SEVEN SUMMITS STUBAI - Habicht 3277 m n.p.m


Schodzimy właśnie ze szczytu Serles i z niepokojem obserwujemy niebo, które w całej swej rozciągłości zaczyna zmieniać swój wygląd. Otrzymujemy dosadne potwierdzenie tego, co prognozowali meteorolodzy na najbliższe dni. Po i tak, przesadnie długim paśmie słonecznej pogody, do Tyrolu zbliża się wielkimi krokami, solidny powiew, nieubłagalnie zbliżającej się jesieni. Niestety w tej mało lubianej wersji - zimnej, deszczowej, a w górach - nawet śnieżnej.


W Dolinie Stubai mamy do dyspozycji jeszcze dwa dni i teoretycznie jeszcze jeden szczyt do zdobycia z projektu SEVEN SUMMITS STUBAI. By otrzymać trofeum oraz dyplom, potrzebny jest komplet wszystkich siedmiu szczytów. Pozostaje nam na liście - monumentalnie prezentujący się Habicht - trzytysięcznik, na który trzeba szykować sporo sił i stabilnej pogody. Cały projekt SEVEN SUMMITS STUBAI chcieliśmy ukończyć w ramach jednego pobytu (urlopu) i trochę też strategicznie zostawiliśmy sobie Habicht na koniec. Dlaczego? Ano dlatego, że wdrapaliśmy się na niego w 2012 roku i to nie byle jaką drogą! Na ostatniej prostej tego wyzwania, gdyby zabrakło czasu lub właśnie pogody, Habicht miał być naszym jokerem.

Będąc wieczorem na kwaterze i mając dostęp do wszystkich informacji związanych z pogodą, trasą oraz zapewnieniem, że Centrum Informacji Turystycznej Doliny Stubai, spokojnie zaliczy nam ewentualne wejście na Habicht na podstawie zdjęcia z przed kilku dobrych lat zapada decyzja, że kończymy naszą górską przygodę z tym projektem.

Gdyby pogoda chociaż na jeszcze jeden dzień była stabilna, to myślę, że nie skorzystalibyśmy z "joker'a", a po prostu wybrali się po raz drugi na Habicht, tym razem zgodnie z propozycją trasy poniżej (no ewentualnie w wersji jednodniowej, gdyby faktycznie pogoda miałaby się na dłużej nie utrzymać).


SEVEN SUMMITS STUBAI to 7 szczytów z charakterem wybranych w austriackiej Dolinie Stubai. Informacje ogólne oraz praktyczne o tym projekcie znajdują się w osobnym poście - TUTAJ.

Dlaczego Habicht znalazł się na liście? Oto co pisze oficjalny portal Doliny Stubai - WWW.STUBAI.AT:



HABICHT  - "Znamienny"

Habicht jest dowodem na to, że można być potężnym i wcale nie najwyższym szczytem. Ze swoimi 3277 metrami musi wprawdzie ustawić się za swoimi przyjaciółmi Zuckerhütl i Wilder Freiger, jednak jego grań jest najwyższa w całych Alpach Sztubajskich. Trudno więc się dziwić, że "Hoger" był przez dłuższy czas uważany przez miejscowych ze względu na swój wyjątkowy kształt za najwyższą górę Tyrolu. Niespotykany widok dookoła! Kto chce podziwiać Alpy Sztubajskie w całej rozciągłości, ponadto północne Alpy Wapienne, Zachodnie Alpy Zilletralskie jak i Dolomity, musi wejść na Habicht. Szczególny widok przedstawia się patrząc na południe od wolno stojącego szczytu Habicht, gdzie widać skalne bastiony szczytów Tribulaun i Goldkappel.

Ranga turystyczna

Można sobie uroić, że zdobyło się ten szczyt jako pierwszy, jednak później trzeba sobie uzmysłowić, że prawda jest nieco inna. Tak było w przypadku wejścia Carla Thurwiesera z Kramsach. Po zdobyciu Habicht 1 września 1836 roku zastał na szczycie kamienną postać, z czego mógł wywnioskować, że ktoś zdobył ten szczyt już wcześniej.

Thurwieser wprawdzie wszedł na Habicht, jeden z wszystkich wysokich szczytów doliny Stubai jako pierwszy turysta, ale należy przypuszczać, że przed nim byli tak wysoko lokalni myśliwi czy pomocnicy mierzący grunty. Zapiszmy więc osiągnięcie Petera Carla Thurwiesera, tym bardziej, że nie ma zapisów świadczących o wcześniejszych wejściach na szczyt. Według podań Thurwiesera, wspinał się on wraz z przewodnikiem górskim Ingenuinem Krösbacherem. Z Fulpmes trzy godziny i 25 minut od położonej na północ hali Pinnisalm, przełęczą Pinnisjoch, następnie w kierunku zachodnim do Speikgrathöhe i polem firnowym, a na końcu wschodnią granią na szczyt Habicht. Na górze pozostawali cztery i pół godziny, wykonali tam zachwycające notatki dotyczące widoków i przeprowadzili pomiary barometryczne.

Dane dotyczące trasy:

Początek: Neustift, dzielnica Neder (970 m)
Cel: Habicht (3277 m)
Czas dojścia:  1 dzień▲ 4 1/2 h    (od Karalm 2h); 2 dzień ▲ 3 h ▼ 6 1/2  h (do Karalm 2 1/2 h)
Różnica wysokości:  1 dzień:1400 m; 2 dzień: 900 m
Możliwości na przerwę:  Issenangeralm (1380 m), Pinnisalm (1550 m), Karalm (1737 m), Innsbrucker Hütte (2369 m).

Kondycja: 
Technika: 
Charakterystyka: wymagająca wędrówka wysokoalpejska z miejscami wspinaczkowymi (UIAA I) i odcinkami ze stalową liną. Szczególnie w trakcie wyprawy na Habicht trudność zależy bardzo od aktualnych warunków (pola śniegu, oblodzenie). Mały lodowiec firnowy nie wymaga sprzętu lodowcowego. Osobom bez doświadczenia w wyprawach wysokogórskich, polecamy pójście z przewodnikiem.

Dojazd/Punkt wyjścia:

Wyprawa zaczyna się przy płatnym parkingu w dzielnicy Neustift - Neder. Parking znajduje się tuż obok drogi w głąb doliny po prawej stronie. 

Podejście:

Z parkingu ruszamy pieszo i idziemy przez dolinę Pinnis, mijając bacówki Issenager i Pinnisalm, do Karalm. Alternatywnie taksówką z Neder można dojechać do bacówki Karalm. (tel. +43 (0) 5226 2877).

Od bacówki Karalm idzie się licznymi serpentynami przez 2 godziny do schroniska Innsbrucker Hütte, z którego do szczytu Habicht potrzeba jeszcze 3 h.

Wskazówka: ze względu na długość wyprawy polecamy nocleg w schronisku i atakowanie szczytu Habicht stamtąd następnego ranka. Dobrze oznaczony szlak prowadzi ze schroniska przez najpierw skalisty teren, potem łatwą wspinaczką przez blokowiska skalne, aż ostatecznie niedaleko szczytu dotrzemy na pozostałości lodowca. Lodowe pole bez szczelin da się bez problemów pokonać bez raków, a potem czeka już tylko ostatnia ściana skalna, która jest zabezpieczona linami do samego szczytu.

Zejście:

Zejście tak samo jako podejście.


____________________________

Nasze wejście na Habicht w 2012 roku prowadziło zupełnie innym i mało turystycznym wariantem, a mianowicie przez północną ścianę. Pierwszy raz przekroczyliśmy wtedy granicę 3000 m n.p.m, również pierwszy raz nocowaliśmy pod namiotem w Alpach i równie pierwszy raz postawiliśmy stopy na lodowcu i pierwszy raz zmierzyliśmy się z alpejskim, śnieżno-lodowym "Nordwandem"! Gdy wracam wspomnieniami do tego wyjazdu i patrzę teraz z szerszej perspektywy doświadczenia górskiego, to wejście na Habicht tym wariantem było bardzo ambitnym posunięciem. Nie miałam wtedy pojęcia, że wejście na tę górę przyda mi się podczas wyzwania SEVEN SUMMITS STUBAI! Habicht ma w moim sercu miejsce szczególnie. Ta góra zachęciła mnie do śmielszego spoglądania na wysokogórski świat i zasiała dożywotnie ziarno pasji do gór. Myślę też, że już wtedy zauroczyłam się Austrią i ogólnie Alpami.


sobota, 26 maja 2012


Zanim dojechaliśmy do wioski Volderau w Dolinie Stubai, pamiętam, że w czasie jazdy miałam chwile mocnego osłabienia i nudności. Myślę, że spowodowane to było krętymi drogami. Na szczęście, na miejscu poczułam się już dobrze. W pobliskiej restauracji zjedliśmy śniadanie oraz zostawiliśmy samochód. Po południu, z baardzo ciężkimi plecakami wyruszyliśmy w stronę wioski Gastieg, z której rozpoczyna się szlak.  Z pułapu dna doliny, nie widziałam jak prezentuje się Habicht. Gdyby został mi on pokazany z szerszej perspektywy, wielce prawdopodobne optowałabym za tym, aby zrezygnować z wejścia na tę górę. Jej bryła naprawdę prezentuje się okazale o każdej porze roku i od razu wzbudza respekt! Na tym zdjęciu doskonale widać jej masywność, jak również wybraną przez nas drogę! 

Poranek w Volderau.

Rozpoczęliśmy standardowo - od drogi szutrowej.


Tego dnia, nie mieliśmy oczywiście w planach zdobywania szczytu, a jedynie wyjście powyżej granicy lasu i rozbicie się gdzieś na w miarę płaskim terenie z namiotem, a na atak szczytowy wyruszyć następnego dnia. Generalnie nasza strategia i logistyka zakładała zdobywanie trzytysięcznika w stylu himalajskim, a nie alpejskim! 😅

Orzeźwienie/Ożywienie przy strumieniu!

Podejście w ostrym słońcu. Ciężko się nam szło.

Powyżej małej gospody Mischbachalm uznaliśmy, że nie mamy już sił iśćdalej, a i teren coraz mniej predysponuje do rozbicia namiotu. To uczucie zmęczenia nakręcało nasze mniemanie o wielkości góry na jaką chcemy się wdrapać! Z perspektywy czasu, uważam jednak, że głównymi winowajcami naszej szybkiej utraty energii były jednak za ciężkie plecaki. Tego typu górę spokojnie da się urobić w jeden dzień, ale o tym wiem w 2021 roku. 😂

Pierwszy raz w Alpach Sztubajskich.

Odpoczynek.

Noc w namiocie przed atakiem szczytowym.

Choć pierwotnie teren do rozbicia namiotu wydawał się być według nas dobry, to niestety noc wszystko zweryfikowała. Gdy już położyliśmy się spać, zsuwaliśmy się na dół, dotykając stopami ścian namiotu. Niestety okazało się, że nie mamy wrodzonej smykałki do wybierania najlepszego miejsca na biwak. Nie mogliśmy przez to spokojnie spać. Dodatkowo emocje przed jutrzejszym dniem brały górę. W końcu mieliśmy spróbować przekroczyć magiczną barierę 3 tys. m n.p.m! Dopiero o świcie mocniej przymknęły nam się oczy, co spowodowało, że z namiotu wypełzliśmy znacznie później niż planowaliśmy.


niedziela, 27 maja 2012


Gdy założyliśmy na siebie praktycznie wypełnione powietrzem plecaki, od razu poczuliśmy różnicę w naszym tempie poruszania się. Dotarliśmy do jęzora lodowca i u jego progu zarzuciliśmy na siebie szpej. Weszliśmy na lodowiec, który jeszcze pokryty był cieniem. Niestety, gdy słońce wyłoniło się powyżej okolicznej grani, a nas zaczęły dotykać pierwsze promienie UV, nasze tempo i samopoczucie bardzo opadło.

Choć pomysłodawcą wyjazdu był Damian, to widać od razu kto lepiej znosi wszelkie niedogodności w górach. 😅

Pierwszy kryzys na lodowcu. Wszystko przez to słońce!

Ja jeszcze byłam kompletnie nieświadoma, co może zrobić połączenie lodowca ze słońcem i w ogóle nie pomyślałam o tym, żeby nasmarować twarz kremem ochronnym! Ba, w sumie w ogóle nie zabrałam go na wyjazd! Dwa dni później zamieniłam się w odwróconą pandę, mając jasne placki wokół oczu (od okularów) oraz czerwono-ogniste poliki. Dodatkowo pojawiła się także oprycha na całych ustach! Mój wygląd po wyjeździe bardzo zwracał uwagę ludzi, którzy z troską i zaciekawieniem pytali co mi się stało! Dobrze, że wtedy nie pracowałam i wciąż nie pracuję w obsłudze klienta, bo trzeba by było brać dodatkowy urlop na wygojenie ran! Na szczęście w mojej pracy, twarz zasłaniam maską chirurgiczną, więc jakoś udało mi się wtedy przetrwać późniejsze tygodnie, zanim wszystko wróciło do normy!

Na lodowcu poruszaliśmy się bardzo wolno, zwłaszcza towarzysze byli mniej odporni na wysokie temperatury. Mimo wszystko, powoli pięliśmy się w górę, zbliżając się konsekwentnie do 3 z przodu na wysokościomierzu. Gdy lodowiec przybrał już poważniejszą postać, związaliśmy się liną, co jeszcze bardziej nas spowolniło.

Na lodowcu Mischbach (Mischbachferner).

W drodze na szczyt...

Na lodowcu Mischbach (Mischbachferner).

Tam w samolocie mają pewnie klimatyzację!

Zbliżamy się do lodospadu/seraka.

"Serak" z bliska.

Gdy byliśmy na około 2600 m n.p.m, nadeszło zachmurzenie, które od razu zmieniło odczuwanie temperatury powietrza. Odetchnęliśmy z ulgą! Obeszliśmy niewielkich (Z perspektywy czasu - wtedy wydawał się spory) rozmiarów lodospad/serak, a za nim ukazała się w końcu główna część północnej ściany Habichta z charakterystycznym krzyżem na wierzchołku. Wydawało się, że jesteśmy już blisko, ale nachylenie robiło swoje. Krok za krokiem, torując ścieżkę w śniegu, przekraczaliśmy w zadyszce barierę 3 tys. metrów n.p.m.  Wszak nazwa "Nordwand" czyli  "Północna Ściana" do czegoś zobowiązuje.

Marcin kontroluje czas, a ja zastanawiam się czy ten Habicht będzie dzisiaj dla nas?

Strome wejście na wierzchołek.

O 14:06 dotarliśmy na wierzchołek. Byliśmy trochę tym faktem zahukani. W trakcie drogi mieliśmy bowiem kilka momentów zwątpienia, czy uda nam się wejść, gdyż rodzaj i charakter terenu był dla nas zupełnie nowy. Czuliśmy, że jesteśmy już w górach wyższych od Tatr, a otoczenie było mało rekreacyjne. 😏

Habicht 3277 m n.p.m!

Szczyt! Jeszcze do mnie nie dociera!

To już prawie 10 lat temu! 😮

Alpy w śnieżne łatki.

Widoki ze szczytu Habicht w wersji późnowiosennej.

W wysokogórskiej części Alp jeszcze sporo zimy.

Na szczycie spędziliśmy ustawowe 15 minut, po czym po tych samych śladach rozpoczęliśmy powrót do naszego namiotu. Jeszcze w trakcie zejścia, zastanawialiśmy się, czy spędzić kolejną noc w terenie czy może już jednak dotrzeć bezpośrednio do Volderau, ale ostateczną decyzję podjęło nasze zmęczenie. Spędziliśmy drugą noc w namiocie, oczywiście zsuwając się co chwilę w dół na śliskich śpiworach.

Powrót z własnymi myślami.

Zejście z lodowca. Jeszcze tylko dotarcie do namiotu po wielkich kamolach!

Wieczorem, przy namiocie, otworzyliśmy kuchnię oraz panel dyskusyjny.  Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że w tym składzie będzie nam dane przeżyć wiele kolejnych wysokogórskich wyjazdów w Alpy! Takich jak np ten, ten czy ten!



poniedziałek, 28 maja 2012


W nocy kropił deszcz, ale poranek zastaliśmy słoneczny. Sporządziliśmy tylko symboliczne śniadanie, spakowaliśmy cały sprzęt biwakowy do plecaków i po trzech godzinach ciągłej utraty wysokości, pojawiliśmy się przy aucie w Volderau. By w pełni ogłosić sukces i przywieźć w stanie nienaruszonym "Habichta w kieszeni", musieliśmy jeszcze bezpiecznie pokonać ponad 800 km autostrad. 

____________________________

Przebieg naszej drogi w 1/3 przez Północą Ścianę. Niestety na mapie nie można wytyczyć/wygenerować śladu poza widniejącymi ścieżkami.


A tak wyglądałaby trasa zaproponowana przez portal Doliny Stubai, z noclegiem w schronisku Innsbrucker Hütte:
  
Habicht  jest moim zdaniem jedną z ważniejszych gór do zdobycia w Dolinie Stubai. Gdy będzie okazja do odświeżenia wspomnień, na pewno chciałabym ponownie zawitać na jej wierzchołku. Tak sobie myślę, że najbliższa okazja być może nadarzy się w trakcie ewentualnego przejścia długodystansowego szlaku  Stubaier Höhenweg, który przebiega u podnóża tego pięknego kolosa i uda się wtedy przybić brakujący stempel na karcie SEVEN SUMMITS STUBAI.


____________________________


 PRZYDATNE LINKI:



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

SCHRANKOGEL - trzytysięcznik dla początkujących

Trawers Alpspitze 2628 m n.p.m

Grossglockner 3798 m n.p.m

Prisojnik 2547 m n.p.m