27 kwietnia 2018

Skiturowe Karkonosze - odcinek 8


Obiecaliśmy sobie, że każdy możliwy wolny dzień będziemy przeznaczać na szlifowanie skiturowych umiejętności. Po pracy, przed pracą, jeżeli tylko czasu wystarczy na dojazd no i sam trening – czy się chce czy się nie chce, będziemy się stawiać z nartami u podnóża Karkonoszy. Upodobaliśmy sobie miejsce, które jest bardzo popularne wśród skiturowców. Nie tylko ze względu na tereny do fajnego zjazdu, ale także na możliwość podejścia na fokach od samego startu wycieczki, nawet przy małej pokrywie śnieżnej w niższych partiach, dzięki wykorzystaniu naśnieżanej nartostrady. Bliskie okolice Łabskiego Szczytu katowaliśmy przez cały sezon, w sumie odbywając 4 wycieczki narciarskie. Początki były trudne, zwłaszcza dla mnie, bo nie potrafiłam się odnaleźć w warunkach gdzie widoczność podczas zjazdu była bliska zeru (aura w Karkonoszach na początku zimy była koszmarna!). Podczas tych treningo-wycieczek nie szczędziłam sobie marudzenia. Entuzjazm Damiana był na tak wysokim poziomie, że kompletnie nie rozumiał moich obaw, strachu, dyskomfortu i innych rzeczy, z którymi musiałam się zmagać. Na ich cześć napisał wierszyk o narciarzu marudzie oraz stworzył grafikę uzupełniającą. Ale zanim to natchnienie nadeszło, w Karkonoszach na dobre zapanowała zima, więc...




niedziela, 10 grudnia 2017


Wpadł w końcu wolny dzień. Zgodnie z obietnicą jaką sobie złożyliśmy, spakowaliśmy narty i przyjechaliśmy do Szklarskiej Poręby pod wyciąg na Szrenicę gdzie zaparkowaliśmy samochód. Po pierwszej testowej wycieczce na Skalny Stół w nowym sprzęcie, wiedzieliśmy już, że będzie znacznie lżej podchodzić. Brzegiem wciąż naśnieżanej sztucznym śniegiem nartostrady „Puchatek” podeszliśmy do momentu przecięcia się nartostrady ze szlakiem turystycznym. Dalej już za zielonymi, a później żółtymi znakami pofoczyliśmy w stronę Schroniska „Pod Łabskim Szczytem”

Na żółtym szlaku, przejście przez mostek.

Szrenicki Potok pod pierzynką. 

Na żółtym szlaku położone są Kukułcze Skały. Do schroniska już niedaleko.

Do schroniska mieliśmy raptem kilkaset metrów, ale właśnie wyszliśmy z lasu, który chronił nas przed wiatrem. Będąc na otwartej przestrzeni, poczuliśmy się jakbyśmy weszli na ring. Otrzymywaliśmy cios za ciosem. Nie dający złapać oddechu wicher, jak rozwścieczony bokser, okładał nas bez chwili wytchnienia. Ostre płatki śniegu wdzierały się pod powieki, uniemożliwiając swobodne widzenie.

Słońca to my raczej na tej skiturze nie zobaczymy.

We mgle przedzierały się niewyraźne kontury budynku schroniska. Niczego bardziej nie pragnęliśmy w tym momencie, jak najszybciej do niego dotrzeć. Łatwo nie było, bo wiatr z zaciekłością próbował nas znokautować. Gdy chwyciliśmy za klamkę i władowaliśmy się z nartami do środka, usłyszeliśmy za sobą huk zatrzaskujących się drzwi, jakby wiatr chciał nam przekazać, że jeszcze z nami nie skończył i czeka na zewnątrz. W długim przedsionku zostawiliśmy narty i weszliśmy do głównej sali. Gdy tylko usiadłam przy stoliku, zaczęłam szczękać zębami i dygotać z zimna. Wypitych kilka kubków gorącej herbaty z termosu niewiele zdziałało. Nie mogłam się otrząsnąć po tej kilkuminutowej walce z wiatrem. Co jakiś czas przychodzili kolejni zziębnięci turyści, szukający chwili spokoju i ciepłego kąta. Panowie posiadający brody, wyglądali jak dziady mrozy, jednak taki wizerunek dosłownie topniał gdy tylko dłużej posiedzieli w schronisku. 

Po przegryzieniu kanapki oraz batona, Damian nagle obwieścił, że pora ruszać dalej. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, wciąż zresztą dygocząc. Stwierdziłam, że na tym wietrze stracił po drodze rozum. Ja miałam ochotę jak najszybciej uciec od tej paskudnej aury, a nie kontynuować dalej skiturę! Rozpoczęła się między nami dyskusja. Padło magiczne słowo „maruda”, ale nie dotknęło mnie szczególnie to określenie. Dalej twardo stałam przy swoim, bo uważałam, że naprawdę nie ma sensu na siłę iść dalej. 

Nie mieliśmy jednogłośnej decyzji, więc trzeba było poszukać kompromisu. Damianowi bardzo zależało, by wyrwać chociaż kilka metrów zjazdu w terenie, a ja nie zamierzałam się już więcej wystawiać na ten wicher. W tej sytuacji najlepiej było uciec gdzieś w osłonięty rejon. Powyżej schroniska, znaleźliśmy teren porośnięty wysokimi iglakami, które dawały ochronę od wiatru, a nie rosły na tyle gęsto by uniemożliwiały zjazd. Śniegu było w bród, więc spokojnie można było szusować między drzewkami. To był pierwszy raz kiedy zjeżdżaliśmy w takich warunkach. Zjazd na tym odcinku poszedł mi całkiem sprawnie! Głównie dlatego, iż narty w głębokim puchu nie rozpędzały się i umiałam je kontrolować. Obawiałam się natomiast zjazdu wąskim szlakiem, którym podchodziliśmy. Tuż za Kukułczymi Skałami rozpoczęła się walka z moją głową, nartami i palącymi od bólu nogami, które niewytrenowane wołały bym w końcu przestała hamować pługiem. Innej techniki jeszcze się nie naumiałam, a to był jedyny motyw by jakoś okiełznać rozpędzające się w szaleńczym tempie narty. To wszystko poskutkowało pojawieniem się wkurzenia, zwłaszcza gdy już sytuacja wymykała się z pod kontroli, jedyną szansą na uratowanie się z impasu były kontrolowane upadki. Po nich ciężko było się znowu pozbierać i dalej przełamywać swój strach. Na domiar tego, tą moją nierówną walkę widziało kilku turystów. Jeden z nich nie omieszkał całej sytuacji skomentować. Na otuchę wykrzyczał w moją stronę: "Dupa nie szkło!". Jakoś mnie to nie zmotywowało. Mój nastrój zamiast wypłynąć na powierzchnię, zaczął już eksplorować głębiny umysłu, w których pływały same negatywne myśli.

Z dorobkiem kilku siniaków, po zdecydowanie zbyt długim czasie, w końcu pojawiłam się w górnej części nartostrady "Puchatek". Damiana od tego ciągłego czekania na mnie zaczęło ogarniać zniecierpliwienie. Jemu ten zjazd szlakiem poszedł znacznie lepiej i szybciej.  Ze spuszczoną głową zjechałam do początku nartostrady, wsiadłam do auta, ostatkiem sił ściągnęłam buty i przez całą drogę do domu próbowałam nie wybuchnąć z nadmiaru emocji. To nie był dobry dzień skiturowy w moim wykonaniu.


sobota, 16 grudnia 2017


Po tygodniu, do dyspozycji pojawiła się wolna sobota. Treść złożonego przyrzeczenia z początku sezonu skiturowego nie zmieniła się, więc po raz drugi pojawiliśmy się u podnóża nartostrady "Puchatek" w Szklarskiej Porębie, w myśl: "Trening musi zostać odbyty". Oczywiście pogoda się znowu wypięła i o słońcu tego dnia mogliśmy śmiało zapomnieć. Mi było zresztą po ostatnim razie wszystko jedno. 

I znowu z widokiem na Kukułcze Skały.

Ale..., gdy wyszliśmy z zalesionego terenu, nie było powalającego na kolana wiatru i nawet stało w całej okazałości schronisko!

Łabski Kocioł.

Wiedzieliśmy, że po południu aura nad Karkonoszami ma się pogorszyć. Ominęliśmy schronisko i ruszyliśmy otyczkowanym wariantem szlaku zimowego, który wyprowadza na grzbiet. Zaszliśmy dalej i wyżej niż ostatnio, więc mogliśmy ogłosić pobicie rekordu. W nagrodę za ten wyczyn, ponownie zaczął nas okładać wiatr. Jeszcze próbowaliśmy troszkę podejść w stronę Śnieżnych Kotłów, ale właśnie zaczęły się pogarszać warunki. 

Niestety, focząc już na grzbiecie nad Karkonosze zaczęła opadać chmurna kurtyna. Widoczność zaczęła się pogarszać.

Widząc brak szans na poprawę, zdecydowaliśmy że cofniemy się z powrotem na otyczkowany szlak zimowy i wzdłuż niego po prostu zaczniemy zjeżdżać.

Rodzaj śniegu był całkiem fajny do zjazdu, tylko ten brak widoczności :(

Trzeba było uważać na ukryte hopki, przez które można gęsto zostawiać kupermarki :D

Przy zmniejszającej się wysokości, polepszała się widoczność a prędkość wiatru malała, ale kosztem zwężającego się terenu do zjazdu. Tak, trzeba było ponownie zjechać szlakiem, na którym tydzień wcześniej walczyłam by wrócić do domu w jednym kawałku. Teraz byłam bardziej zmobilizowana do podjęcia wyzwania. Było mi łatwiej ze względu na znajomość profilu zjazdu. Naprawdę chciałam wypaść lepiej niż ostatnio, bo widząc poprawę na pewno zyskałabym trochę wiary w siebie. Po kontrolowanych upadkach, szybciej zbierałam się w sobie i po prostu dalej zjeżdżałam. Ich ilość była mniejsza niż ostatnio, ale jeden z nich był bardzo bolesny, do takiego stopnia że uderzając o zbity śnieg poczułam dziwne przytkanie oddechu. Po kilku sekundach wszystko wróciło do normy, ale w tamtym momencie trochę się wystraszyłam.  Sukcesem dnia, oprócz wyjścia wyżej niż ostatnio było to, że na powrocie do domu nie byłam aż tak negatywnie rozemocjonowana.  Chciałam szybko powtórzyć próbę, tylko marzyłam o trochę lepszej pogodzie, bo ja często mam tak, że podczas wyzwań w górach, które wymagają ode mnie przełamywania się, łatwiej mi jest je podejmować gdy chociaż trochę towarzyszy przyjemna pogoda. Przy takiej ponurej aurze, wszystko wydaje mi się być 100 razy trudniejsze.



niedziela, 14 stycznia 2018


Nowy rok, to nowe nadzieje. Może w końcu w Karkonoszach złapiemy słońce? Mieliśmy wolną niedzielę, więc pojechaliśmy sprawdzić pogodę oraz ilość śniegu. 

Trochę ocieplenia i już na szlaku zastaliśmy zmiany.

Zniknęła też pierzynka na Szrenickim Potoku.

I znacznie szybciej docieramy do schroniska "Pod Łabskim Szczytem".


Czas nas na tej skiturze nie gonił, więc wstąpiliśmy do schroniska. Zanim jednak dotarliśmy do głównej sali, musieliśmy przejść przez komorę nikotynową, którą palacze papierosów utworzyli w korytarzu wejścia zimowego. 

Posililiśmy się kilkoma łykami herbaty oraz standardową kanapką i batonikiem. Zabraliśmy narty z cuchnącego korytarza i wyszliśmy na zewnątrz by dalej kontynuować foczenie. Na wariancie szlaku zimowego, Damian dostrzegł u mnie nieśmiało podnoszące się kąciki ust. W końcu jakiś objaw zadowolenia z mojego bycia na skiturach! Powód nie był wyszukany. Po prostu w końcu pojawiły się przyjemne dla oka widoki i nawet nieśmiało zaczęło się przedzierać przez chmury słońce. 

- No i na co ty teraz będziesz narzekać? - zapytał zaskoczony, gdy ja bez słowa marudzenia, w dużo żwawszym tempie niż wcześniej suwałam nartami do przodu.

Pokonując kolejne metry przewyższenia, Damian co chwilę na mnie zerkał. Nagle się zatrzymał i zaczął recytować wiersz, który stworzył na poczekaniu:

"Stoi na nartach mała maruda
Może dziś wyjazd zepsuć się uda
Stoi i wzdycha, to przecież jasne:
Śnieg jest za zimny a buty za ciasne
Stok jest zbyt stromy a trasa zbyt trudna 
A jak nie zbyt trudna to przecież zbyt nudna!
Wszystko tu czyha na marudy życie
Nawet gdy inni wzdychają w zachwycie"

Coś widać!

Szczyt Szrenicy oraz Kocioł Szrenicki.

Narciarska maruda ze Szrenicą :D

Tym razem zdecydowaliśmy się na zjazd w oddaleniu od przebiegu szlaku zimowego. Całe 5 metrów od tyczek, ale za to w dużo lepszym śniegu.

Przejaśnienia potrwały tylko kilkadziesiąt minut.

Chmury już idą nam na spotkanie.

Początek zjazdu jeszcze przy dość dobrej widoczności.

Zjazd wąskim szlakiem poszedł mi jeszcze trochę lepiej niż ostatnio. Nawet dostałam pochwałę od Damiana, że widać u mnie progres. Ja stwierdziłam, że to nie dzięki pojawieniu się nowych umiejętności, lecz po prostu zastanych lepszych (łatwiejszych) warunków śniegowych na szlaku. Skwitował to jednym słowem: marudzisz!

Będąc już wieczorem w domu, Damian zainspirowany trzema już wycieczkami w rejon Łabskiego, stworzył grafikę na cześć mojego marudzenia na skiturach:


niedziela, 4 lutego 2018


Jak nie do trzech, to może do czterech razy sztuka? To słońce chyba kiedyś zaświeci nad Karkonoszami? Udaliśmy się znowu po starych śladach, nie wiedząc jeszcze, że jest to ostatnia wycieczka w rejon Łabskiego w sezonie. 

Ooo, znowu schronisko "Pod Łabskim Szczytem"!

Trza se trzasnąć focię z Łabskim Kotłem :D

Znowu podejście wariantem szlaku zimowego na grzbiet.

Niespodzianka! Nie wieje, świeci słońce. Śmiało można foczyć dalej!

Niegroźne chmurki na niebie. W końcu będzie zjeżdżanie w warunkach, których tak długo oczekiwałam.

Maska, 2018, film akcji. W rolach głównych: Skadi.

No i zimowe piękno Karkonoszy też udało się złapać!

Gotowa na Łabski Kocioł!

Ziuuu!

W takim wydaniu lubimy się ze skituringiem!

Cały zjazd, aż do nartostrady "Puchatek" był dla mnie naprawdę wielką frajdą i cieszyłam się, że mam narty na nogach. Och, co to kawałek ładnej pogody potrafi ze mną zrobić! :)


Pomimo tego, że naprawdę czasem marudziłam na tych wszystkich czterech wycieczkach, a Damian dzielnie wysłuchiwał moich skiturowych bolączek, to cieszę się że:
  • dałam radę nie zabić się na nartach
  • pomimo czasem naprawdę okropnych warunków pogodowych, pakowałam tyłek do samochodu, by poskiturować, bo dzięki temu: mam poczucie, że nieprzewegetowałam zimy w domu, tylko spędziłam ją aktywnie w górach
  • odkładając narty do szafy, by przeczekały do kolejnej zimy, pozostaję z nimi w zgodzie, a więc zapewne w przyszłym sezonie ponownie będziemy katować Łabski i  mój "ulubiony" szlak



2 komentarze :

  1. Ten wiersz jest genialny! :D
    Czytając, aż mi się zachciało pozjeżdżać w jakimś przyjemnym terenie, a to dopiero maj. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten pierwszy i trzeci punkt chyba najważniejsze ;) Że żyjesz i za rok będziesz dalej ćwiczyć jazdę na nartach :)

    Ja też mam wrażenie, że pogoda tej zimy nie była jakaś rewelacyjna. Ale zimą mogę jechać nawet gdy mają być chmury i sypać śnieg, bo to jakoś tak lepiej niż w trakcie deszczu. Przynajmniej nie moknie się :P

    OdpowiedzUsuń