRYSZNIC



wtorek, 2 lipca 2019



Rano ustaliłyśmy, że w schronisku zostaniemy jeszcze jedną noc. Po tygodniu wędrówki stwierdziłyśmy, że nic nam się nie stanie jak zrobimy jeden dzień odpoczynku. Przed południem, wykorzystując odpływ turystów i w oczekiwaniu na przypływ następnych, chciałyśmy porobić porządki; przeprać kilka ciuchów, które miały na sobie od czterech dni wspomnienia minionych już etapów Adlerweg. W damskiej umywalni akurat był luz. Nie wspomniałam, że schronisko jest dość stare i do dyspozycji ma umywalnie ręczne oraz nożne; pryszniców brak. Podczas szorowania mydłem naszych koszulek i pary skarpet wpadła na sprzątanie babeczka i gdy ujrzała co robimy, prawie złapała się za głowę. Lamentując i pokazując, że nie wolno nam tego robić, wskazała palcem na wiszącą na ścianie tabliczkę. Głównie chodziło o zużycie wody. Przeprosiłyśmy za swoje czyny, tłumacząc się, że nie rozumiemy niemieckiego. Pozostając wciąż w umywalni w celu umycia zębów (to jeszcze mogłyśmy zrobić), z przewieszonym przez ramię ręcznikiem przyszła gospodyni schroniska. W umywalni znajdowało się zamknięte na klucz pomieszczenie. Obstawiałyśmy, że jest to kanciapa na mopy i wiadra. Naszym oczom ukazał się... prysznic. Woda z niego lała się dobre 15 minut. No... to ktoś tu mówił o zużyciu wody? Podirytowała nas ta sytuacja. Poczułyśmy się pokrzywdzone! Od tygodnia byłyśmy w Tyrolu i mimo, że generalnie miałyśmy dostęp do podstawowy rzeczy to i tak czułyśmy się przesiąknięte urokami wędrówki. Takie trochę niedomyte, niedoprane czy niedosuszone, funkcjonowałyśmy od kilku dobrych dni.

Widok z tarasu schroniska.

Schronisko Karwendelhaus 1765 m n.p.m

Po południu miały przyjść w kilku seriach ostre ulewy. Postanowiłyśmy przed ich wystąpieniem pójść na mały rekonesans etapu 11. Spotkanych turystów pytałyśmy o warunki na górze. Niestety nie byli w stanie nam odpowiedzieć, gdyż nikt się tak wysoko nie zapuszczał. Z pułapu do którego dotarłyśmy, nie byłyśmy w stanie dojrzeć jak rozległe są śniegi. Wysoką na ponad 2400 m n.p.m przełęcz, przysłaniał skalny próg. Poobserwowałyśmy z ukrycia, bawiące się figlarnie stadko kozic górskich, po czym po tych samych śladach wróciłyśmy do schroniska.

Drugi raz do akcji wkroczyły szmaciane plecaczki! Ciężki gabaryt został w schronisku.

Pogodny poranek? Już dawno nie było po nim śladu!

W Lagerze praktycznie przespałyśmy drugą połowę dnia. Z drzemek wybudzały nas co jakiś czas, odbijające się od okna dachowego wielkie krople deszczu. Cieszyłyśmy się z faktu, że nie musimy się z takimi warunkami zmagać w terenie. Spokojnie przewracałyśmy się na drugi bok, otulając się przy tym ciepłem śpiwora.

Firmowe chodaczki!

Popołudnie i wieczór minął nam na drzemkach i odwiedzaniu schroniskowej jadalni.

Wieczorem, skonsultowałyśmy się jeszcze raz z gospodarzem schroniska, który znał obecnie panujące warunki na szlakach. Zaproponował nam jak najprościej dostać się do schroniska Hallerangerhaus, z którego startuje się na etap 12. Okazało się, że czeka nas jutro ponad 30 km łaziorki, głównie po szutrach i dnem doliny. Zapowiadał się więc mega nudny dzień. Kompletnie nie umiałyśmy wzbudzić w sobie krzty entuzjazmu. Sytuację niemożliwości przejścia oryginalnego etapu 11, nazwałyśmy uszkodzeniem lotki naszego "Dużego Orła". 



ETAP 11 (OBEJŚCIE) - ODDAJCIE NAM BYKA!




środa, 2 lipca 2019


Alternatywne przedostanie się do schroniska Hallerangerhaus, polegało głównie na obejściu masywu górskiego. Cały dzień miał nam minąć na nudnej wędrówce dnem doliny. Wewnętrznie czułyśmy się bardzo niepocieszone, bo z niecierpliwością czekałyśmy na wysokogórskie etapy szlaku Adlerweg, określone czarnym kolorem trudności. Zapowiadało się zatem, że ta wędrówka nie odznaczy się niczym szczególnym w naszej pamięci. Z takim przeświadczeniem opuściłyśmy schronisko Karwendelhaus.

Położenie schroniska Karwendelhaus.

Ech... zamiast do góry, to my na dół :(

Poranek w Karwendel.

Sytuacja z z jaką spotkałyśmy się na szlaku, była z kategorii tych, o których często się opowiada lub wspomina nawet wiele, wiele lat później!

Szłyśmy szutrowym szlakiem, sukcesywnie zbliżając się do wylotu doliny. Nagle na drodze wyrosła nam brama ze stojącymi przy niej krowami. Miałyśmy właśnie wejść na obszar pastwiska. Początkowo w zachowaniu zwierząt nie dostrzegałyśmy nic nietypowego. Zażartowałam nawet, że nasze cztery "przyjaciółki" chyba próbują uciec na wolność. Stałyśmy tak chwilę i zastanawiałyśmy się co zrobić. Bałyśmy się otwierać bramę, bo w przypadku ucieczki, nie byłybyśmy w stanie zagonić ich z powrotem do stada. Pobudzona, kopytna czwórka wciąż napierała na bramę. Sięgnęłyśmy wzrokiem na pozostałe osobniki. Coś w ich zachowaniu było nie tak. Postanowiłyśmy przedrzeć się na pastwisko z boku, przechodząc przez drut kolczasty, który trzymał stado na określonym obszarze. Akuratnie na pastwisku byłyśmy tylko my dwie i kilkadziesiąt, prawie podchodzące pod setkę stado krów różnej maści. Gdy znalazłyśmy się na ich terenie, już nie tylko pobudzona czwórka zaczęła się nami interesować. Kompletnie tego nie rozumiałyśmy, bo trzymałyśmy się zasady nie zaczepiania bydła. Nawet starałyśmy się nie utrzymywać kontaktu wzrokowego!

Komitet powitalny.

Rozpoczęły się sceny niczym z niskobudżetowego horroru. Gdy obie znalazłyśmy się po drugiej stronie drutu kolczastego, schowane pomiędzy rosnącymi wzdłuż niego krzakami, pobudzona czwórka odwróciła się i zaczęła iść w naszym kierunku. Tu chyba nie chodziło wcale o ucieczkę! Zamieszanie jakie wokół nas się utworzyło, zainteresowało pasące się na drugim krańcu pastwiska innego krowy, które zaczęły w galopie – tak, w galopie! pędzić w naszym kierunku. Na szlaku Adlerweg miałyśmy okazję kilka razy przechodzić przez pastwiska, nigdy jednak nie spotkałyśmy się z takim zachowaniem! Krowy były na coś nakręcone, a my kompletnie nie wiedziałyśmy co im siedzi w głowach*. Nawet jeżeli nie miały wobec nas złych zamiarów, to raczej nie chciałyśmy zostać potrącone lub zmiażdżone przez półtonowy gabaryt. Część krów zaczęła muczeć, niektóre osobniki zwarte w grupie, zaczęły się między sobą szturchać i bić rogami. Karolina w żałosnym akcie ucieczki, zaczęła z powrotem przedzierać się na drugą stronę drutu kolczastego. Byłyśmy zapędzone w kozi krowi róg. Jakoś tak instynktownie przyszło mi do głowy by się rozdzielić i zmusić stado do rozproszenia się. Zaczęłam iść wzdłuż drutu, by później wyjść na drogę szutrową. Część krów zaczęła za mną iść, część jednak pilnowała Karoliny. Szłam w tempie naszego mistrza olimpijskiego Roberta Korzeniowskiego, nie rozglądając się na boki. Co jakiś czas kontrolowałam dystans jaki dzielił mnie od krowiego peletonu. Gdy szłam szybciej, to i on jakby za mną przyspieszał! Wypracowałam taki krok, który nie wymuszał na nich podjęcia się galopu. Idąc wzdłuż pastwiska, kilka osobników przerwało rzucie trawy i dołączyło do peletonu.  

W końcu pojawiła się brama! Bałam się, że będzie przy niej czekać drugi komitet, tym razem pożegnalny. Na szczęście nie stała przy niej żadna krowa. Podniosłam blokadę i szybko znalazłam się na bezpiecznej stronie. Ufff! Już kilka sekund później, chciała się przez nią przedrzeć grupka kopytnych. Zaczęłam się rozglądać za Karoliną. Nie widziałam jej na horyzoncie. Liczyłam, że może idzie wzdłuż drutu kolczastego i przedziera się przez las. Po kilku minutach pojawiła się na drodze, idąc skupiona, jakby liczyła własne kroki. Za nią oczywiście podążała jej wierna grupka. Gdy znalazła się po bezpiecznej stronie bramy, zaczęła opowiadać co się działo jak się rozdzieliłyśmy. Zaprezentowała ranę na palcu. W trakcie epizodu małej paniki, w momencie przedzierania się przez drut, bez ceregieli chwyciła go w dłoń, nie zważając na konsekwencje. Musiałyśmy chwilę ochłonąć po tej akcji. A miał być taki nudny dzień!

* Po przyjeździe do Polski, wciąż zachodziłyśmy w głowę o co chodziło tym krowom. Od znajomego biologa uzyskałyśmy odpowiedź, że samicom najprawdopodobniej zabrano byka...

Uroki doliny.

Wąwóz z pięknym kolorem strumienia.

Znalazłyśmy się na obrzeżach miejscowości Scharnitz. Będąc jeszcze w schronisku, od jednego kolesia dostałyśmy informację, że można właśnie stamtąd złapać taksówkę, która skróci pieszy dystans do schroniska Hallerangerhaus. Nie miałyśmy ochoty łazić za wszelką cenę. Niemożność przejścia etapu 11 podcięła nam trochę skrzydełka. Usiadłyśmy na krawężniku zatoczki, z której niby miała odjeżdżać "Karwendel Taxi". Nie było żadnego rozkładu jazdy, więc zapewne taksówkarz robił kursy w momencie aż zbierze się grupka chętnych. Akuratnie pojawiła się 5 osobowa ekipa. Znajome twarze z Karwendelhaus, które okazały się być niemieckojęzyczne. Spadli nam z nieba! Przykleiłyśmy się do nich, ułatwiając sobie przebrnięcie przez motoryzacyjny fragment szlaku. Okazało się, że wszyscy podążamy na nocleg w Hallerangerhaus. Dalszą, już pieszą trasę, pokonaliśmy razem z nimi, opowiadając m.in o naszej akcji z krowami.

Hallerangerhaus może poszczycić się elegancko wyremontowanymi wnętrzami. Nawet spanie w Lagerze, bardziej przypominało kilkuosobowy pokój niż zbiorówkę na poddaszu. Wieczorem od gospodarza schroniska dowiedziałyśmy się, że... etap 12 jest również nie do przejścia. Powagę panujących warunków na wysokich przełęczach miał umocnić fakt, że niedawno ktoś po zalegającym śniegu skaturlał się kilkanaście metrów.

Hallerangerhaus.

Widoki z tarasu schroniska.

Karwendel wciąż prezentuje wysokie, skalne ściany.

Widoki z tarasu schroniska!


Znowu musiałyśmy wybrać alternatywne przejście. Najlepsza była w tym momencie Karolina, która na chłodno przyjęła wieści, że kolejny wysokogórski etap będziemy musiały ominąć. Po prostu poszła spać! Ja miałam jeszcze ochotę trochę ponarzekać na sprawy na które nie mamy wpływu i że dwie uszkodzone lotki to już stanowczo za dużo jak na jedną Skadi. Ostatecznie zasnęłam z daną sobie obietnicą, że w przyszłym roku obligatoryjnie wrócimy po etap 11 oraz 12.

Obejście etapu 11.
www.tirol.at

ETAP 12 (OBEJŚCIE) - ZAPACH KALAREPY



czwartek, 3 lipca 2019



Ostatni dzień we wschodniej części Karwendel. Zbliżałyśmy się jednocześnie do półmetka północnej części szlaku Adlerweg. Po sytuacjach z zalegającym śniegiem w wyższych partiach gór, zastanawiałyśmy się, czy pozostałe etapy będą "drożne".

Etap 12 to przede wszystkim przejście znanym szlakiem Goethego. Jego uroków nawet nie poznałyśmy stojąc u jego progu. Najszybszym wariantem zaczęłyśmy schodzić w stronę cywilizacji. Po miłej przerwie dla podniebienia w St. Magdalenie – w miejscu, gdzie kiedyś funkcjonował klasztor, a obecnie stanowiącym alpejską gospodę z zapleczem gastronomicznym – ruszyłyśmy w stronę obrzeży miasta Hall in Tirol.



Nie będzie nam dane tam łazić...

By na zdjęciu zagościł uśmiech, należy mówić "ser". My miałyśmy swoje słowo, które zawsze nas do zdjęcia rozweselało - "jelitko". 🤣



Holunder już blisko 😁

W Hall in Tirol usiadłyśmy na ławeczce w celu obeznania się w naszej sytuacji. Najlepszą opcją było znalezienie campingu, a później na spokojnie przeanalizowanie i rozplanowanie przejść następnych etapów. Wciąż miałyśmy jeszcze kilka dni do dyspozycji. Na Swimmbad-Camping Hall założyłyśmy naszą tymczasową bazę.

Zauważyłyśmy, że wysokością graniczną na której może zalegać śnieg jest ok 2500 m n.p.m bądź teren reprezentujący bardzo wąskie i zacienione przełęcze. Po naszej bacznej analizie mapy, dalszy przebieg szlaku na szczęście nie spełniał takich warunków. Nie chciałyśmy jednak już tak w ciemno podejmować się kolejnych etapów, by później szukać alternatywnych obejść. Po szybkim rozłożeniu namiotu, udałyśmy się do centrum miasta. Kierunek obrałyśmy na informację turystyczną, w której liczyłyśmy, że wszystkiego się dowiemy. Blisko campingu rośnie pole... kalarepy. Ciekawy to był widok, gdy nad nim górowały skalne ściany gór Karwendel, a charakterystyczny zapach unosił się w powietrzu.

Obejście etapu 12.
www.tirol.at

W centrum informacji turystycznej uzyskałyśmy zapewnienie, że etap 13 jest wolny od śniegu. Dostałyśmy też wytyczne jakie autobusy lokalne i z którego przystanku zawiozą nas na start. Korzystając z okazji zapytałyśmy także o dalsze etapy szlaku Adlerweg. Etap 13 (nazwany przez nas "głową orła") znajdował się w innym paśmie górskim, natomiast następujące po nim, ponownie wracały do Karwendel – tym razem części zachodniej. Pani z informacji wykonała kilka telefonów oraz w naszym imieniu próbowała zarezerwować nocleg w schronisku Solsteinhaus. Otrzymałyśmy dwie wiadomości. Pierwszą dobrą – nie ma śniegu, drugą złą – ze względu, że termin weekendowy jest już w pełni zarezerwowany. Serdecznie podziękowałyśmy za pomoc i wróciłyśmy na camping by na spokojnie przeanalizować wszystkie  dostępne i niedostępne opcje. 




8 komentarzy :

  1. Zdjęcia i widoki zapierające dech w piersiach. Można oglądać bez końca. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękna pogoda wciąż wisiała nad Tyrolem. Cieszę się, że mimo "dwóch uszkodzonych lotek", miałyśmy chociaż ciągle widoki 💛

      Usuń
  2. Podziwiam wasz upór w dąźeniu do wyznaczonego celu.Fantastyczne zdjęcia. Czekam z niecierpliwością na dalsze przygody z Adlerwegiem
    giem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będą jeszcze dwie części związane ze szlakiem Adlerweg.

      Usuń
  3. Akcja z krowami rozłożyła mnie kompletnie. :) Miło się czytało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jeszcze przed przyjazdem do Austrii czytałam o jakimś krowim incydencie w Alpach. Z tego co pamiętam to nasz "polski" Alpenverein udostępnił na FB historię ku przestrodze... Krowy, zwłaszcza z młodymi, potrafią być nieobliczalne i niebezpieczne.

      Usuń
  4. Hehe, uśmiałam się z tych krów :-D (zwłaszcza jak doczytałam, co było powodem ich szaleństwa).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz jak sobie to wspominamy to się śmiejemy, ale wtedy to trochę byłyśmy przestraszone całą sytuacją.

      Usuń