20 marca 2018

Skiturowe Tatry - odcinek 5


Beskid jest niezbyt wyróżniającym się, ostatnim szczytem Tatr Zachodnich (patrząc od zachodu). Znajduje się pomiędzy Kasprowym Wierchem a Świnicą. Mimo tego, że stoi w cieniu takich górskich gwiazd, to mierzy dumnie 2012 m n.p.m. Sąsiedztwo Kasprowego Wierchu z kolejką kabinową spowodowało, że jest często odwiedzany przez turystów. O Beskidzie pod kątem skiturowym słyszeliśmy już dawno. Szczyt jest celem nietrudnej, ale przyjemnej wycieczki narciarskiej. Poza tym, okolice Hali Gąsienicowej przecież nigdy się nie znudzą!



Na Hali Gąsienicowej byliśmy wielokrotnie. Podejście do „Murowańca” z Kuźnic znamy na pamięć w wersji letniej jak i zimowej. Nigdy natomiast nie pokonywaliśmy drogi do tego miejsca na nartach. W Zakopanem od 2016 roku funkcjonuje komunikacja miejska. Z tego faktu postanowiliśmy skorzystać. Dzięki podwózce mieliśmy możliwość wybrać zupełnie nowy wariant szlakowy.



piątek, 9 marca 2018

Prosto z kwatery, z butami skiturowymi na nogach i nartami przytroczonymi do plecaków wsiedliśmy w „11”, którą dojechaliśmy aż do pętli na CyrhliMusieliśmy na piechotę cofnąć się kilkaset metrów do szlakowskazów. Pomimo odwilży, śniegu było na tyle, że na starcie od razu wskoczyliśmy w wiązaniaCzerwonym do Psiej Trawki, a następnie czarnym szlakiem pofoczyliśmy do Murowańca. Nie mogliśmy sobie odmówić wstąpienia do schroniska na drugie śniadanie. Pyszna szarlotka i kakao szybko nas wzmocniły.

Na czarnym szlaku do "Murowańca".

Zbocza Żółtej Turni oświetlane przez promienie słońca.

Ten widok skojarzył mi się z bajką. Może dach domku Baby Jagi? :)

Zaparkowane przed schroniskiem narty ponownie wylądowały na naszych nogach. Ruszyliśmy w stronę tak zwanego Pojezierza. W drodze jeszcze rozważaliśmy zmianę celu wycieczki. Myśleliśmy o podejściu na Karb i spojrzeniu prosto w oczy słynnej stromiźnie, która opada na stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Po krótkiej analizie, zdecydowaliśmy się jednak nie zmieniać planów. Beskid wydawał się być konkretniejszy. Będąc tak niedaleko, odebralibyśmy sobie szansę zjazdu z pierwszego w życiu tatrzańskiego 2-tysięcznika!

Identyczną naklejkę widziałam na przystanku przy Równi Krupowej. Ktoś wie do kogo należy to logo? :D

Pikne te nasze Tatry zimą!

Beskid - nasze wyzwanie dnia :)

Wyznaczonym zimowym szlakiem pieszym na Kasprowy Wierch pofoczyliśmy do Suchej Przełęczy. Dokuczliwe podmuchy silnego wiatru rekompensowało słońce, które śmiało przedzierało się przez chmury. Od przełęczy dzieliło nas kilka minut do szczytu. Na tym krótkim odcinku dało się zauważyć także kilku narciarzy zjazdowych, którzy w sztywnych butach i ciężkimi nartami przewieszonymi przez ramię, chcieli chyba poczuć smak terenu, a nie tylko przygotowanej nartostrady. 


Na Beskidzie szybko przemontowaliśmy się na tryb do zjazdu, głównie z powodu wiatru, który szybko nas wychładzał. Ten zjazd chciałam potraktować jako naukę obskoków. Dzień wcześniej próbowałam je robić na nartostradzie na Szymoszkowej. Wyszło tak sobie, ale najważniejsze że bez wyrządzenia sobie krzywdy.

W końcowym etapie zjazdu z samego zbocza Beskidu, rozdzieliliśmy się. Damian chciał jeszcze poszukać większego nachylenia w okolicach Pojezierza, ja natomiast już trzymałam się sąsiedztwa nartostrady. Dobrze, że tak zdecydowałam bo kilka minut później, już praktycznie na umiarkowanie nachylonym terenie, z niewiadomych mi przyczyn zrobiłam przedziwnej urody piruet, walnęłam kaskiem o ziemię, a do gogli wdarła się masa śniegu. Pierwsza myśl jaka przeleciała mi przez głowę, to błąd techniczny z mojej strony. Może za bardzo się rozluźniłam i podcięłam sobie na jakimś ukrytym wyboju nartę? Gdy już siebie po tym upadku ogarnęłam, chciałam przygotować narty do wpięcia. A tu zonk! Przednie wiązanie wciąż trzymało się na moim bucie, a narta leżała obok! Nie mogłam wyjść ze zdumienia. Na dobrych parę minut zniknęłam Damianowi z oczu, więc w plecaku zaczęła rozbrzmiewać muzyczka z przychodzącym połączeniem. Odebrałam i pierwsze słowa jakie padły z moich ust to: koniec zabawy. Z nartami w rękach po kilku minutach dotarłam na piechotę do Damiana, który czekał przy dolnej stacji wyciągu krzesełkowego.

Nasz polski Matterhorn :)

Nie było szans, abym wróciła na nartach do Kuźnic. W tej sytuacji można było zadzwonić po TOPR (opcję należy potraktować bardzo żartobliwie - takie nawiązanie do problemów z jakimi ludzie dzwonią do ratowników) lub samemu przeprowadzić akcję ratunkową narty. Gdybyśmy oboje mieli zejść na piechotę do Kuźnic, to nie zdążylibyśmy do szpitala, czyt. serwisu. Zdecydowaliśmy, że Damian ranną przytroczy do plecaka i zjedzie na nartach do Kuźnic (nartostradą), a ja po prostu zejdę na piechotę (przez Dolinę Jaworzynki) i spotkamy się w serwisie.  

Zdążyliśmy na czas. Serwisman kilka nieładnych epitetów w stosunku do rannej wystosował, ale operacja na szczęście się udała a pacjentka przeżyła ☺ Przy rondzie Kuźnickim wsiedliśmy w naszą "11" i wróciliśmy na kwaterę. 







2 komentarze :

  1. Tyle dobrego, że to zdarzyło się na stosunkowo łagodnym zboczu, a nie gdzieś na stromym zjeździe jakimś żlebem. Aż strach pomyśleć, co mogłoby się wtedy stać...

    Fajna zima :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dokładnie. To wiązanie w ogóle chyba zostało źle zamontowane, ponieważ po dokładnym przyjrzeniu się, okazało się, że montaż wiązania na drugiej narcie wyglądał inaczej (czyt. prawidłowo).

      Usuń