26 sierpnia 2019

ADLERWEG: Wilder Kaiser (etap 1-3)


Jeszcze dobrze nie opuszczając granic Słowacji w jadącym do domu autobusie, razem z Karoliną obiecałyśmy sobie eksplorację w formie trekkingu długodystansowego kolejnych pasm górskich tego kraju. Właśnie oddalałyśmy się od miejscowości Donovaly, która zakończyła nasze przejście Grani Niżnych Tatr. Bez zgłębiania się w temat, padły od razu nazwy „Wielka” oraz „Mała Fatra”. To właśnie te góry były następne w planach, a szczegóły ewentualnego trekkingu miały zostać dopięte jak już pojawi się kapka wolnego oraz dobrej pogody.

Nadeszła późna jesień podczas której szukałam inspiracji bądź pomysłów na przyszły rok, tym bardziej, że zbliżał się koniec listopada, oznaczający zazwyczaj planowanie urlopów. Chociaż miałyśmy przy najbliżej okazji po raz kolejny wybrać się na Słowację, ja podczas jednego z posiedzeń u wujka Google'a, natrafiłam na oficjalną stronę internetową Tyrolu, na której znalazłam informacje o szlaku Adlerweg. To, w jaki sposób został ten szlak opisany (poszczególne etapy), cała otoczka – lubiana przeze mnie Austria (Tyrol) jak i wędrówka po kilku różnych alpejskich pasmach górskich oferująca sporą różnorodność - spowodowała, że Adlerweg nie dał mi żyć i nie pozwolił się zamknąć głęboko w górskiej szufladzie. W moich myślach ciągle dopominał się o uwagę. Początkowo broniłam się przed nim, bo stwierdziłam, że to spory projekt, później jednak sama się puknęłam w czoło – jak nie teraz to niby kiedy?

Karolinie podesłałam informacje o Adlerwegu. Szybko odpisała tak jak lubię najbardziej – krótko, ale konkretnie – „jedziemy!”. Takim oto sposobem góry Słowacji zamieniłyśmy na Alpy w Austrii.




Ustaliłyśmy termin wyjazdu na przełom czerwca i lipca. Ja jeszcze w maju miałam zaplanowany Kazbek. Co ciekawe, wiedząc, że bilety lotnicze są już zakupione na oba wyjazdy, bardziej nie mogłam się doczekać Adlerwegu. Są takie miejsca, są takie pomysły czy projekty górskie, które powodują wyrzut górfinek jeszcze w domu przed kompem, w fazie samego ewentualnego planowania!




Przez całą zimę oraz wiosnę oczekiwałam aż w kalendarzu zawita czerwiec! Udane wejście przy pięknej pogodzie na Kazbek, jeszcze bardziej podkręciło przedwyjazdową ekscytację! Niech ta górska passa trwa jak najdłużej! A ile miała trwać na Adlerwegu? W sumie 16 dni!


WELCOME TO TIROL!



sobota, 22 czerwca 2019


W fazie lądowania samolotu nagle się przebudziłam, a widok jaki ujrzałam szybko rozszerzył moje źrenice. Od razu kątem oka spojrzałam na Karolinę, która siedziała w równoległym rzędzie. Nie spała, lecz jak zahipnotyzowana gapiła się przez malutkie okno. W otoczeniu wysokich gór właśnie lecieliśmy w dolinie rzeki Inn. Z podkładu samolotu śmiało można było dostrzec ludzi na szlakach. Siedząc po prawej stronie, widziałam jak prezentuje się „wschodnie skrzydło” po którym będziemy wędrować, Karolina siedząca po lewej stronie oglądała „głowę” jak i dalsze pasma alpejskie, prezentujące już ośnieżone 3-tysięczniki. 


W momencie wyłączenia sygnalizacji zapięcia pasów, spojrzałyśmy na siebie z ukrytymi uśmiechami. Nasza przygoda z Adlerwegiem zaczęła nabierać realnych rumieńców. 

W terminalu zrobiłyśmy przepak, gdyż jeden plecak był naszym bagażem rejestrowanym, z powodu przewozu kijków trekkingowych oraz śledzi od namiotu. Spokój jaki panował, sprawiał, że czułyśmy się jakbyśmy wylądowały na jakimś aeroklubowym, a nie na jednym z najtrudniejszych technicznie i obsługującym rocznie ponad milion pasażerów lotnisku.

Każda założyła na siebie ok 13 kg pakunek. Ciężar plecaków na „dzień dobry” zwracał na siebie uwagę, a jeszcze nie było w nich wody! W Innsbrucku zjawiłyśmy się wczesnym popołudniem, więc miałyśmy do dyspozycji jeszcze sporo czasu. Wykorzystałyśmy go na zrobienie uzupełniających zakupów jedzeniowych oraz sprzętowych (kartusz z gazem). Lotnisko w Innsbrucku znajduje się ok 4 km od centrum. Postanowiłyśmy ten dystans przejść na piechotę. Miała to być rozgrzewka przed codzienną łaziorką.

Na głównym dworcu kolejowym w Innsbrucku kupiłyśmy bilety w automacie. W poczekalni, wolny czas wykorzystałyśmy na obmyślenie strategii na najbliższe dni. By dać sobie szansę na przejście 24 etapów w 16 dni, musiałyśmy kilka etapów ze sobą połączyć. Pierwsza taka okazja otwierała się nam już na samym starcie. 


Po 1,5h jazdy, drzwi pociągu otworzyły się na stacji St Johann in Tirol – miejscowości, z której startuje się na Adlerweg. Górski kurort przywitał nas ścianą deszczu - akuratnie natrafiłyśmy na oberwanie chmury! Wybiegłyśmy z pociągu do budynku stacji. Chwilę czekałyśmy na rozwój sytuacji, stojąc przed głównym wyjściem. Intensywność padającego deszczu jednak nie malała. W obawie, że nie zdążymy dotrzeć na camping przed zamknięciem recepcji, ruszyłyśmy w strugach deszczu na obrzeża miejscowości. 

Na camping Michelnhof przybyłyśmy odziane w przeciwdeszczówki. Po zameldowaniu się, akuratnie na 10 minut przestało padać. Wykorzystałyśmy ten moment do szybkiego rozstawienia poliestrowego schronienia. Nasz namiot Lan Shan 2 – specjalnie zakupiony na Adlerweg – nie przechodził wcześniej testów w deszczu. Za domem został tylko raz rozstawiony, by ogólnie wiedzieć w jaki sposób się go rozkłada. Nasz pośpiech przed dostawą kolejnej porcji intensywnego deszczu, spowodował, że namiot zaczął nam przeciekać. Z początku trochę przestraszyłyśmy się, że namiot nie daje rady odpierać ataków tak zmasowanej ilości wody. Trzeba było szybko zareagować, by uchronić się przed tyrolskim potopem. Konstrukcja namiotu, która bazuje na dwóch kijkach trekkingowych, wymaga bardzo dobrego naciągu. Ubrałam pelerynę bohatera (czyt. ponczo przeciwdeszczowe) i wypełzłam na zewnątrz. Zaczęłam zmieniać kąty naciągnięcia materiału oraz jego naprężenie, mocniej powbijałam śledzie. Karolina siedząca w środku, oceniała czy zastosowane poprawki przyniosły jakieś efekty. Po 2 godzinach obserwacji, okrzyknęłyśmy, że potopu nie będzie, a deszczową noc, będzie można bez obaw przespać. Po ogarnięciu kolacji, ustaliłyśmy plan minimum na jutrzejszy dzień oraz ostatni raz spojrzałyśmy na prognozy pogody. 

Na kilka minut odsłonił się masyw Wilder Kaiser po którym będziemy wędrować przez najbliższe dni.

Zapowiadał się nam mokry start. Jeszcze chwilę analizowałyśmy, czy nie wyruszyć na szlak z jednodniowym opóźnieniem, ale ostatecznie zadecydowałyśmy, że nie zmieniamy planów. Po południu miały pojawić się spore przejaśnienia, które niosły za sobą ogromną zmianę w pogodzie na cały najbliższy tydzień.



ETAP 1 - WOLISZ DESZCZ CZY UPAŁ?



niedziela, 23 czerwca 2019


Zrobiło się trochę żywiej na campingu. Poranne toalety wymusiły na mieszkańcach wypełznięcie ze swoich kamperów. Pod zadaszeniem zaczęłyśmy zwijać nasz mokry namiot, a na wysokiej beczce robiącej za stolik barowy, gotowałyśmy w kuchence wodę. Stałyśmy się obiektem zainteresowania. Kilku osobom zdradziłyśmy nasze zamiary, gdy te na pewniaka zagaiły do nas po niemiecku. Zazwyczaj nie wiedziałyśmy o co dokładnie pytają, więc odpowiadałyśmy jednym słowem - „Adlerweg”.

W towarzystwie padającego deszczu opuściłyśmy camping i udałyśmy się w stronę centrum miasta. W samym rynku nie było żywej duszy! Na taki stan złożyła się przede wszystkim niedziela (pozamykane sklepy) oraz panująca aura. 

Oficjalna „kropka” szlaku znajduje się w dzielnicy miejscowości St. Johann in Tirol zwanej Hinterkaiser, także pokonane pierwsze kilometry po chodniku nie mogłyśmy zaliczyć na poczet Adlerwegu, co było dojmującą wiadomością, bo ja już zaczęłam odczuwać ramiona, które ewidentnie nie radziły sobie z niesionym ciężarem.

Idziemy w stronę dzielnicy Hinterkaiser.

Przy zajeździe Rummlerhof stanęłyśmy na linii startu. Nasza górska przygoda z Adlerwegiem właśnie się rozpoczęła. Po przejściu kilku pierwszych metrów, przy szlaku spotkałyśmy tablicę informacyjną oraz pięć głazów reprezentujących poszczególne pasma górskie po których będziemy wędrować. Po opuszczeniu ostatnich zabudowań weszłyśmy w końcu do lasu. Było ciepło, ale wciąż padający intensywnie deszcz nie pozwalał pozbyć się przeciwdeszczówek, które w panujących warunkach (wysoka temperatura oraz wilgotność powietrza) powodowały, że szło się nam mało komfortowo. Kryzys to może za duże słowo (te prawdziwe miały nastąpić kilka dni później), ale kompletnie nie miałam powera. Karolinie ewidentnie szło się lepiej i to ona prowadziła nasz team. Ja człapałam powoli za nią swoim tempem, licząc że w końcu padnie magiczne słowo „przerwa”. Po około trzech godzinach od opuszczenia campingu, znalazło się przy szlaku zadaszone miejsce. W mgnieniu oka zrzuciłam z siebie ponczo przeciwdeszczowe oraz plecak. Moment uczucia ulgi pamiętam do dzisiaj! Przez kilka minut unosiła się nade mną para, a cała koszulka była tak mokra jakbym właśnie dobiegła na metę maratonu. 

W końcu wchodzimy na typowy górski szlak!

Las jaki jest, każdy widzi.😉

Szuter zamienił się w kamienno-korzenną ścieżkę.

Przed wyruszeniem dalej, zadałam Karolinie podchwytliwe pytanie - „wolisz deszcz czy upał?”. Nakierowana wprost na nią włączona kamerka miała zarejestrować odpowiedź. Kilka dni później miałam w planach zadać to samo pytanie. A dlaczego w ogóle tak nagle został poruszony ten temat? Otóż przed nami były ostatnie chwile z deszczem, gdyż już za kilkanaście godzin miały nadejść trwające blisko tydzień, iście afrykańskie upały z bezchmurnym niebem! To był pewniak, bo front miał zalać prawie całą Europę i wszystkie prognozy pogody powystawiały wysokie wskaźniki wiarygodności. Warunki w jakich obecnie szłyśmy, w naszym mniemaniu były najgorsze z możliwych i byłyśmy przekonane, że jak tylko zrzucimy z siebie ochronki przeciwdeszczowe oraz zgubimy kilka kg z naszych plecaków, jak te orlice, w końcu rozprostujemy skrzydła! Niestety, byłyśmy w błędzie!

Zza rozłożystych gałęzi drzew, zaczęły się nieśmiało pojawiać kilkumetrowe skałki.

Podczas zbliżania się do największej atrakcji etapu 1, zaczęła maleć intensywność padającego deszczu. Będąc przy wodospadzie Schreier (Schreierwasserfall) spadające na nas krople wody pochodziły już tylko z tego fenomenalnie prezentującego się żywiołu.

Pod skalną grotą. Przebieg szlaku zaczął się robić ciekawszy!

Otoczenie wodospadu Schreier stanowi mekkę wspinaczy ekstremalnych. Opadające na 60 metów skalne sklepienia oferują jedne z najtrudniejszych dróg wspinaczkowych na świecie! Jest ich ponad 150. Dla przykładu, droga o nazwie „Mongo” ma wycenę 9a! Adama Ondry niestety nie spotkałyśmy, ale ściany nie stały „puste”. Mała grupka wspinaczy próbowała okiełznać jedną z wybranych przez siebie dróg. Wielka szkoda, że sektory wspinaczkowe nie nadają się dla niedzielnych wspinaczy, bo zmagać się z grawitacją w takich okolicznościach przyrody, z buzującym za plecami ogromnym wodospadem to coś unikalnego i wartego przeżycia!

Wodospad Schreier.

Chmury zaczynają odsłaniać krajobraz.

Byłyśmy zaskoczone, że po – nie oszukujmy się – nudnym podejściu lasem ukaże się nam coś takiego! Nie analizowałyśmy dogłębnie opisu tego etapu. Tak naprawdę jedyne co nas interesowało to informacje związane z noclegiem bądź miejscem spod znaku sztućca i widelca, kilometry oraz przewyższenie, a to co miało się „dziać” na szlaku, miało pozostać odkryte dopiero „na żywo”. Widok tego wodospadu wyrwał nas z objęć marazmu, a dalszy etap wędrówki zaczął prowadzić w jeszcze bardziej widokowym terenie. Chmury coraz śmielej zaczęły odsłaniać skalne ściany masywu Wilder Kaiser. 

Podejście w stronę górskich hal.

Po raz pierwszy (i nie ostatni) przed pójściem w złą stronę, uratowały nas pliki gpx. W aplikacji z załączonym śladem przebiegu Adlerweg na niejasnym dla nas skrzyżowaniu szlaków, w kilka chwil odnalazłyśmy ten właściwy, gdzie para idąca w tym samym kierunku co my, wspomagała się klasyczną mapą i po wybraniu innej ścieżki, po kilku minutach zawróciła. Jednak zrezygnowanie z retroturystyki na tym wyjeździe było dobrym pomysłem.  

Wilder Kaiser zaczyna pokazywać pazurki.

Na Obere Regalm spotkałyśmy pierwsze krowy. Bydło na górskich halach jest wpisane w obrazek Tyrolu. Z racji, że niewiele osób kręciło się po okolicy, nasza obecność zaciekawiła liczące kilka sztuk stadko. Dwa osobniki podniosły głowę znad źdźbeł trawy, leniwie przeżuwając je w pyskach i taksując nas zimnym wzrokiem. Gdy zaczęłyśmy powiększać dzielący do nich dystans, wróciły do swoich krowich zajęć.

Wędrówka w otoczeniu 2-tysięczników.

Przebieg Adlerwegu został tak opracowany by był przede wszystkim atrakcyjny widokowo. Na szlaku nie ma wejść szczytowych.

Kurtyna w górę!

Przełęcz Ellmauer Tor oraz Vordere Karlspitze  2263 m n.p.m.

Przejście u podnóża wielkich skalnych ścian masywu Wilder Kasier w końcu uzupełniło brakującą cząstkę poczucia bycia w Alpach. Z godziny na godzinę widoczność tylko się polepszała, a ścieżki którymi podążałyśmy dalej, zaczęły odkrywać przed nami różne oblicza.

Schronisko Gaudeamushütte to meta 1 etapu szlaku Adlerweg.

Dotarłyśmy do schroniska Gaudeamushütte, które kończy 1 etap Adlerweg. Pogoda rozkręcała się tylko ku lepszemu, a godzina – jak na czerwiec przystało – była bardzo wczesna. Po posileniu się batonikiem, zdecydowałyśmy, że rozpoczniemy fragment etapu 2. Do kolejnego możliwego miejsca noclegowego dzieliło nas ok 2h wędrówki. W naszej strategii przyjęłyśmy wariant dwu-, a nie trzydniowego przejścia etapów w Wilder Kaiser, a panujące warunki tylko zachęcały do podjęcia takiej decyzji.

Ruszyłyśmy w stronę schroniska Gruttenhütte. Szlak diametralnie zmienił swój charakter. Ze standardowej górskiej ścieżki wylądowałyśmy na niestabilnych piargach. Do tego lokalizacja jak i wysokość na jakiej się już znajdowałyśmy wymagała następnie przejścia po obszernym, zalegającym płacie śniegu. Gdy powróciłyśmy na skalne podłoże chwilę musiałyśmy pomyśleć gdzie iść dalej, bo każda prezentująca się ścieżka nie wyglądała na taką, która dzierżyłaby miano „magistrali”. Ponownie w ruch poszły pliki GPX. Ślad niewzruszenie kierował nas w stronę skalnego zaułku. Niepewnym krokiem udałyśmy się w jego kierunku. Nie wiem co się ze mną stało, ale dostałam jakiegoś przypływu energii, gdzie Karolina ewidentnie zaczęła mi słabnąć i odstawać w tyle. Teraz ja przejęłam ciągnięcie naszego „tyrolskiego wózka”, gdzie kilka godzin wcześniej wlekłam się jako druga. 

Nastawiałyśmy się na zdobycie dodatkowych 400 m przewyższenia i kilku km więcej w mało wymagających koncentracji warunkach.

„Punkt widzenia zależy od ciężkości odzienia” – właśnie tak sparafrazowałabym znane powiedzenie, że „Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Przed nami wyrósł nietrudny scrambling z elementami metalowych pomocników. Przejście tego fragmentu na lekko byłoby czystą frajdą, w naszej sytuacji, to miejsce wyglądało złowrogo i realnie niebezpiecznie. Niesiony gabaryt na plecach dodawał temu przejściu +100 do trudności.

"Trzeba było jechać nad morze". 😲

Ale, że serio tędy?!

Ostatnia prosta do wyrka!

Wyczerpana Karolina legła na tarasie schroniska. Jej spojrzenie mówiło wiele, ja jednak szybko ukróciłam jej chęć wokalnego zaopiniowania dzisiejszego dnia. Rzuciłam szybkie „Zaraz Ci coś dobrego przyniosę!” i udałam się do schroniskowego bufetu. Załatwiłam nam miejsca w Lagerze oraz zamówiłam dwa duże holundery. 

Schronisko Gruttenhütte.

Gruttenhütte jest najwyżej położonym schroniskiem w Wilder Kaiser. Zostanie tutaj na noc było trafioną decyzją. Nie tylko dlatego, że „łyknęłyśmy” już pierwsze górskie kilometry etapu 2, ale również z powodu atrakcyjniejszej lokalizacji w porównaniu do schroniska Gaudeamushütte. Spałyśmy u podnóża najwyższego szczytu całego masywu – Ellmauer Halt 2344 m n.p.m.

Kaiserkopf 2170 m n.p.m (po lewej) oraz Ellmauer Halt 2342 m n.p.m (po prawej)

A tam gdzieś poprowadzony jest bardzo ekscytujący szlak - Jübilaumsstieg

Przy opróżnianiu kufli z holunderem podzieliłyśmy się emocjami i wnioskami, które nazbierały się przez cały dzień. Wydawać by się mogło, że wieczór przyniesie już tylko spokój i odpoczynek, gdy niespodziewany wzrost adrenaliny zafundował nam prysznic! Standardowo prysznice w alpejskich schroniskach są płatne i ciepła woda jest dostępna przez kilka minut. Okazało się, że w „naszym”, za 1 euro można się prysznicować w zimnej wodzie(!) przez 20 sekund! Podjęłyśmy się tego wyzwania, choć przygotowania trwały do niego znacznie dłużej niż sam akt zmywania z siebie całodniowego brudu i potu. Akcja z prysznicem wyzwoliła w nas atak głupaki. Brechtom w łazience nie było końca... 😅

Wieczór nad Tyrolem.

Ległyśmy na materacach w Lagerze. Analizie poddałyśmy etap 2 oraz 3, który kończy się zjazdem kolejką do miejscowości Kufstein. Cały czas miałyśmy na uwadze ilość dostępnych dni by mieć szansę przejść wszystkie 24 etapy "północnego" Adlerwegu. Ustaliłyśmy, że postaramy się przejść oba etapy, tym bardziej, że etap 2 miałyśmy już trochę „nadgryziony”. 

Etap 1.
www.tirol.at


Etap 1 

Dystans i przewyższenie: 13 km; ▲1060 m ▼ 470 m; 660 m n.p.m◄►1572 m n.p.m
Czas: 5h
Stopień trudności: szlak czerwony (średniotrudny)



ETAP 2 & 3 - ZOMBIE-TURYSTKI




poniedziałek, 24 czerwca 2019



Ze względu na plan połączenia dwóch etapów wstałyśmy dość wcześnie. Schronisko jeszcze smacznie spało, gdy my na tarasie z odpaloną kuchenką czekałyśmy aż zagotuje się woda. Po wczorajszym deszczu nie było śladu, za to od rana prezentowało się czyste niebo. Z godziny na godzinę temperatura powietrza miała rosnąć. To był pierwszy dzień zapowiadanych przez prognostyków tygodniowych afrykańskich upałów. Wczesne opuszczenie schroniska nie wiązało się aż tak bardzo z możliwością chodzenia dłużej w normalnych temperaturach (w ciągu dnia słupek na termometrze miał dobić do 32 stopni), ale z godzinami otwarcia kolejki. By zdążyć zjechać do Kufstein miałyśmy czas do 16:30. Nasze obliczenia wykazały, że spokojnie zdążymy, łącznie z dorzuceniem sobie godzinnej przerwy przy jeziorze Hintersteiner See (meta etapu 2).


Kaiserkopf w piewszych promieniach słońca.


Z Elmauer Halt - najwyższym szczytem Wilder Kaiser.

Poranek w Tyrolu.

Zaczynamy drugi dzień na Adlerwegu!

Przez pierwsze dwie godziny na szlaku od momentu opuszczenia schroniska Gruttenhütte, szłyśmy bardzo sprawnie. Temperatura była optymalna, a szlak trawersował zbocza masywu Wilder Kaiser na granicy lasu. Raz chowałyśmy się w cieniu drzew, by następnie wędrować wśród kosówek w otoczeniu wapiennych ścian skalnych. Dzięki temu wędrówka nie była nużąca.

Mini atrakcje na szlaku.

Trochę słońca, trochę cienia.

Skalne ściany Wilder Kaiser. Tutaj swój raj mogą odkryć także wspinacze oraz fani via ferrat.


No i mamy słoneczko na pełnej! Kurtki przeciwdeszczowe śmiało mogłyśmy schować na samiuśkie dno plecaków.

Zobaczyłyśmy na horyzoncie jezioro. Wydawało się być niedaleko, jednak zaczęło zbliżać się południe - pora naszego spadku mocy.

Meta etapu 2 już na horyzoncie!


Lato w Tyrolu.

W samym sercu Parku Krajobrazowego Wilder Kaiser znajduje się jezioro Hintersteiner See, nad którym znajduje się kąpielisko.


Domek na drzewie.

Temperatura podskoczyła do 30 stopni. Na domiar tego było bezwietrznie, powietrze stało w miejscu. Przejście wzdłuż brzegu jeziora mające być po płaskim wedle naszych oczekiwań, prowadziło przez kilka (bezsensownych) podejść. Tyle dobrego, że szłyśmy w cieniu. Nasza zaplanowana godzinna przerwa topniała z każdą minutą.

Hintersteiner See.

Siadłyśmy pod parasolami przed pensjonatem Maier. Na stół wjechały pokrzepiające i orzeźwiające kufle z holunderem. Od razu poczułyśmy się lepiej! Dłuższą przerwę wykorzystałyśmy na dosuszenie namiotu, który kisił się w worku transportowym od momentu zwinięcia go w St. Johann. Podczas gdy rozłożony poliester nagrzewał się na pobliskim trawniczku, my poddałyśmy aktualizacji naszą obecną sytuację. Nasze tempo przemieszczania się diametralnie spadło! Miałyśmy jeszcze sporo godzin do dyspozycji, więc nie było opcji żeby już w tym miejscu robić metę dnia. Problemem była ta cholernie wczesna godzina zamknięcia kolejki, bo szanse by na nią zdążyć były już praktycznie na granicy. Sprawdziłyśmy wyjścia alternatywne. Na mapie znalazłyśmy opcję noclegu w pobliżu kolejki, tak by ewentualnie następnego dnia zjechać pierwszym kursem do Kufstein i od razu rozpocząć kolejny etap. Nie byłybyśmy jakoś mocno stratne wybierając taką opcję, a plan strategiczny przejścia wszystkich 24 etapów wciąż pozostawałby nienaruszony.

Dopiłyśmy ostatni łyk holundera i zebrałyśmy się do wymarszu. Po opuszczeniu przyjemnego cienia jaki dawał parasol, znalazłyśmy się na otwartej przestrzeni w najgorętszej porze dnia. Witaj etapie trzeci!


Szlak prowadził drogą szutrową, ale ciągle pnącą się w górę. Wysoka temperatura tak mnie dobijała, że marzyłam tylko o kolejnej przerwie. Przestało mnie już obchodzić jak skończy się ten dzień - czy ukończymy zaplanowany dystans bądź gdzie będziemy spać.

Aż szkoda, że zdjęcia nie oddają tego buchającego gorąca z którym się tak zmagałyśmy!

W pewnym momencie zrzuciłam z siebie plecak. Nie miałam już nawet sił szukać cienia. Zwinęłam się w kłębek obok plecaka, a głowę nakryłam rękami. W takiej pozycji, wśród krowich placków pięknie przyozdabiających soczyście zieloną alpejską łąkę, byłam gotowa umierać. Karolina usłyszawszy moje pomruki o niejasnym znaczeniu, usadowiła się obok mnie. Sama ocierała pot z czoła, ale czuła się lepiej i gdyby nie moja niedyspozycja byłaby w stanie iść dalej. 


A najzabawniejsze było, to że w kolejnych dniach miało być jeszcze goręcej!

Po 30 minutach trochę mi się polepszyło. Właśnie wybiła taka godzina, że o zjeździe kolejką mogłyśmy oficjalnie zapomnieć. Ruszyłyśmy w dalszą wędrówkę już bez szczególnego spoglądania na zegarek.

Kolejna przerwa wypadła nam przy źródle wody! Lodowaty chłód postawił nas trochę na nogi!

Celebrowałyśmy obecność wody w tym miejscu przez następne 30 minut!

Szlak prowadził w cieniu drzew, więc miałyśmy trochę wytchnienia. Po kilku następnych kilometrach dotarłyśmy na rozległe górskie łąki w otoczeniu bardzo charakterystycznych krajobrazów dla pasma Wilder Kaiser.

Pełnik alpejski - żółte mini różyczki. Te kwiaty spotykałyśmy bardzo często na szlaku.

Klimaty na ewentualne MTB niczego sobie!

O proszę, jakaś chmurka się przyplątała na niebie!

 Latem w Wilder Kaiser dominuje zieleń oraz biel.

Zajrzałyśmy do naszego alternatywnego miejsca noclegowego. Okazało się, że nie wszystko co ma w nazwie hütte bądź haus jest z pod szyldu klubu Alpenverein.  Kaindlhütte okazał się być prywatnym obiektem oferującym noclegi oraz knajpę. Miałyśmy do wyboru zostać tam na noc za 30 euro albo zejść na piechotę do Kufstein, w którym miałyśmy namierzony camping. Po zasięgnięciu informacji od gospodarza ile czasu może nam zająć opcja druga i wypiciu kolejnego tego dnia holundera, stwierdziłyśmy, że zejdziemy. Wybiło późne popołudnie, więc słońce nie było już tak ostre, a do zachodu słońca wciąż pozostawało sporo godzin. 

Można siedzieć i godzinami gapić się na te ściany.

Wilder Kaiser.

Miałyśmy ze sobą dwie pary butów.
Na łatwe ścieżki lub gdy groziło nam zagotowanie się stóp w wysokich trekach, ubierałyśmy lżejszy kaliber.
Sandały trekkingowe na te upały były idealne!

No wypisz wymaluj - układałam kiedyś puzzle z takim zdjęciem!

Dotarłyśmy w okolice przełęczy Brentenjoch przy której znajduje się budynek górnej stacji kolejki. Gdybyśmy zdążyły przed jej zamknięciem i zjechały do Kufstein, pokonany kilometraż oraz różnice w deniwelacji mieściłyby się w granicach ambitnej wycieczki. Wybierając zejście na piechotę, fundnęłyśmy sobie niezłą dorzynkę. Wraz ze spadkiem słupka temperatury poniżej 30 stopni polepszyło nam się ogólne samopoczucie i nie byłyśmy świadome, że koniec dnia przeobrazi nas w zombie-turystki.

Zejście okazało się być długie i monotonne. Schodziłyśmy wijącym się szutrem, który nabijał nam tylko niepotrzebnie kilometry. Przeszłyśmy w taki stan, w którym wiesz, że istnieje ból w twoim ciele, ale potrafisz go ignorować dla spraw wagi wyższej. Nasze stopy wołały byśmy już przestały łazić! Wkradła się także niepewność czy camping na którym chciałyśmy spędzić noc jest faktycznie czynny. Maile oraz telefony milczały, a strona w internecie już dawno przestała być aktualizowana. Karolinie włączyło się czarnowidztwo. Ja nawet nie dopuszczałam do siebie myśli, że z campingiem miałby wyjść jakiś klops. 

Dolazłyśmy do centrum Kufstein. Przeszłyśmy etap 3! To jednak nie była nasza ostateczna meta dnia! Jedyny camping w okolicy znajdował się za granicami Kufstein,  w dzielnicy miasteczka Langkampfen. Na camping Hager miałyśmy 4 km. Nasz licznik w nogach już dawno przekroczył 30 km. 

Kufstein to miejscowość położona nad brzegiem rzeki Inn z charakterystyczną twierdzą.

Żeby musieć iść jak najmniej wsiadłyśmy do pociągu, który skrócił nasz dystans dzielący do campingu o połowę (czyli przejechałyśmy pociągiem 2 km!). Wysiadłyśmy na stacji Schaftenau. Ujrzałyśmy pierwsze znaki kierujące na camping Hager. Recepcja mająca się znajdować w pobliskiej restauracji była zamknięta. Camping - choć bardzo mały - ewidentnie był czynny, bo miał kilku mieszkańców. Za płotem znajdowało się aeroklubowe lotnisko, obecnie przechowujące pod plandekami szybowce. Generalnie panował tutaj spokój i nuda. Przekroczyłyśmy nieśmiało bramy campingu. Dwie zombie-turystki, które pojawiły się nagle znikąd tuż przed zachodem słońca spowodowały małe poruszenie. Łapałyśmy w naszym kierunku ukradkowe spojrzenia. Trochę się czaiłyśmy czy możemy się tak rozbić bez zameldowania. Zapytałam jednego kamperowca, który relaksował się na krzesełku z gazetką w ręce, czy nie będzie problemem jak opłatę za pobyt uiścimy rano ze względu na okoliczności. Po uzyskaniu zapewnienia, żeby śmiało się rozbijać - zszedł z nas stres, który gromadził się od przełęczy Brentenjoch.


Kręciłyśmy się wokół namiotu jak w kołowrotku, próbując wbić jakiegokolwiek śledzia - była tak twarda ziemia! Namiot wyglądał jak wielka szmata rozwieszona na dwóch kijach. Operacje przy namiocie okazały się być ponad moje siły. Przy próbie pochylania się robiło mi się ciemno przed oczami. Gdyby nie kobieta z pieskiem, która przechadzała się po campingu i obserwowała nasze poczynania - rzuciłabym to wszystko i spała pod gołym niebem. Kobieta wręczyła nam... młotek, a namiot po chwili przybrał właściwy kształt. Musiałyśmy bardzo kiepsko wyglądać, bo podczas gotowania kolacji, podszedł zaczepiony przez nas wcześniej kamperowiec i wręczył lodowate puszki coli! 

Karolina poszła obadać prysznice - te okazały się być nielimitowane! Jaka to była miła odmiana po 20 sekundach zimnej wody lejącej się w prysznicu schroniska Gruttenhütte.


Paradoksalnie wzmocniła nas ta dzisiejsza orka. Uświadomiłyśmy sobie, że pomimo wielu chwil zwątpienia i słabości jesteśmy w stanie jeszcze długo lecieć na oparach czy samą siłą woli. Trzy etapy w dwa dni i pożegnanie z pasmem Wilder Kaiser - jutro miałyśmy rozpocząć przygodę w nowych górach.  Pomimo ciężkiego dnia, byłyśmy pozytywnie nastawione! Chyba dałyśmy się porwać przygodzie na Adlerwegu!

Etap 2.
www.tirol.at


Etap 2 

Dystans i przewyższenie: 15 km; ▲800 m ▼ 1130 m; 880 m n.p.m◄►1630 m n.p.m
Czas: 6h
Stopień trudności: szlak czerwony (średniotrudny)
* odcinek na mapce pomiędzy punktem 1 a 2, przeszłyśmy w etapie 1.


Etap 3.
www.tirol.at



Etap 3

Dystans i przewyższenie: 9.5 km; 730 m ▼ 460 m; 480 m n.p.m◄►1460 m n.p.m
Czas: 3h 30 min
Stopień trudności: szlak czerwony (średniotrudny)





2 komentarze :

  1. Nieźle pocisnęłyście tego drugiego dnia, widzę że będzie co wspominać. ;) Czekam na ciąg dalszy!

    OdpowiedzUsuń
  2. Imponujący ten Wasz pierwszy dzień Skadi! Szacuneczek! ;)
    Widzę, że nie tylko nas zaskoczył prysznic w Gruttenhütte, a w zasadzie jego czas za 1e! Z tą różnicą jednak, że w naszym wypadku woda leciała przez te 20 sec ciepła...
    Amfiteatr Wilder Kaiser robi ogromne wrażenie, pamiętam gdy podjechaliśmy Wochenrunner Alm, gdzie spaliśmy pierwszej nocy na parkingu i zobaczyłem Przełęcz Ellmauer Tor - wydawało mi się, że niemożliwe jest przejść tamtędy! Wtedy jeszcze nie byłem świadom, że filar, którym planujemy wspinanie to sąsiadujący z przełęczą filar Vordere Karlspitze ;-)

    Pasjonująca opowieść - czekam na cd!

    OdpowiedzUsuń