6 października 2019

STONEMAN MIRIQUIDI - solidne MTB w Rudawach


Rudawy są pasmem górskim leżącym w północnych Czechach i południowo-wschodnich Niemczech (Saksonia). Zajmują dość spory obszar (ok 150 km długości i ok 40 km szerokości). Erzgebirge (niem.), Krušné hory (cz.), Ore Mountains (ang.) - pod takimi nazwami kryją się Rudawy w innych językach. U nas są Rudawy, które mogą mylić się z innymi – Rudawami Janowickimi. Nazwa pasma odnosi się do bogatych pokładów rud i kruszców srebra, cyny, żelaza i miedzi. Cały obszar związany jest z długoletnią historią górnictwa. Najwyższym szczytem Rudaw jest czeski Klínovec (niem. Keilberg) 1244 m n.p.m., miano najwyższego po stronie niemieckiej dzierży Fichtelberg 1215 m n.p.m. W Rudawach jest silnie zakorzeniona sztuka ludowa w postaci bożonarodzeniowego rękodzieła. Takie symbole jak dziadek do orzechów czy kadzidełka w formie drewnianego ludzika powstały właśnie w saksońskich Rudawach!



Gdyby ktoś zaproponował mi pieszy weekend w Rudawach, z braku innych ciekawych górskich perspektyw, pewnie bym się tam wybrała – w myśl zasady, że każde góry dobre, byle tylko nie siedzieć w domu! Jednak gdy w grę wchodzi rower i gotowiec w postaci 160 km pętli oznakowanej w terenie i zdobywanie najważniejszych szczytów tego pasma – ja więcej pytań nie mam! Rudawy to dla mnie takie zblendowanie Gór Izerskich, Łużyckich oraz Beskidu Wyspowego. Ciekawe połączenie, nieprawdaż? Poznanie ich na rowerze było najlepszą opcją! Wytyczona trasa w formie pętli pozwala kompleksowo poznać najciekawsze i najważniejsze miejscówki w Rudawach! Wystarczą na to trzy dni w trybie jazdy umiarkowanej.

Roland Stauder to koleś, który jest założycielem wytyczonych tras rowerowych MTB pod projektem o nazwie Stoneman. W kilku górskich zakątkach w Europie czeka rowerowa przygoda, reklamowana hasłem „Pure MTB Emotion”. W kilku oficjalnych miejscach na trasach (zazwyczaj biuro informacji turystycznej) można zakupić pakiety startowe z gadżetami i zarejestrować się jako oficjalny biker, który po przejechaniu całej pętli widnieje w Stoneman'owym „Hall of fame”. Standardowo trasy są rozpisane na 1-3 dni (zależy od ambicji i rzeźby łydy), mają podobny kilometraż i przewyższenie oraz motyw z kasownikami. Kolekcjonowanie stempli na karcie, pozwala odebrać później zasłużony „pucharek” w odpowiednim kolorze – analogicznie trasa przejechana w jeden dzień = złoty, dwa dni = srebrny, trzy dni = brązowy. Oprócz różnorodności nawierzchni jaką spotkamy pod kołami, duży nacisk w wytyczaniu tras nałożono na walor krajobrazowy.


W Rudawach na pograniczu czesko-niemieckim powstał Stoneman „Miriquidi”. Trasa w formie pętli liczy ponad 160 km, podczas której zdobywa się 9 szczytów i pokonuje ponad 4000 m przewyższenia. „Miriquidi” nawiązuje do średniowiecznej nazwy lasu porastającego Rudawy. 

W skład 9 szczytów wchodzi: Fichtelberg (1215 m), Klínovec (1244 m), Plešivec (1028 m), Blatenský vrch (1043 m), Auersberg (1019 m ), Rabenberg (913 m), Scheibenberg (807 m), Pöhlberg (832 m), Bärenstein (898 m).

Trasa Stoneman Miriquidi.
www.stoneman-miriquidi.com

Na „Miriquidi” wybrałam się razem z Agnieszką, z którą przejechałam na rowerze m.in. Mały Szlak Beskidzki, będący stricte szlakiem pieszym. Z tamtego wyjazdu zebrałyśmy spore doświadczenie, więc przygotowanie się na nowe rowerowe wyzwanie nie wymagało od nas długich rozważań strategicznych i logistycznych. Standardowo ja miałam apteczkę, a Agnieszka podstawowy sprzęt do ewentualnej naprawy roweru. Razem z rzeczami osobistymi spakowałyśmy się w ok 20 l plecaki. Temat noclegów postanowiłyśmy załatwić od razu, ponieważ na MSB rozglądanie się za noclegami pod wieczór przynosiło tylko stres i stratę czasu. W przeddzień wyjazdu od razu załatwiłam nam dwa noclegi korzystając z booking.com. Lokalizacja noclegów z automatu nadawała nam dzienny dystans jaki miałyśmy pokonać każdego dnia. Nasz plan na "Miriquidi" wyglądał tak:


Plan na  3-dniowy weekend :)



Dzień #1


piątek, 30 sierpnia 2019



Agnieszka zjawiła się u mnie przed 9-tą. Sprawnie zarzuciłyśmy dwa rowery na dach samochodu i ustawiłyśmy nawigację. Dojazd w rejon Rudaw z Dolnego Śląska jest bardzo prosty i szybki (jeżeli nic się nie dzieje na autostradzie). Do przejechania jest około 300 km. Na „Miriquidi” nie ma konkretnego miejsca gdzie rozpoczyna się trasa. Można wystartować w najdogodniejszym punkcie na pętli. Trzeba mieć tylko na uwadze, że trasa jest jednokierunkowa! My wybrałyśmy niemiecką miejscowość Annaberg-Buchholz, ze względu na najdogodniejszy dojazd autem oraz parking znajdujący się przy trasie. Po lekko ponad 3 godzinach jazdy miałyśmy być na miejscu. Niestety wypadek jaki zdarzył się na autostradzie wygenerował dodatkowe 2 godziny obsuwy. 


Zamiast wystartować o 13:00, na trasie pierwsze kilometry zaczęłyśmy kolekcjonować ok godziny 16:00, bo dość że zajechałyśmy później niż założyłyśmy, to jeszcze czas nam umknął na rowerowym wstąpieniu do centrum miejscowości, w celu rozważenia zakupu pakietu. Ostatecznie żadnego w sumie nie kupiłyśmy. Wróciłyśmy na rowerach z powrotem w okolice parkingu, by rozeznać się w oznakowaniu trasy. Po bardzo udanym motywie wykorzystanym na szlaku Adlerweg z plikami GPX, całą trasę miałam wgraną w aplikacji otwierającej taki format. Specjalnie na „Miriquidi”, w przeddzień wyjazdu został popełniony zakup uchwytu na telefon, który można mocować na kierownicę. Zdecydowałam się na model, który montuje się przy pomocy specjalnego adaptera pod kapsel mostka. Muszę przyznać, że oznakowanie trasy w terenie jak na taki duży dystans oraz to, że prowadzi przez dwa państwa, jest bardzo dobre. Zazwyczaj naklejki z logiem Stoneman były umiejscowione we właściwych miejscach, które nie budziły wątpliwości. Śladu GPX i naszej lokalizacji użyłyśmy może kilka razy, ale to tylko dlatego, że zależało nam na czasie. Nie dysponowałyśmy mapą turystyczną Rudaw. Z resztą i tak przebieg Stonemana nie byłby nakreślony.

Pierwszy dzień jaki miałyśmy rozpisany był dość łagodny. Wykres profilowy trasy nie miał ostrych zębów piły. 

Cyfry na dystans pieszy są spore, ale na rowerze mierzy się je inną miarą.

Pierwszego dnia przejeżdżałyśmy przez sporo łąk i rozległych pól, które na horyzoncie przechodziły w łagodne wzgórza.

Beskid Wyspowy?

Chyba jakaś burza kręci się po okolicy?

Przyjemna przejeżdżka po lesie.

A tak wygląda trofeum Stoneman'a w skali giga.


Oczywiście wspólna fota obowiązkowa. Pani mieszkająca obok tej konstrukcji napstryka się tych zdjęć co niemiara,
bo śmiałków przejechania Stoneman'a przybywa! ;)

Po focie z pucharkiem Stoneman'a zjechałyśmy na asfalt do miejscowości Crottendorf Erzgebirge. Właśnie zaczęło padać. Znaki prowadziły na prawo, ale skręciłyśmy w lewo by schronić się w zadaszonym przystanku autobusowym. Siedziałyśmy ponad pół godziny obserwując intensywność spadających kropli i nasłuchując wyładowań atmosferycznych. Nieplanowaną przerwę wykorzystałyśmy na uzupełnienie energii w postaci konsumpcji batona. Burza która jeszcze przed momentem wisiała nad nami, sprawiała wrażenie oddalania się od nas, ale wciąż jeszcze popadywał deszcz. Patrząc na godzinę jaka nas już zastała, pozostałe kilometry do przejechania oraz to, że na horyzoncie pojawili się inni rowerzyści śmiało cisnący w deszczu, postanawiałyśmy dłużej nie czekać. Początek miałyśmy chłodny, bo zdecydowałyśmy nie ubierać na siebie kurtek. Przed nami był podjazd na pierwszy szczyt z dziewięciu jakie miałyśmy uzbierać w ciągu trzech dni. Podjazd nas na tyle rozgrzał, że nie przeszkadzał nam padający deszcz i lekkie obniżenie temperatury powietrza.

Scheibenberg zapowiedział nam jak będzie wyglądać większość szczytów na które będzie nam dane wjechać na trasie "Miriquidi". Włożony trud w podjazd na rowerze będzie rekompensowany zalesionym wierzchołkiem. Żeby nie było jednak tak smutno, to z dodatkiem wieży widokowej oraz knajpy. W ostatecznym rozrachunku chyba nie tak źle? 👌

Pierwszego dnia zdobyłyśmy tylko 1 z 9 szczytów na trasie "Miriquidi" - Scheibenberg 807 m n.p.m.

Pulę zdobytych szczytów zasilił dzisiaj tylko jeden. To nie był jednak koniec podjazdów! Przed nami uwidoczniła się na horyzoncie elektrownia szczytowo-pompowa. Oczywiście znaki Stoneman'a prowadziły w tamtym kierunku.

Pozostałości po burzy w postaci kałuż i niskich chmur.

Nie tylko Stoneman. W Rudawach są także inne szlaki rowerowe jak również konne!


Elektrownia szczytowo-pompowa.

Mgła w lesie zawsze na propsie.


Zachód słońca zbliżał się nieuchronnie, a nam brakowało jeszcze kilkunastu kilometrów by wykonać plan dnia. Dystans jednak zaczął szybko maleć. Po osiągnięciu najwyższego punktu elektrowni, ponownie mogłyśmy się cieszyć długim zjazdem. Pod kołami miałyśmy stabilny szuter, ale przed oczami ciemność! W lesie już praktycznie panowała późna szarówka. Czołówki wygrzebałyśmy kiedy już nawet na otwartej przestrzeni nie było widać co mamy przed kołami.

Dojechałyśmy do miejscowości Pöhla. W tym miejscu opuściłyśmy przebieg trasy Stoneman na rzecz 5 km dojazdu do miejscowości Raschau, w której miałyśmy zarezerwowany nocleg. Do hoteliku Enamorate de Hirtbrück dojechałyśmy na 21:00. Na szczęście obiekt jeszcze tętnił życiem dzięki znajdującej się i czynnej do 22:00 restauracji. Odnalazłyśmy szefa obiektu, który władał kilkoma językami, tylko nie angielskim. Młoda obsługa kelnerska znała dosłownie kilka słówek. Udało się na szczęście jakoś dogadać. Rowery zostały przykryte płachtą w ogródku piwnym, a my delektowałyśmy się zupami ugotowanymi na hiszpański charakter. Na dobry sen dostałyśmy jeszcze w gratisie hiszpańskiego shot'a. Ja za alkoholem nie przepadam, ale to co było w kieliszeczku było mega dobre! Żałuję do dzisiaj, że nie zapytałam o nazwę tego trunku! Przy stoliku powymieniałyśmy się wrażeniami zebranymi na trasie i z grubsza ustaliłyśmy plan na jutrzejszy dzień - a ten zapowiadał się jako najcięższy. Dobra nowina była taka, że nie będziemy musiały ścigać się z burzami i deszczem!


Dzień #2


sobota, 31 sierpnia 2019




Dzisiaj miałyśmy do przejechania ponad 70 km, w których będą zawarte aż cztery szczyty! Za sprawą zbliżania się trasy w rejon bardziej górzysty, jak również w obszar przygraniczny, zapowiadał się nam dłuugi i bardzo zróżnicowany dzień. Podjechałyśmy do Pöhli gdzie wczoraj zapauzowałyśmy Stoneman'a. Od samego rana na niebie gościło słońce, które miało nas dopiero opuścić w chwili chowania się za horyzontem. Jazdę na trasie rozpoczęłyśmy od mocnego podjazdu, by później dostać chwilę wytchnienia w postaci długiego zjazdu do miejscowości Rittersgrün.

Sympatyczna aura do całodziennej jazdy na rowerze.

Nie tylko naklejki robią za oznakowanie Stoneman'a.

Znaki poprowadziły nas dalej w stronę obszaru przygranicznego. Otoczenie bardzo przypominało Góry Izerskie! Z resztą zimą przebiegają tam trasy narciarskie. Wjechałyśmy na główną magistralę, po której kręciło się sporo rowerzystów. 

 7 km podjazd.

Zdjęcie zrobione lustrzanką podczas zjazdu. 😂

W Rudawach jest sporo wiat, które świetnie nadają się na przejazd Stoneman'a w formie bikepackingowej.

Przejazd ścieżką typu single track.

Przy kombinacji szutrów i wąskich ścieżek rowerowych typu single track dotarłyśmy na drugi szczyt na trasie Stoneman– Rabenberg 913 m n.p.m. Sam wierzchołek nie przypomina wyglądem typowej góry – jest zagospodarowany i płaski. Znajduje się tutaj Trailcenter Rabenberg. Miałyśmy okazję zjechać jednym single trackiem w ramach tego kompleksu, bo tak prowadziły nas dalej oznakowania. Sam single nie należał do najprostszych. Dla naszych umiejętności był on trochę wymagający. 

Charakterystyczne kasowniki.

Łatwiejsze momenty na single tracku.

Serpentyny. 😉

I kolejny łącznik szutrowy.

By ponownie wjechać w bardziej wymagający teren.

Zjazd do miejscowości Erlabrum.

To co się zjechało trzeba było ponownie wjechać. Do zgarnięcia był kolejny szczyt z listy. Podjazd na Auersberg strasznie nam się dłużył, być może dlatego, że pozwoliłyśmy sobie także na dłuższy odpoczynek. Na samym wierzchołku dałyśmy się ponieść degustacji schłodzonego Radlera, więc wpadła kolejna długa przerwa. Wybiła połowa dnia jak i połowa naszej trasy. 

Początek podjazdu na Auersberg.

Skajek na Auersberbegu - pierwszej górze w Rudawach przekraczającej 1000 m n.p.m!

Szykował nam się szybki zjazd i opuszczenie Niemiec. Obszar Rudaw miałyśmy eksplorować już po Czeskiej stronie mocy.

W rudawskim lesie.

Sympatyczne mostki. Było ich na trasie Stoneman'a co najmniej kilka.

Przejechałyśmy przez przejście graniczne w miejscowości Potůčky. Po jeździe głównie w terenie, z dala od dużych skupisk ludzkich, czułyśmy się dziwnie przejeżdżając wzdłuż drogi, która stanowiła bazar rodem z lat 90'. Z każdym metrem sukcesywnie oddalałyśmy się od tego miejskiego chaosu.

Kopia rzeki Jizera w Górach Izerskich - Rzeka Černá w Rudawach.

Wzdłuż rzeki Černá mozolnie kręciłyśmy podjazd by zdobyć kolejny szczyt z listy. Końcówka na Blatenský vrch należała do najtrudniejszych do podjechania. Przebieg trasy był dzielony ze szlakiem pieszym, który był stromy i bardzo kamienisty. Zapewne mieniące się w blasku słońca wyrzeźbione męskie łydy (które co jakiś czas nas wyprzedzały) dawały sobie z nim radę, my już odpuściłyśmy i uskuteczniłyśmy wypych. 

Blatenský vrch 1043 m n.p.m. Na tablicy informacje o kolejnym etapie Stonemana, który miałyśmy do przejechania. 

Znowu straciłyśmy przewyższenie na szybkim i przyjemnym zjeździe. Po wyjechaniu z lasu ukazał się nasz kolejny cel - Plešivec (1028 m n.p.m). Czułyśmy już trochę zmęczenie.  Na wieść, że jesteśmy już w 3/4 trasy odnalazłyśmy jeszcze trochę zapasów energii.

O taki sobie wyrósł Plešivec. Nie prezentował się aż tak strasznie na rowerowy podjazd.

Plešivec (1028 m n.p.m). Już starczy na dzisiaj tych szczytów.
 Klínovec zostawimy sobie na jutro!

Rudawy o zbliżającym się zachodzie słońca.

Zjazd po trasie narciarskiej. Szczyt uzbrojony jest w wyciąg.

Do mety dnia było już niedaleko. Nocleg miałyśmy zarezerwowany w Chacie Matylda w miejscowości Mariánská. Na autopilocie podjeżdżałyśmy ostatnie 4 km asfaltem. Tuż przed zachodem słońca zameldowałyśmy się na miejscówce. Właściciel obiektu znał angielski, więc bez problemu dogadałyśmy się we wszystkich sprawach. Zdążyłyśmy nawet spróbować czeskiej kuchni „na mieście”.


Dzień #3


niedziela, 1 września 2019



Byłyśmy już bliżej niż dalej by zamknąć pętlę Stoneman'a. Dzisiaj plan przewidywał skromne 50 km i kolejne 4 szczyty do zdobycia. Po południu miały się pojawić jakieś burze. Ciężko było przewidzieć w którym dokładnie miejscu miałyby nas dopaść. Po opuszczeniu Mariánskiej przedostałyśmy się przez wzgórza do Jáchymova. Przejechałyśmy przez główną drogową arterię miasta, by następnie wyjechać na drogę prowadzącą do ośrodka narciarskiego. Najwyższy szczyt Rudaw ma w swojej ofercie przygotowaną infrastrukturę na okres zimy. Czy jest tam co robić gdy stopnieje śnieg? Na szczycie funkcjonuje Trail Pak Klínovec (www.trailpark.cz), więc wyciąg wykorzystywany jest nie tylko przez piechurów i narciarzy, ale również rowerzystów. Na Klínovec oczywiście wdrapałyśmy się kręcąc rowerowymi korbami. Końcowy podjazd przez trasę narciarską nie był stromy, ale odebrał nam sporo sił. Jechałyśmy po nawierzchni, która zwiększała opór toczenia kół.

Klínovec 1244 m n.p.m - najwyższy szczyt Rudaw.

Klimat w Czeskich Rudawach.

Podobno wakacje się skończyły. Jak dobrze, że nie chodzimy już do szkoły :P

Powyżej granicy lasu. Od razu czujemy, że wjeżdżamy na górę z "krwi i kości". 🤣

Zimą zapewne rower można zamienić na biegówki lub narty zjazdowe.

Niby blisko, a jednak jeszcze trochę daleko.

Na Klínovec można wjechać też autem, więc w pogodny dzień może się tu kręcić sporo ludzi.

Na Klínovcu wjechały kufle z Radlerem. Miałyśmy też ochotę na jakąś szamę, ale byłyśmy za wcześnie i obowiązywała jeszcze oferta śniadaniowa, na którą kompletnie nie miałyśmy smaka. Nawodniłyśmy się na tyle by starczyło na podjazd na kolejny szczyt. Zjechałyśmy do przygranicznej miejscowości Boží Dar, tym samym opuszczając Czechy i ponownie zawitałyśmy po niemieckiej mocy Rudaw. 

Kolejna tablica z kasownikiem.

Wizja ciepłego posiłku (słodycze już nam przestały wchodzić) motywowała nas do intensywnego korbkowania. Na najwyższym szczycie Rudaw po stronie niemieckiej – Fichtelberg – zrobiłyśmy sobie przerwę obiadową. Niebo po jednej stronie ubrało na siebie ciemne barwy, ale liczyłyśmy, że prognozowane burze przetoczą się z dala od kierunku naszej dalszej jazdy. Spokojnie uzupełniałyśmy kalorie w jednej z knajp na szczycie.

Fichtelberg. Tutaj też można wjechać i wyciągiem i autem.

A tak prezentuje się Klínovec ze szczytu Fichtelberg.

Burza dopadła nas przed głównym podjazdem na Bärenstein. Nie zrobiłyśmy przerwy w jeździe. Z plecaków wyskoczyły jedynie ochronki przeciwdeszczowe. W zimnej i mokrej aurze podjechałyśmy na przedostatni szczyt z listy. Moment najgorszej ulewy przesiedziałyśmy w budynku. 

Po burzy wychodzi słońce.
Bärenstein 898 m n.p.m.

Skajek na Miriquidi. Stan szczytów 8/9.

Naszą metę na Miriquidi było już czuć w powietrzu. Został nam ostatni szczyt, który znajdował się tuż przy parkingu gdzie czekał na nas samochód. Przejazd w okolice Annaberg-Buchholz był całkiem przyjemny, jednak już sama rowerowa wspinaczka na szczyt Pöhlberg była wymagająca. Stopień trudności został podniesiony przez pozostałości burzy, która również i tutaj sięgnęła swoimi mackami. Podjazd był mokry, grząski, kamienisty i bez woli walki o pozostanie w siodełku. Więcej epitetów nie pamiętam. 😉

Pöhlberg 832 m n.p.m.Mamy to! 9/9! 

Została ostatnia minuta na trasie Miriquidi – zjazd do auta. Czujnie, bez wariacji by nie zrobić sobie kuku na ostatnich metrach. Na parkingu przejechałyśmy wirtualną linię mety. Domknęłyśmy pętlę!

To były trzy bardzo intensywne i wymagające kondycyjnie dni. Była to świetna forma poznania Rudaw i motyw na aktywne spędzenie weekendu. Zasłużyłyśmy na brązowy pucharek Stoneman'a, choć gdyby nie późny start pierwszego dnia, a powtórka dystansu z dnia drugiego, miałyśmy sporą szansę na srebro. Mijała nas na trasie tylko męska brać rowerowa, więc... dziewczyny... na rowery! 

"Miriquidi" bardzo nam się podobał. Ja osobiście uwielbiam takie projekty, gdzie nie muszę planować trasy! To na pewno nie koniec mojej przygody ze Stoneman'em. Do przejechania jest jeszcze austriacka "Taurista,  włoska "Dolomiti" oraz szwajcarska "Glaciara". 



5 komentarzy :

  1. Urok krajobrazu chwyta za serce cudowne zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mało w Rudawach typowych panoram. Dużo jest lasów. Wieże widokowe na szczytach ratują trochę sytuację. Wędrówki piesze mogą być mało urozmaicone, ale na rower teren jest fantastyczny! Polecam Rudawy szczególnie na dwóch kółkach!

      Usuń
  2. Fajny pomysł na trasę. Ja Rudawy odwiedziłem w 2012 roku, pieszo. Myślę, że opcja rowerowa na nie to dużo lepszy wybór.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W którym rejonie Rudaw wędrowałeś?

      Usuń
    2. Zaczynałem w czeskich Kraslicach, potem w stronę szczytu Plešivec, Klinovec, Klášterec nad Ohří, a skończyłem w miejscowości Osek. Takie przejście pasma z zachodu na wschód. A później poszedłem dalej Średniogórzem Czeskim i Górami Połabskimi.

      Usuń