23 stycznia 2018

Jesień w austriackim Pitztal


W październiku naprawdę różnie bywa z pogodą. W porównaniu do roku poprzedniego, tym razem sytuacja meteorologiczna jaka wytworzyła się dzięki wyżowi znad Bałkanów i niżowi, a dokładniej huraganowi Ofelia, który grasował nad Atlantykiem, spowodowała, że nad większą część Europy wdarło się ciepłe i suche powietrze z Afryki. Zapowiadano 100% lampę na co najmniej 3 dni. Jak to zobaczyłam w prognozach, koniecznie chciałam jeszcze wyrwać coś alpejskiego, tym bardziej że morale po niezdobyciu Blanca z powodu niedyspozycji mojego buta, wciąż nie były dostatecznie podreperowane. Nowa para butów leżała świeżutka w szafie, a jedynym motywem by je założyć w środku jesieni był wyjazd w góry lodowcowe. Oczywiście ta cudna pogoda miała również zahaczyć o Dach Europy, ale niestety tak daleki kierunek nie wchodził w grę z powodu zbyt małej ilości czasu. Padł pomysł, by wybrać się w stronę austriackich 3 tysięczników, z racji, że na co poniektórych leży jeszcze warstwa wiecznego śniegu. Wstępnie zdecydowaliśmy się na Alpy Ötztalskie i Wildspitze – drugi szczyt Austrii. 



Cieszyliśmy się na wyjazd, chociaż nie byliśmy do niego przekonani i nie wiem tak do końca co było tego powodem. Ta prognozowana lampa chyba całkowicie nas zaślepiła. Plan wyjazdu, który był ustalony, zmieniliśmy w ostatniej chwili, myśląc że zmiana da nam większe szanse na powodzenie całej akcji górskiej. Pojechaliśmy nie mając mapy papierowej, a jak kiedyś wspominałam bez niej czuję się w górach bardzo niekomfortowo. Stwierdziliśmy jednak, że z zakupem nie będzie problemu ze względu na miejsce startu. Jakoś tak od początku ten wyjazd nie szedł nam dobrze. Już będąc na autostradzie, przez prawie godzinę Damiana męczyły silne ataki kaszlu... Na jednym z postojów zastanawialiśmy się czy nie wrócić do Polski, ale od granicy już byliśmy dość daleko. Zdecydowaliśmy się kontynuować jazdę, mając nadzieję, że to tylko chwilowy epizod, a układ odpornościowy Damiana poradził sobie z próbą rozwinięcia się przeziębienia. 


niedziela, 15 października 2017


Zajechaliśmy do miejscowości Mittelberg, w której znajduje się dość pokaźnie rozbudowany ośrodek narciarski Gletscher Rifflsee. Z ośrodka często korzystają kadry narodowe różnych sportów zimowych. Ośrodek może być czynny jeszcze przed okresem zimowym, dzięki lodowcowi Pitztaler.

Był wczesny ranek, a kolejka ludzi do kasy wylewała się poza obręb budynku dolnej stacji. Z tak pięknych uroków pogody postanowili skorzystać narciarze zjazdowi. Czuliśmy się w tej kolejce dziwacznie, bo byliśmy jedyni bez nart. Mieliśmy chytry plan szybkiego zyskania kilkuset metrów wysokości, kosztem ubytku kilkudziesięciu euro z portfela. Dzięki temu od razu mogliśmy zacząć testować nowe buty w warunkach do jakich zostały wyprodukowane.

Podziemna kolejka Pitzexpress wywiozła nas na górną stację Gletscherexpress 2840 m n.p.m. Naszym oczom ukazał się widok, który nami dość mocno wstrząsnął. Pierwszy raz zetknęliśmy się z tak rozbudowaną infrastruktura wśród tak rozległych i wysokich terenów górskich. Niestety nasz ostatni możliwy punkt (sklep ze wszystkim w budynku górnej stacji kolejki) również nie prowadził sprzedaży jakichkolwiek map.

Ale tu musi być zadyma w sezonie wysokim.

Z zakamarków pamięci, próbowaliśmy odtworzyć sobie przebieg drogi na Wildspitze, ale gdy tylko wyszliśmy na część „dzikiego” lodowca, okazało się, że jest przysypany śniegiem, szczeliny nie są widoczne i bylibyśmy pierwsi do torowania ścieżki. Do tego wszystkiego jeszcze złapaliśmy spore opóźnienie, więc szanse na zdobycie czegokolwiek w okolicy były małe. Dzień jeszcze jednak trwał, a słońce na dobre zaczęło przygrzewać. Postanowiliśmy znaleźć na lodowcu w miarę bezpieczną i odsłoniętą szczelinę, która miała nam posłużyć do przećwiczenia różnych wariantów z ratownictwa lodowcowego.

Oddaliliśmy się od nartostrad i od razu pojawił się przyjemniejszy dla oka widok.

Przypomnienie sobie budowy stanowiska ze śrub lodowych.

Zejście na sztywno po linie do szczeliny, a następnie próba samodzielnego wyjścia.

Nasi pechowcy, którzy zaraz wpadną do szczeliny.

Budowa systemu do wyciągania ze szczeliny.

Po ćwiczeniach udaliśmy się w kierunku pobliskiego schroniska, po drodze zaskakując swoją obecnością dwie kozice. 

Drepczemy w kierunku schroniska. Po zejściu z lodowca, odnajdujemy szlak.

Te kozice mają coś z kotów.

A też se chwilę poleżę :)

Dużo różnorakich kamoli.

Metalowe kładki na szlaku.

Schronisko Braunschweiger Hütte 2758 m n.p.m o tej porze roku jest już zamknięte na cztery spusty. W Alpach przy schroniskach można często spotkać schrony samoobsługowe, tak zwane winnterraum'y.  Mieliśmy pomysł zanocowania w nim, ale po krótkim odpoczynku i wszamie na spółę liofila, zdecydowaliśmy, że jednak zejdziemy od razu na parking i w nocy wrócimy do domu.

Wejście do schronu zimowego Braunschweiger Hütte.

Zapadła decyzja o zejściu, ale ja jakoś tak nie chciałam wrócić z niczym. W okolicy schroniska górują dwa małe pagórki - Karleskopf oraz Pitztaler Jöchl. Zaproponowałam by złapać chociaż na nich zachód słońca. Udało mi się namówić Damiana, ale na podejściu ponownie zaczął mieć ataki kaszlu. To chyba była ewidentna alergia na Alpy Ötztalskie. Zawróciliśmy i po minięciu budynku schroniska, rozpoczęliśmy schodzenie do doliny.

Szczyciki przyschroniskowe :)

Usytuowanie Braunswchweiger Hütte z szerszej perspektywy.

Jeszcze tylko dowiązanie sznurówek i mkniemy na dół.

Zbliżający się koniec dnia...

Podczas zejścia, mijamy Kletterpark Pitztaler Gletscher - krótkie via ferratki o różnych stopniach trudności.

Końcowy etap drogi, pokonaliśmy już przy świetle czołówek. Szkoda, że plan tego wyjazdu nie ułożył się po naszej myśli, zwłaszcza mając do dyspozycji tak stabilną pogodę. Nie mniej jednak, dużym dla mnie plusem, była możliwość przedreptania trochę kilometrów w nowych butach wysokogórskich. Te na razie spisały się bardzo dobrze. Generalnie nie mogę się doczekać kiedy pojawię się w nich u podnóża Mont Blanc, by ponownie zmierzyć się z Dachem Europy...


4 komentarze :

  1. Super. Widoki piękne, buty się spisały, trochę poćwiczyliście wspinaczkę szczelinową... Skadi, choć chcieliście klasycznie, wyszło naprawdę fajnie. Podziwiam i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po tych ćwiczeniach uzmysłowiłam sobie, że trzeba je robić znacznie częściej. Nawet w domowym zaciszu bawić się kawałkiem liny i pozostałym sprzętem, żeby sobie utrwalać pewne schematy, bo po prostu zapomina się wiele szczegółów...

      Usuń
  2. Coś ostatnio nie macie szczęścia do alpejskich wyjazdów :( mam nadzieję, że pech Was wkrótce opuści i nadrobicie to z nawiązką :) Choć patrząc na te alpejskie widoki i tak warto się wybrać na te kilka godzin naładować baterie :) Super, że udało Wam się też poćwiczyć ratownictwo na lodowcu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pech z Blanca wciąż czuwa! :D Dla innych to szaleństwo jechać tyle kilometrów, spędzić więcej czasu w samochodzie niż w górach, ale mi to nie przeszkadza, dla mnie i tak się opłaca ;) Nawet teraz kiedy szaro za oknem to od razu lookam na te słoneczne zdjęcia i od razu robi mi się lepiej ;)

      Usuń