31 sierpnia 2017

Via ferrata Postalmklamm


Na campingu Gries-Plomberg przy zapachu grillujących się kiełbasek i powoli studzących się emocjach po przejściu ferraty Drachenwand, zasiedliśmy nad kilkoma topo via ferrat jakie były w okolicy. Na drugi dzień naszego pobytu w Austrii, prognozy pogody zapowiadały ryzyko pojawienia się przelotnego deszczu. Zapadła decyzja, że naszą kolejną ferratą będzie Postalmklamm, która poprowadzona jest w wąwozie, gdzie bez względu na to czy ten deszcz nas złapie czy nie, to i tak nie zastaniemy suchych warunków.



piątek, 16 czerwca 2017

Rano na spokojnie ogarnęliśmy śniadanie i niespiesznie zapakowaliśmy się do auta. Ruszyliśmy w kierunku miejscowości Strobl. Gdy mieliśmy już ostatnie kilometry do celu (parkingu), okazało się, że odcinek drogi jest płatny i musimy wyskoczyć z 5 euro od głowy.


Na dość małym parkingu stoi tablica z informacją o ferracie i w bardzo ogólny sposób jest rozrysowany jej przebieg. Malunek zupełnie nie oddaje charakteru miejsca i tego co nas tak naprawdę czeka... Generalnie to było dobrze wydane 5 ojraków! ☺

Schemat przebiegu via ferraty.

I bardziej dokładny z bergsteigen.com

Kierujemy się za znakami, idąc leśną ścieżką. Zza liściastych gałęzi można dostrzec znajdujące się obok niemałe urwisko. Pierwszą atrakcją ferraty jest długi, wiszący mostek.

Dojście do ferraty.

Na rozgrzewkę - mostek!

Jeszcze będąc na parkingu ubraliśmy na siebie cały sprzęt ferratowy. Chyba najlepiej tak zrobić, bo później za bardzo nie ma na tego typu manewry miejsca. Jakoś tak wyszło, że pierwszą osobą która zaczęła przechodzić mostek był Marcin. Gdy z każdym pokonanym szczebelkiem oddalał się od nas, cała konstrukcja coraz mocniej zaczęła się telepać. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jakby dygotał ze strachu. Nic bardziej mylnego! Okazało się, że mostek jest niestabilny, ze względu na jeden urwany odciąg.

Magda pokonuje mostek z większą gracją :)

Przejście tego mostka było głównie sprawdzianem wytrzymałości psychicznej. Po przejściu kilku segmentów z pomocnymi metalowymi bolcami na stopy, otworzył się widok na wysoki i głęboko wcięty wąwóz. Ferrata poprowadzona jest jego skalnymi ścianami. Raz pnie się w górę, raz sprowadza w dół. Żeby nie było monotonnie, ten skalny trawers pokonuje się raz po prawej, raz po lewej stronie przy pomocy mostków, lin czy nawet skoków!

Zdjęcia niestety nie oddają w pełni charakteru Postalmklamm. Skała jak i metalowe chwyty są mokre, co stanowi dodatkową trudność. W pewnym momencie przechodzi nawet pod małym wodospadem. Do tych wrażeń dochodzi oczywiście wysokość.

Dopiero co przeszliśmy na lewą stronę wąwozu, a tu ferrata znowu prowadzi na jego prawą stronę,

Ten odcinek chyba według projektanta ferraty powinno się przechodzić przodem i łapać się tych grubych lin. Większość jednak wybiera wariant boczny.

Tłumy napierają. Nie ma czasu odsapnąć czy napić się wody. Na ferracie nie ma nawet za bardzo miejsca na wyprzedzanie.

I znowu jesteśmy po prawej stronie. Na tej skalnej ścianie nie zawojujemy za długo.

Ferrata prowadzi teraz w dół. Potem kilkadziesiąt metrów trawersu i...


Taka sytuacja.

Docieramy chyba do najbardziej charakterystycznego fragmentu Postalmklamm - Kociego Skoku. Dwa wbite w skałę ( i oczywiście śliskie) pręty, lina do wpięcia karabinków a pod nogami powietrze. Gdzieś tam hen w dole płynący strumień. Między prętami było około 1,5 m. Po wstępnej i bardzo szybkiej kalkulacji stwierdziłam, że mam za krótkie nogi i nie dam rady dosięgnąć tego metalowego stopnia. Gdybym miała trochę więcej czasu do namysłu, to pewnie bym się zdecydowała na skok, a że tłum napierał to trzeba było szybko działać i po prostu jakoś to przejść.

Koci Skok według Skadi ;)

Magda po namowach jednej Polki stojącej w kolejce, zdecydowała się na skok.

Z widokiem na Kaskadę.

Po Kocim Skoku, kolejny mostek nie zrobił na nas już dużego wrażenia. Bez większych emocji przeszliśmy go, nie mniej jednak w bardzo pięknych okolicznościach (zdjęcie tytułowe). Ferrata wyprowadza ponownie na prawą stronę wąwozu. Po kilkumetrowych, skalnych ściankach jesteśmy już w suchych, leśnych warunkach.  Dla chętnych do pokonania jest jeszcze "Gamsleckenwand". Skalna ściana już o większych trudnościach C/D lub wariant F dla bardzo wytrenowanych bicków .

"Gamsleckenwand"

Marcin z Anią chcieli spróbować swoich sił na D, ja z Magdą natomiast wybrałyśmy opcję leśną i czekałyśmy na towarzyszy na górze gdzie kończy się ferratowe przejście "Gamsleckenwand".

Widoczek :)

Kolejny wodospad na horyzoncie.

Co prawda to nie był oficjalny koniec ferraty. Idąc dalej leśną ścieżką jest jeszcze krótki i łatwy fragment z kolejnym mostkiem. Cała grupa zdecydowała, że damy sobie już z nim spokój, bo jest kompletnie nie po drodze. To co zaoferowała nam Postalmklamm w pełni rozbudziła w nas przypływ adrenaliny. Zeszliśmy szlakiem oraz krótkim fragmentem drogi asfaltowej z powrotem do auta.


W drodze na camping, zatrzymaliśmy się jeszcze przy brzegu jeziora Wolfgangsee.

Ciekawe, czy ktoś tam się wspina? :)

Klimaty na campingu.

Ponownie grill i obmyślanie planu na jutro.

Suszenie sprzętu.

Trzeba przyznać, że  poprowadzenie via ferraty w  takim wąwozie jest bardzo ciekawym motywem. Przejście dostarcza wielu fantastycznych wrażeń estetycznych. Nie zabraknie też emocji i adrenaliny. Razem z Pomysłem na wycieczkę bardzo polecamy :)



8 komentarzy :

  1. Właśnie w tym roku włóczyliśmy się po alpejskich ferratach w Austrii :) Pogoda nie rozpieszczała, ale coś tam udało nam się zaliczyć! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Austrii jest mnóstwo ferrat, od wyboru do koloru. Są na polskim rynku dwa tomy fajnego przewodnika wyd. Sklep Podróżnika. Polecam :)

      Usuń
  2. Ferrta już nie dla mnie, Za bardzo dużo powietrza pod nogami. Jednak nasz odwagę, gratulacje. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie powiem, jest sporo powietrza pod nogami. Ja czasem sama sobie się dziwię po fakcie, że dałam radę taką czy inną ferratę przeleźć ;)

      Usuń
  3. Piękna ferrata, bardzo miło ją wspominam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To właśnie po raz pierwszy na Twoim blogu ją zobaczyłam :)

      Usuń
  4. Ja to pewnie przed tym mostkiem bym zawróciła. Nie moje klimaty, ale podobała mi się relacja. Mimo siedzenia w domu poczułam lekką adrenalinę oglądając zdjęcia i piszę..chcę więcej!! Pozdrawiam i udanych kolejnych łowów górskich :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawitaj w Góry Łużyckie, tam jest fajna ferrata w sam raz na pierwszy raz - Nonnenfelsen. Jest na niej wszystko co w większości zastaniesz na większych ferratach np w Dolomitach, ale w dużo mniejszej skali (są tam mostki, lekka przewieszka, drabinki itd). Nie deklaruj od razu, że nie Twoje klimaty ;) Spróbuj, bo to naprawdę fajne spędzenie czasu w górach z pozytywną dawką adrenaliny. Pozdrawiam!

      Usuń