HOCHSCHWAB - 100% górskiej satysfakcji


Dosłownie po 3 minutach od momentu wysłania sms'a zwrotnego do Marcina z potwierdzającą odpowiedzią na pytanie czy jedziemy na tego Hochschwaba, mój entuzjazm związany z kolejnym alpejskim wyjazdem ulotnił się niczym z nadmuchanego powietrzem balonika. Z jednej strony cieszyłam się, że od września, praktycznie co dwa, trzy tygodnie jestem na kilka dni w Alpach. Górska passa roku 2019 trwała w najlepsze i zapowiadało się, że nawet w listopadzie nie zwolni ona tempa. Z drugiej jednak strony bałam się, że w końcu musi przyjść do jakiegoś załamania. Głównie rozchodziło się o pogodę i warunki w górach. Listopad jest trudnym miesiącem, bardzo nieprzewidywalnym i przede wszystkim z krótko trwającym dniem. W okresie tzw "weekendu niepodległościowego", prognozy pogody w Alpach aktualizowane co kilka godzin zmieniały się tak dynamicznie, że trudno było wybrać najlepszy kierunek. Kilka dni przed ewentualnym wyjazdem na meteogramach majaczyły wysokie opady śniegu, które w zależności od współrzędnych geograficznych miały być na poziomie drastycznym bądź umiarkowanym. Gdzieś podświadomie nie chciałam jednak odpuszczać, choć obawiałam się potencjalnego niewypału. Kilka takich listopadowych wyjazdów w podobnym terminie miałam za sobą i do dziś plasują się na wysokich pozycjach w moim osobistym rankingu – o na przykład ten – Watzmann, stąd na kolejną wiadomość zwrotną od Marcina, z krótkim "ok" udało mi się odgonić pesymistyczne myśli oraz no nie oszukujmy się... lenia.



Pierwotnie planowanym kierunkiem był Hochfeiler – łatwy 3-tysięcznik, z którym Marcin ma porachunki. Niestety prognozy pogody nie pozostawiały złudzeń. Musieliśmy definitywnie z niego zrezygnować, by nie zafundować sobie sromotnej klęski. W poszukiwaniach alternatywy wspomógł nas Damian, który wynalazł austriacki masyw Hochschwab, oferujący wysokości do ok 2000 m n.p.m (a więc z ewentualnymi mniejszymi opadami śniegu) i z obiecującymi prognozami pogody. Nazwa Hochschwab nic mi nie mówiła. Nawet nie byłam w stanie ulokować tego rejonu na mapie. Po szybkim researchu już co nie co wiedziałam...

Masyw Hochschwab (niem. Hochschwabgruppe) jest częścią północnych Alp Wapiennych. Leży w Austrii, w kraju związkowym Styria. Na mapie należy go szukać mniej więcej na południowy-zachód od Wiednia bądź na południowy-wschód od Linz, czyli generalnie we wschodniej części kraju. Najwyższe szczyty tego pasma górskiego sięgają 1900 – 2300 m n.p.m, a na całym obszarze funkcjonuje kilka schronisk.


Z racji "martwego sezonu" jakim jest głęboki czas jesieni istotną dla nas informacją było to, czy schroniska mają do dyspozycji zimowe pokoje (niem. Winterrraum). Okazało się, że tak i ta wiadomość ostatecznie zaważyła o tym, że razem z Marcinem siedzieliśmy w samochodzie z ustawioną nawigacją na miasteczko Langenwang, w którym mieliśmy z booking'a zarezerwowany nocleg. Przejazd przez całe Czechy dużo bardziej nas wymęczył, mimo iż kilometrowo był krótszy niż nasza standardowa trasa w Alpy, niemieckimi autostradami. Marcin po kolejnym wyrzucie do krwiobiegu "sytuacyjnego nerwa" zadeklarował, że jak przyjdzie nam kiedyś ponownie jechać we wschodnie Alpy – to nigdy przez Czechy. Krajoznawczej trasy motoryzacyjnej po zakątkach tego kraju mieliśmy serdecznie dość. Przez głowę przeszła mi myśl, że z tego wyjazdu nie da się odpalić fajerwerków, tym bardziej że wciąż drżałam o pogodę i warunki w górach. Byliśmy już blisko granicy czesko-austriackiej, więc odwrót do Polski stał się mało ekonomiczny.


Zameldowaliśmy się w mini-ośrodku Gästedorf Waldheimlat w miasteczku Langenwang. Miejsce jest bardzo korzystnie ulokowane – cenowo ze wszystkich propozycji na booking'u wyszło najtaniej, 100 metrów do sklepu Billa oraz około 40 km w rejon Masywu Hochschwab. Dodatkowo dysponuje ogólnodostępną, w pełni wyposażoną kuchnią. Po załatwieniu formalności i zjedzeniu kolacji, przyszło nam spakować plecaki na najbliższe trzy dni. Oj jak nam brakowało entuzjazmu w trakcie tej czynności. Ponury listopad dawał o sobie ewidentnie znać. Marcin nawet zdradził, że za odbycie bądź nieodbycie się tego wyjazdu powierzył tylko i wyłącznie mojej decyzji, po to by samemu oczyścić się z zarzutu, że ominęło go coś fajnego. Przemilczałam fakt, że to ja po cichu liczyłam, iż Marcin odpuści, a ja będę z tego tytułu czysta od dręczących mnie później moralniaków, że nie wykorzystałam szansy na kolejny górski wypad. Siedzieliśmy tak w półmroku i dorzucaliśmy kolejne kilogramy do noszenia na plecach, wzdychając sobie po cichu jaki to sobie nawzajem los zgotowaliśmy. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że ten los szykował dla nas niesamowity górski sztos!



sobota, 9 listopada 2019



Na kwaterze w Gästedorf Waldheimat wymeldowaliśmy się dosłownie w ostatniej minucie. Ta akcja była zamierzona. Przez Styrię do południa miały przewalać się deszczowe chmury. Stwierdziliśmy z Marcinem, że nie ma więc co się spieszyć z tym wyjściem w góry. O godzinie 10:00 opuściliśmy miasteczko Langenwang. Do wioski Seewiesen skąd planowaliśmy wyruszyć na szlak, dzieliło nas około 40 km drogi. 

Po niecałej godzince jazdy samochodem, zajechaliśmy na malutki parking, ale nie zdecydowaliśmy się od razu wyruszyć na szlak. Cierpliwie czekaliśmy w samochodzie aż na dobre się wypada. Wybiło południe, gdy zaczęły się pojawiać pierwsze przejaśnienia na niebie, ukazując zaśnieżone stoki masywu Hochschwab. Wyglądały one w tej aurze bardzo majestatycznie! Uznaliśmy, że to już ten moment, by w końcu rozpocząć, zaplanowaną na dzisiaj trasę. Długą listopadową noc mieliśmy spędzić w pokoju zimowym schroniska Voisthalerhütte. 

Dostaliśmy kocie błogosławieństwo na wyjście w góry.

Opuściliśmy Seewiesen i szybko znaleźliśmy się u wylotu doliny, praktycznie przechodząc na drugą stronę jezdni. Kilka kilometrów po płaskim szutrze nie nakręcało nas pozytywnie. Szliśmy w milczeniu, każdy w swoim tempie. Entuzjazm wystrzelił niczym korek z szampana, kiedy weszliśmy do lasu i z każdym kolejnym metrem przewyższenia, Masyw Hochschwab zaczął przed nami sypać swoimi asami z rękawa. Po Marcinie zauważyłam, że zaczyna się mu tu podobać. Mi z resztą też! Rozpoczęłam maniakalną sesję zdjęciową wszystkiemu dookoła.

Wejście na szlak z wioski Seewiesen.

Drugie kocie błogosławieństwo!

Jeszcze trochę szutru i zaraz wejdziemy do lasu.

Późna jesień w masywie Hochschwab.

No i się zaczęło! Momentalnie odwołałam wszystkie wątpliwości w sensowność tego wyjazdu!

Pomyślałam sobie, że aura w której przyszło nam poznać masyw Hochschwab paradoksalnie najlepiej wydobywała piękno tych gór!

Na szlaku do schroniska Voisthalerhütte.

Jesień kontra zima.

 Ależ ten śnieżek zrobił robotę!

Stamtąd wyruszyliśmy.
Skalne urwiska masywu Hochschwab.
W drodze do schroniska Voisthalerhütte mija się jeszcze jedno potencjalne miejsce noclegowo-gastronomiczne, prywatną gospodę Florhütte na ok. 1300 m n.p.m. Oczywiście ze względu na porę roku była ona zamknięta. Gdy wyszliśmy powyżej granicy lasu, śniegu pod stopami mieliśmy coraz więcej. Z ilości symbolicznej, punktowo zaczęły się pojawiać kilkucentymetrowe warstwy białego puchu. Do spotkania z zimą w listopadzie zbliżaliśmy się wielkimi krokami! 

Nagle zauważyłam przemieszczające się małe, czarne punkciki.

A to był kolejny as z rękawa Hochschwaba - kierdel kozic!

Marcin wygląda na zadowolonego! 

Osiągnęliśmy punkt o nazwie Höllkampl, który znajduje się na progu skalnym. Z niego otworzył się widok na schronisko Voisthalerhütte oraz dominującą biel w krajobrazie.

Schronisko Voisthalerhütte 1654 m n.p.m.

Od tego momentu śnieg na ścieżce towarzyszył nam cały czas. Dzięki niemu wiedzieliśmy o braku jakiejkolwiek bytności ludzkiej w ostatnim czasie. Byliśmy w górach sami! No może poza rodowitymi mieszkańcami Masywu Hochschwab.

A czyje to łapki?

Do schroniska już coraz bliżej.

Przez kolejne dwa dni przyjdzie nam działać w zimowych warunkach.

Skalne okienko.

Do schroniska mieliśmy już ostatnią prostą, kiedy nagle Marcin idący jako pierwszy po cichu powiedział, żebym przygotowała aparat, bo na szlaku, bardzo blisko stoi... kozica. 

Oto i ona!

Uwielbiam takie bliskie spotkania z górską fauną*! A jak jeszcze da się ona uchwycić w aparacie, to już w ogóle jestem przeszczęśliwa. Kozica pięknie przypozowała do zdjęcia, po czym spokojnym krokiem oddaliła się od nas.

*pisze to osoba, która jeszcze nigdy nie spotkała niedźwiedzia w górach! 😅 

Lokals z Hochschwaba.

I cyk, kolejny koziczkowy portret uchwycony!

Odnaleźliśmy boczne drzwi w budynku schroniska należące do pokoju zimowego. Samo pomieszczenie posiadało wyłącznie podstawowe wyposażenie: jedną piętrową pryczę z kocami oraz stół i krzesła. Niestety piec był nieczynny. Ten surowy stan był prawdopodobnie spowodowany nadchodzącymi zmianami, o których jeszcze nie wiedzieliśmy*. Nie było jednak co narzekać. Choć w pomieszczeniu było chłodno, to i tak oferowało lepsze warunki niż potencjalny namiot. Usiedliśmy przy stole w celu wszamania kolacji oraz rozgrzania się ciepłą herbatą. Kiedy przestał nas grzać wysiłek fizyczny, momentalnie zaczęliśmy dygotać z zimna.  

*18 maja 2020 r rozpoczęły się prace nad budową nowego schroniska Voisthalerhütte. Ciekawa jestem czy będzie również oferowało pokój zimowy.

Winterraum schroniska Voisthalerhütte w 2019r.

Winterraum schroniska Voisthalerhütte w 2019 roku.

Uciekliśmy do "sypialni" prosto do śpiworów, które miały nas dogrzać. W sumie dopiero po 3h doszliśmy do siebie. Było coś koło 21:00 kiedy zadecydowałam, że targany w plecaku statyw trzeba w końcu użyć. Przygotowałam sprzęt foto i ubrana w najcieplejsze ciuchy jakie ze sobą miałam wyszłam przed budynek schroniska. Marcin zaciekawiony moją dłuższą nieobecnością w schronie, chyba stwierdził, że mimo wszystko warto wygramolić się ze śpiwora, który w końcu zaczął dawać upragnione ciepło.  

Co spowodowało, że wygramoliłam się z ciepłego śpiwora? Pełnia księżyca i szansa na bezchmurne niebo - czyli super warunki do nocnych zdjęć!

Góry nocą przy pełni księżyca w białej wersji wyglądają obłędnie!

Kolejne asy z rękawa Masywu Hochschwaba 😉

Przez dno doliny zaczęła przedzierać się ogromna, upiornie wyglądająca chmura. Marcina nawet przestraszyła! Światło dawane przez księżyc momentalnie zgasło. Zrobiło się ciemno i ponuro. Uznaliśmy, że nie ma już szans na "przejaśnienia" i schowaliśmy się z powrotem w pokoju zimowym. Na dzisiaj atrakcji i tak mieliśmy sporo! I co ciekawe, jutrzejszy dzień zapowiadał się z piękną pogodą! A to właśnie na nią najbardziej ostrzyliśmy zęby przyjeżdżając tutaj!

Pstyk! Chmury wyłączyły światło!


niedziela, 10 listopada 2019



Pokój zimowy opuściliśmy grubo po wschodzie słońca. Jak na tak krótko trwający dzień to mieliśmy sporo czasu, by zrealizować założenia dzisiejszej trasy. Te były dość skromne jeżeli chodzi o dystans. Nie mogliśmy jednak tak w ciemno założyć, że trasa minie nam sprawnie i po 3 godzinach będziemy już przy kolejnym schronisku. Bardzo poważnie trzeba było się liczyć ze świeżym opadem śniegu, którego warstwa będzie tylko coraz większa.

A tak wyglądała okolica schroniska za dnia. Ten sam kadr sfotografowany w nocy.

Tam idziemy!

Okolice schroniska Voisthalerhütte.

Ewakuacja chmur.

Na asy z rękawa Hochschwaba nie musieliśmy długo czekać.

Znalazł się właściciel wczorajszych łapek na śniegu!

Przewidywania z wolnym tempem przemieszczania się z powodu torowania w śniegu oczywiście sprawdziły się. Im byliśmy wyżej, tym coraz rzadziej udawało się również dostrzec maźnięte na czerwono znaki. Szliśmy trochę na czuja. Kontur przebiegu ścieżki, który latem zapewne jest pięknie widoczny, w zastanych warunkach był trudny do wypatrzenia.

Dotarliśmy do rozwidlenia szlaków. Przy słupku długo zastanawialiśmy się jaki przyjąć wariant wejścia na szczyt Hochschwab – najwyższego w całym paśmie. Wybierając opcję na lewo czekał nas do pokonania próg skalny, w którym nijak nie byliśmy w stanie określić wzrokowo jak przebiega szlak na przełęcz, z której następnie wychodzi się na szczyt. Prawa strona natomiast wydawała się być bardziej obiecująca, za sprawą wysokich słupków pokazujących przebieg trasy skiturowej. W obu wariantach i tak docelowo zamierzaliśmy po wejściu na szczyt, zejść do schroniska Schiestlhaus i w udostępnionym pokoju zimowym spędzić drugą noc.
Przy rozwidleniu szlaków.

Skalne ściany Hochschwaba z mieniącym się na wierzchołku krzyżem.

Prowadzeni jak po... słupku.

Widoczny próg skalny w wariancie jakbyśmy wybrali  opcję wejścia na szczyt od lewej strony.

Masyw Hochschwab cały czas dostarczał nam widokowych smaczków.

Tylko nasze ślady. Czuliśmy się jak odkrywcy nowych gór. 😅

Zapowiedź wieczornego spektaklu...

Dużo skalnych urwisk w tym Hochschwabie.

Dzięki tyczkom wyznaczającym przebieg szlak zimowego (skiturowego) bez problemu, choć w umiarkowanym torowaniu w śniegu dotarliśmy do schroniska Schiestlhaus znajdującego się na ponad 2000 m n.p.m.

A już za tym wzniesieniem...

Schronisko Schiestlhaus 2154 m n.p.m.

Budynek w obecnej postaci został wybudowany w 2005 r, w miejscu starego, który pełnił funkcję schroniska przez 120 lat! Dla Schiestlhaus przygotowano nowatorską koncepcję samowystarczalnego energetycznie schroniska z uwzględnieniem jak najmniejszego wpływu na środowisko. 

W kilku alpejskich Winterraumach miałam okazję już spać. Ten w Schiestlhaus przebił jednak wszystkie. W środku było czysto i ciepło! Oprócz pomieszczenia z materacami do dyspozycji pozostawiono toalety (był nawet płyn dezynfekcyjny w dozownikach!), dwa przedsionki/korytarze, działające gniazdko elektryczne oraz światło ustawione na czas. Jakby tego było mało, w samym pokoju rozpościerał się przez wielkie okno widok na góry. Byliśmy w szoku!

Widok z pokoju zimowego.  A co, niech jeszcze kozica się załapie w kadrze!

W Winterraumie schroniska Schiestlhaus.

W pokoju zimowym zarządziłam 40 minutową przerwę. Spokojni o dach nad głową, uznaliśmy, że na szczyt Hochschwab, który praktycznie jest od schroniska rzut beretem, wejdziemy w porze zbliżającego się zachodu słońca. Większość rzeczy niesionych w plecaku zostawiłam w pokoju. Wzięłam ze sobą tylko te najważniejsze - przede wszystkim statyw oraz aparat, bo zapowiadało się, że na wieczór szykują się dla nas kolejne atrakcje!

Opuściliśmy na kilka godzin Schiestlhaus i udaliśmy się dalej zgodnie z przebiegiem drewnianych tyczek. Wejście na szczyt zajęło nam 1 godzinę. Dalsze torowanie w śniegu oraz trawersowanie jednego dość czujnego i mało przyjemnego miejsca złożyło się na tak długi czas. W okresie lata, ze schroniska z wejściem na szczyt można uwinąć się w 30 minut.

Do krzyża coraz bliżej!

Trawersowanie stoku.

Ostatnia prosta do szczytu!

Szczyt Hochschwab 2277 m n.p.m.

Szczyt Hochschwab ugościł nas bardzo dynamicznie zmieniającymi się warunkami. Chmury przelewały się przez okoliczne szczyty oraz granie, co chwilę zmieniając krajobraz. 

Się działo! 😍



Można było tak stać i się gapić aż do zachodu słońca, ale jednak brak ruchu powodował nieprzyjemne odczucie zimna.

Jest zaciesz! Oj jak ja dawno nie miałam takiego warunu w górach!

A jednak ktoś tu łaził. Ale i tak poza zwierzyną od dwóch dni nikogo nie spotkaliśmy w górach.

Na płaskowyżu poniżej Hochschwaba stoi buda biwakowa (awaryjna) o nazwie Fleischer. Przechodzilibyśmy obok niej w wariancie wejścia na szczyt przez próg skalny od lewej strony. Schron jest bardzo ubogi. Nie ma dostępu do wody i praktycznie nie jest w nic wyposażony (nawet łóżka). W koncepcji nie zabierania namiotu ze sobą, stanowi mimo wszystko dość atrakcyjną opcję.

Schowany w chmurach biwak Fleicher.

Zachód słońca na Hochschwabie.


Krótko trwająca dominacja barwy różowej i pomarańczowej w krajobrazie. Koniec dnia zbliżał się wielkimi krokami!

Broniąca się przed chmurami górska wysepka.

No to jeszcze awionetka dla urozmaicenia kadru.

Na szczycie spędziliśmy 1,5h. Im bliżej było do finalnego zachodu słońca, tym bardziej zaczęliśmy odczuwać obniżającą się temperaturę powietrza. 

Ostatnie spojrzenie i opuszczamy szczyt.

Podczas zejścia.
Nikt: -
Hochschwab: Aaa!! Jeszcze tęczy nie było. No to macie!

Powrót ze szczytu do schroniska po własnych śladach.

Schronisko Schiestlhaus 2154 m n.p.m.


Podczas naszej nieobecności w schronisku nikt się oczywiście nie zjawił. "Chałupę" mieliśmy całą dla siebie już oficjalnie! 
Rozpłaszczyliśmy się po kątach na dobre ze wszystkimi swoimi manelami. Zabraliśmy się za gotowanie kolacji. 

W pokoju była informacja o opłacie za pobyt w wysokości 5 euro za os./noc. Do skrzynki należało wrzucić pieniądze. Niestety nie mieliśmy przy sobie takich nominałów, ale spisaliśmy z kartki numer konta bankowego, gdzie po fakcie można przelać kwotę za swój pobyt. Zrobiliśmy tak, jak już byliśmy w Polsce. Przy takich przelewach międzynarodowych ważny jest numer IBAN, który nie był niestety nigdzie podany ani dostępny ogólnie na stronach internetowych. Udało mi się mailowo skontaktować ze schroniskiem i bez problemu otrzymałam brakujące dane. 

Po kolacji ucięliśmy sobie drzemkę. Ciężko było wyjść z ciepłego pomieszczenia, ale nad Hochschwabem kolejną już noc przyświecała pełnia księżyca i bezchmurne niebo. Po prostu takich warunków nie można było całkowicie przespać!

Ubrałam na siebie wszystkie warstwy ciuchów i przygotowałam na statywie aparat. Marcin przez moje krzątanie się po pokoju, przebudził się i widząc co się dzieje za oknem, sam zaczął szykować się do wyjścia.

A tu takie górskie wyspy!

Schronisko Schiestlhaus.

Na tarasie schroniska. Cisza, spokój....

Na tarasie zalegała spora warstwa śniegu. Z widokiem na szczyt Hochschwab.

Robienie nocnych zdjęć nie było aż tak uciążliwe, gdy wiedziało się, że ma się do dyspozycji ciepłe pomieszczenie do którego w każdej chwili można czmychnąć. O ostatecznym zakończeniu nocnej sesji foto zadecydowały zgrabiałe ręce. Jednak kilkanaście razy trzeba było je wyjąć z rękawiczek, a te szybko reagowały na zimno.

Śpiące wyspy.

Nasze ślady z wejścia na szczyt Hochschwab.


W nocy co jakiś czas hałasująca zadymka śnieżna na zewnątrz wybudzała nas ze snu.



poniedziałek, 11 listopada 2019



Wschód słońca, a dokładniej moment przybrania przez niebo ciepłych barw, zrobiliśmy na leniuszka, oglądając go z okna pokoju zimowego. Jeszcze wczoraj myśleliśmy o porannym wyjściu na szczyt Hochschwab, ale ostatecznie wygrało ciepło śpiwora. 

Widok ze schroniskowego okna. 

Bez pośpiechu zaczęliśmy ogarniać śniadanie oraz pakowanie manatków do plecaków. Nie chcieliśmy tak prędko opuszczać schroniska ze względu na panujące na zewnątrz zimno o poranku. Strategicznie czekaliśmy aż słońce podwyższy trochę temperaturę powietrza.

Już od wczoraj dywagowaliśmy nad opcją powrotu do Seewiesen. Gęsta siatka szlaków dawała spore możliwości wyboru. Korciło nas wrócić zupełnie inną drogą by nie powielać całościowo przetartych przez nas ścieżek. Na uwadze jednak musieliśmy mieć zmieniające się diametralnie - w zależności od charakteru terenu, warunki śnieżne. Nie mogliśmy sobie także pozwolić na późną godzinę dotarcia do samochodu, z racji, że po prostu czekał nas jeszcze tego samego dnia powrót do Polski. Aaa no i jeszcze pogoda miała się skiepścić późnym popołudniem.

Uzgodniliśmy, że o wyborze konkretnych szlaków będziemy decydować na bieżąco. Na razie i tak musieliśmy cofnąć się do rozwidlenia szlaków (miejsce o nazwie Rotgangboden), które wczoraj mijaliśmy. 

W Masywie Hochschwab - dzień 3.

Wciąż utrzymujące się morze chmur z wystającymi wierzchołkami.



Przy Rotgangboden mieliśmy do wyboru zejść tym samym wariantem do dna doliny, którym wczoraj podchodziliśmy, bądź jeszcze troszkę wydłużyć pobyt i nie tracić jeszcze przewyższenia. Było przed południem, więc wybraliśmy szlak o numerze 852, a następnie 853. Przy kolejnym spotkanym rozwidleniu szlaków wciąż mieliśmy jeszcze opcję szybkiego zejścia (mniej więcej do punktu gdzie znajduje się schronisko Voisthalerhütte). 

Schodzimy do plato. Szlak nr 853 prowadzi trawersem (widoczny delikatnie zarysowany kontur ścieżki w śniegu).

Dotarliśmy na dno śnieżnego plato. Serce rwało się ku temu, żeby nie schodzić do doliny, a cały brakujący dystans do Seewiesen pokonać górnymi partiami. Postanowiliśmy kontynuować szlak 853, ale niestety z każdym stawianym krokiem zapadaliśmy się do połowy łydki. Przejście trwało już 30 minut, a daleko wcale nie uszliśmy. W takim tempie poruszania się, spokojnie zastała by nas noc, a gdzie tu jeszcze 8 godzinna jazda samochodem do domu? Zarządziłam odwrót. Wygrał rozsądek i surowa ocena warunków. Wróciliśmy na plato i ostatecznie wybraliśmy zejście szlakiem nr 850.

Początek zejścia szlakiem nr 850.

Niby późna jesień, ale warunki mocno zimowe!



Kolejne koziczkowe spotkanie!

Schronisko Voisthalerhütte.

Decyzja o odwrocie okazała się być dobra. Powrót do Seewiesen potrwał dłużej niż zakładaliśmy, a praktycznie nie robiliśmy po drodze żadnych przerw!

A kogo my tu mamy na szlaku?!

Kolejne spotkanko z kozicą.

Malutka wioska Seewiesen.


Po trzech dniach, Hochschwab wypuścił nas ze swoich skalistych objęć. Siedząc w samochodzie, pomyślałam sobie, że gdybym wysłała smsa z inną wiadomością, nie przeżylibyśmy tych pięknych chwil. Tych kozic spotkanych na szlaku, tego morza chmur, tej ulgi że mamy ciepły kąt na noc... Tej  błogiej ciszy i uczucia odosobnienia. To była istna kumulacja najlepszych emocji jakie dają góry!!!



Komentarze

  1. W skali zajebiaszczości daję dyszkie. Aż wierzyć się nie chce, że listopad serwuje taki warunek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę miałam kłopot z wybraniem wyjazdu roku 2019! A łatwo nie było! Świetny warun na Kazbeku w maju, no i przekroczenie 5 tys m n.p.m, świetna tyrolska przygoda na długodystansowym szlaku Adlerweg, szybka akcja na Schrankogla, Zugspitze, ale to jednak najmocniej serce mi wciąż bije na wspomnienia o Hochschwabie. W sumie niewiele przeszliśmy tam kilometrów, byliśmy tylko 3 dni, ale tyle się tam działo! Tam zaznaliśmy pure mountains, top of the tops!

      Usuń
    2. Krótkie imprezy też mają swój urok, jak widać :))

      Usuń
  2. Fajna wyprawa. Najlepsze jest to, że nikogo praktycznie nie spotkaliście. Miałem podobnie jak byłem z kolegami na Cima Pressanella we Włoszech, gdzie podczas ataku szczytowego spotkaliśmy 3 osoby przez cały dzień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w jakim czasie tam byliście? Jak logistyka, spanko, ile dni itd? 🤩

      Usuń
  3. Nie wiem co to za góry, ale potraktowały Was nieziemsko! 😊 ❤️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak! 😍 Aż nam potem było głupio, że wątpiliśmy w ten wyjazd.

      Usuń
  4. Zdjęcia perfekcja 😍😍

    OdpowiedzUsuń
  5. KA-PI-TAL-NIE! Chyba nic więcej nie trzeba wymagać. Zdjęcia petarda!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hochschwab uratował od listopadowego spadku nastroju! :D

      Usuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty z tego bloga

SCHRANKOGEL - trzytysięcznik dla początkujących

Łużyckie ferratkowe-łaziorkowe

Babska Wielka Racza-(cza)

ORLA PERĆ TATR ZACHODNICH: Banówka - Hruba Kopa - Trzy Kopy