13 czerwca 2015

Główny Szlak Sudecki im. M. Orłowicza - etap 1


Tak oto ruszyła machina. Po kilku tygodniach niepotrzebnych rozważań. Robić GSS'a czy nie robić? W etapach czy jednym ciągiem? Gdzieś podświadomie już decyzja zapadła w jakiej formie przejście tego długodystansowego szlaku uskutecznię. Pozostał tylko skradający się zza pleców co jakiś czas niepokój związany, no właśnie z czym? Sama nie wiem. Ktoś kiedyś powiedział, że najgorzej to zrobić pierwszy krok, a ten pierwszy krok rozpoczyna się od ruszenia tyłka i przekroczenia progu drzwi w domu. Potem już samo się wszystko dzieje. I to jest prawda.


Musiałam sobie wynaleźć jakiś dłuższy cel, bo znowu zaczęłam cierpieć na zaburzenia nizinne, które zauważyłam, że nasilają się głównie w ciągu tak zwanego tygodnia roboczego, kiedy mając dni wolne od pracy nie mogę sobie znaleźć miejsca w domu. Orłowicz w etapach, bo na długi urlop na jeden ciąg przejścia zawsze przepadnie w castingach z innymi projektami. Kondycję trzeba jakoś podszlifować, psychę utrzymać w ryzach. Przyszła też pora na zmierzenie się z samotnością na szlaku. Na bycie zdaną tylko na siebie. Im bardziej zaczęłam o tym intensywnie myśleć, tym coraz bardziej zaczęło mi się to podobać. Dam radę! Tym bardziej, że to co zamierzałam sobie zafundować, to nie tylko samo wymęczenie fizyczne, wyrobienie sobie ud i łydek (bye bye cellulajt: P), ale także wyzwanie strategiczne i logistyczne. Raz wpadł jeden dzień wolnego, raz nawet trzy, więc ilość czasu spędzona na szlaku uzależniałam głównie od tego. Co za tym idzie trzeba to było jeszcze zgrać z pogodą i doborem długości trasy, by w dogodnym miejscu kończyć etap i następnie w tym samym po przerwie znowu go kontynuować. A co w plecaku? Jak najbardziej na lekko, bo kręgosłup już nie z tymi latami co kiedyś. O moich perypetiach z nim związanymi pisałam kiedyś na blogu. To był dla mnie wtedy bardzo trudny czas. Dzięki wyprostowaniu sprawy i ciągłej profilaktyce mogę bez odczuwania bólu łazić po górach i porywać się na te 440 kilometry.

wtorek, 12.05.2015 r.

Świeradów Zdrój - uzdrowiskowa miejscowość, która otrzymała zaszczyt miana miejsca w którym Główny Szlak Sudecki ma swój początek. Większość kuracjuszy nawet nie ma o tym pojęcia. Ja stoję przed mapą i wpatruję się w wymalowaną obok czerwoną kropkę. Taaa... już nie ma odwrotu. Plan trasy na ten dzień znałam doskonale z poprzednich moich wizyt w Górach Izerskich. Niejednokrotnie wykorzystywałam przebieg czerwonego szlaku w różnych kontekstach czy to pieszych czy narciarskich, ale nigdy nie było to ze świadomością przebywania na Orłowiczu ;) Robię fotkę kropce i rozglądam się za jakąś informacją odnośnie jej znaczenia. Wysoko na drzewie dostrzegam tabliczkę z napisem... 

3,2,1 start!

Początkowo szlak biegnie wzdłuż centrum miasta, obok Domu Zdrojowego przy którym umieszczono tablicę pamiątkową poświęconą patronowi szlaku.

Gdy omijam zabudowania wkraczam na posesję Gór Izerskich. Najpierw asfalting, ale szlak potem odbija już w górską ścieżkę.  Chwilę rozmawiam po angielsku z niemieckim małżeństwem poniżej schroniska na Stogu Izerskim i jak się okaże była to jedyna okazja do otworzenia paszczy przez praktycznie cały dzień. Po prawej pnące się do góry nowoczesne wagoniki kolejki gondolowej wjeżdżającej na szczyt. Jeszcze kilka miesięcy temu byłam tutaj na nartach biegowych w poszukiwaniu cietrzewi. Z racji, że wtedy w schronisku nocowałam, teraz nie miałam potrzeby ponownie do niego zachodzić. Od razu ruszyłam w stronę Wysokiego Grzbietu oraz znanych izerskich torfowisk. Na szlaku nikogo, poza taką jedną...

Hello... is it me you're looking for? :)

Klientkę bym przydepnęła i to centralnie. W milisekundzie niezgrabie przedłużyłam swój krok. Żmija zygzakowata prawie metrowej długości leżała w bezruchu. Była grzeczna, nie syczała. Być może dlatego, że coś zjadła, ponieważ zauważyłam, że ma pogrubiony "brzuszek". Spojrzałam w jej wredne czerwone oczy, próbując wycelować na oślep obiektyw w jej kierunku. Nie chciałam nadwyrężać jej cierpliwości. Zrobiłam kilka fotek i ruszyłam dalej. Szlak coraz bardziej błotnisty co chwilę próbował pożerać mi buty, a mnie zostawić jedynie w samych skarpetkach. W poszukiwaniu jakiś kładek lub bardziej stabilnych miejsc, zauważyłam ciekawe ślady. Słyszałam, że zanotowano w Karkonoszach i Górach Izerskich obecność rysia. Być może też szedł GSS'em, zapewne w trybie nocnym.

Trop rysia?

Góry Izerskie są bardzo specyficzne. Zimą to raj dla narciarzy, latem szaleją tu rowerzyści. Krajobraz sprzyja też tutaj zwierzętom. Oprócz rysi, których obecność mnie osobiście bardzo ucieszyła, swój dom mają tutaj inne ciekawe gatunki. Występujące torfowiska górskie to także bardzo wyjątkowe zjawisko, które jest niczym jak naturalna gąbka magazynująca ogromne ilości wody. 

Izerskie klimaty.


Pierwsze widoki na Karkonosze.

Po czterech godzinach łaziorki, siadam na ławeczce przy schronisku na Wysokim Kamieniu. Napawam się pięknym widokiem na Karkonosze oraz Kotlinę Jeleniogórską. W oddali dostrzegam nawet Sokolikowe "garby". Pogoda na następny dzień ma się utrzymać, co jest bardzo dobrą wiadomością, ponieważ aura w Karkonoszach potrafi być naprawdę nieznośna, a to właśnie tam przebiega dalej szlak.

Schronisko "Wysoki Kamień"

W kadrze załapał się nawet jakiś skrzydlaty drapieżnik.

Z Wysokiego Kamienia schodzę do Szklarskiej Poręby. Jest późne popołudnie. W samym miasteczku ludzi też za bardzo nie ma. Opuszczam na chwilę szlak, w celu poszukiwań jakiegoś sklepu - dla uzupełnienia prowiantowych braków. Zaczynają mnie boleć trochę stopy, co jest złym symptomem na przyszłość mojego GSS'a. Widzę, jak przez to spada mi tempo, mimo że czuję jeszcze siłę w nogach i umyśle. Na szczęście do chwili ściągnięcia butów mam już niedaleko. Wracam z powrotem na szlak, przekraczam nieczynne już o tej porze bramy Karkonoskiego Parku Narodowego i na ostatniej prostej wyłania się schronisko "Kamieńczyk", w którym nocuję. Właściciele wyglądają na trochę zaskoczonych moją obecnością. Pewnie byli przekonani, że nikt w środku tygodnia nie pojawi się z takimi zamiarami. Chodzenie po górach w takim czasie ma dużo plusów. Po pierwsze mniej turystów, po drugie łatwizna z dostaniem noclegu w miejscach często obleganych. Zazwyczaj otrzymuje się klucze do pokoju dwu-osobowego, bo mniejszych po prostu nie ma. Ogarniam się przed spaniem i jeszcze zanim zgaszę światło przeglądam mapy. Zwijam poprawnie tą z napisem Góry Izerskie, by wymienić ją na Karkonosze. 

Widok z okna na Góry Izerskie.


Schronisko "Kamieńczyk".


Pasmo górskie: Góry Izerskie
Trasa: Świeradów Zdrój - Schronisko na Stogu Izerskim - Polana Izerska - Rozdroże pod Kopą - Rozdroże pod Izerskimi Garbami - Rozdroże pod Zwaliskiem - Wysoki Kamień (schronisko) - Szklarska Poręba - Wodospad Kamieńczyk - schronisko "Kamieńczyk"    
Dystans dzienny: 26 km, w tym 1097 m, 775 m
Dystans ogółem: 26 km, w tym 1097 m, 775 m


środa, 13.05.2015 r.

Drugi dzień przygody z Orłowiczem! Zgodnie z prośbą właścicieli klucze od pokoju wrzucam do skrzynki na listy. Podchodzę do barierek, za którymi nieprzerwanie hałasuje wodospad Kamieńczyka. Jest on najwyższy w polskich Karkonoszach. Spada trójstopniową kaskadą o wysokości 27 metrów. Naprawdę wygląda imponująco, do takiego z resztą stopnia, że został wykorzystany do nakręcenia scen w ramach ekranizacji "Opowieści z Narnii: Książę Kaspian". Ma też swoją własną, karkonoską opowieść.

"Jak głosi legenda wodospad powstał z łez siedmiu rusałek, które opłakiwały śmierć jednej z nich zakochanej w Kamieńczyku Broniszu, który wysoko w Karkonoszach szukał szlachetnych kamieni, aby pomóc w biedzie chorej matce. Łabudka, bo tak nazywała się rusałka, nie bacząc na ostrzeżenia sióstr zakochała się w śmiertelniku. Oddała mu swój cały skarb - drogocenne kamienie, aby ten mógł przeznaczyć je na leczenie chorej matki. Bronisz, który odwzajemnił uczucie rusałki obiecał, że niedługo wróci. Tak się jednak nie stało, choć Łabudka wypatrywała Bronisza prze wiele dni. W końcu chora z tęsknoty postanowiła odszukać ukochanego. Ruszyła spod swego domu pod Łabskim Szczytem na północ w kierunku Hali Szrenickiej. Stamtąd ostrożnie posuwała się w dół. Nagle zobaczyła przerażający widok – ciało swego ukochanego, który spadał ze skalnego urwiska. Rusałka z wrażenia poślizgnęła się i upadła koło Bronisza. Siostry długo płakały nad losem kochanków, a z ich łez powstał wodospad Kamieńczyka – jedno z najpiękniejszych miejsc w Karkonoszach".  (żródło)


Wodospad Kamieńczyka.

Szlak biegnie wzdłuż głównego grzbietu Karkonoszy, ale by osiągnąć jego pułap, muszę trochę zyskać na wysokości. Podchodzę na Halę Szrenicką. Jest cichutko. Nawet dwa zające, które kicały sobie na szlaku, zauważyły mnie dopiero po dłuższej chwili. Oczywiście nim wyciągnęłam aparat, schowały się do lasu. 

Schronisko na Hali Szrenickiej 1200m n.p.m.

Będąc już na karkonoskim grzbiecie, pojawiają się pierwsze, charakterystyczne formacje skalne, które są na stałe wpisane w element tworzący tamtejszy krajobraz. Kolejnym są kotły polodowcowe, przez które prowadzi szlak. Jest to dla mnie najciekawsze miejsce w całych Karkonoszach. To taka namiastka gór wysokich typu alpejskiego. Poświęcam im dłuższą chwilę, odpoczywając w ich otoczeniu na trawie, tym bardziej że pogoda bardzo do tego zachęca. Próbuję wypatrzyć moją ulubioną turniczkę - Ząb Rekina oraz żleb Rynna Skrzatów, który pokonywali zimą Damian i Wojtek.

Trzy Świnki.


Zamek Chojnik.

Schronisko Szrenica 1362m n.p.m


Zadziorne Karkonosze :)


Z rąsi ze Śnieżnymi Kotłami :P


Ale musiało się tu dziać w tym plejstocenie :)

Czuję jak ładują się moje górskie akumulatory. Czas płynie, a drogi przede mną jeszcze sporo, więc zakładam ponownie plecak i drepczę dalej. Mijam jedną szkolną wycieczkę czeskich dzieci i znowu zapada spokój. Kolejnym punktem na łyk wody jest Przełęcz Karkonoska. Szczerze? Nie lubię tego miejsca. Powodem jest ohydny widok czeskiego hotelu iluś tam gwiazdkowego z kortami do gry w tenisa. Ten widok zawsze powoduje u mnie wzrost ciśnienia. Podchodzę trochę wyżej, tuż obok polskiego schroniska Odrodzenie, by nie mieć w zasięgu wzroku tego "dobrodziejstwa". Dalej szlak prowadzi w kierunku kolejnych kotłów polodowcowych - Wielkiego i Małego Stawu. W styczniu u podnóża tego drugiego ganiałam z czekanem, mając za plecami klimatyczne schronisko Samotnia. Fajnie zobaczyć taki kontrast pomiędzy zimą, a wiosną.

Słonecznik to kolejna formacja skalna spotkana na szlaku.

Kilometrów przybywa. Stopy znowu zaczynają boleć, co jest dalszym powodem do niepokoju w tym temacie. Co prawda mam już przed sobą widok na Śnieżkę, ale pozostaje jeszcze zejście do Karpacza, w którym zamierzam zrobić pauzę i wrócić do domu. Wyłączam myślenie o bólu i podkręcam tempo. Królowa Karkonoszy widoczna w całej okazałości, a jak wiadomo nie za częsty to widok. Ciekawostką jest, że Główny Szlak Sudecki nie został poprowadzony przez najważniejszy, bo przecież najwyższy szczyt w całych Sudetach! Jest to dla mnie troszkę szokujące, bo rozumiem że nie da się przecież poprowadzić tak szlaku by zahaczał o wszystkie najciekawsze/najwyższe górskie szczyty z danego pasma, ale ten najgłówniejszy myślę, że powinien zostać w trasie ujęty. Co prawda można opuścić szlak (co ciekawe nie zmieniając nawet jego koloru- wciąż czerwony) i poświęcić na wejście jakieś 40 minut. Dla tych co nigdy w Sudetach nie byli - warto. Ja jestem ograniczona godziną odjazdu autobusu do domu, więc tym razem macham Królowej Karkonoszy z wysokości Równi pod Śnieżką i idę dalej zgodnie z kierunkiem przebiegu szlaku. Poza tym szczyt został przeze mnie zdobyty kilka miesięcy wcześniej, tyle że na nartach :)


Równia pod Śnieżką. Szlak nie prowadzi na szczyt, skręca w lewo tuż za schroniskiem.

Ostre tracenie wysokości, przerywa utworzony Cmentarz(yk?) Pamięci Ofiar Gór. Zatrzymuję się przy nim na chwilę. Mam mieszane odczucia odnośnie tego miejsca - czy nie wkrada się już przesadyzm? Stopy pulsują i mają ewidentnie dość. Do Karpacza jeszcze ze dwie godziny. Giry nie mają wyboru, muszą to wytrzymać :) W sympatycznym schronisku nad Łomniczką czeka na mnie niespodzianka. Co ciekawe idąc już trochę na autopilocie pomyślałam przez chwilę, że fajnie by było zakończyć ten etap jakimś zwierzakowym akcentem - tym bardziej, że te zające z rana, zwiały mi z przed obiektywu. Myślę i mam! Na szlaku kocia ferajna. Jeden ewidentny pieszczoch już mnie namierza i idzie w moim kierunku. Siadam na ławeczce, a futrzak ładuje się na moje kolana.

Każdemu schronisku kot(y)!

Siedzę tak chwilę by dać odpocząć moim bidnym stopom. Kociak nie zamierza schodzić i ma gdzieś, że mam ostatni autobus do domu. Niestety muszę mu ten relaks przerwać. Cykam parę fotek i  schodzę dalej - do Białego Jaru w Karpaczu, mijając po drodze dwóch biegaczy. Przez te dwa dni, był to naprawdę fajny kawał ciekawej i różnorodnej górskiej łaziorki.

Czołem kociaki! Kiedyś was znowu odwiedzę :)

Omijam skocznię narciarską "Orlinek", która stoi praktycznie w centrum miasta. W sezonie letnim przyjmuje rolę punktu widokowego. Ja schodzę jeszcze jedną drogową serpentynę niżej i ukazuje się dworzec oraz pamiętny przystanek z kibelkiem obok. Wróciły wspomnienia mojej zimowej "wyprawy" z Damianem, podczas której budowaliśmy śnieżne jamy, a ostatecznie nocowaliśmy na tym przystanku w śpiworach, czekając na pierwszy autobus jadący w kierunku domu. Teraz jest znacznie cieplej i przyjemniej. W Białym Jarze stoi szlakowskaz. Zaznajamiam się z nim, ponieważ mimo że pauzuję Orłowicza, to kilka dni później znowu się na nim pojawiam i kontynuuję GSS'a...

Pasmo górskie: Karkonosze
Trasa: schronisko "Kamieńczyk" - schronisko na Hali Szrenickiej - Pod Szrenicą - Trzy Świnki - Mokra Przełęcz - Śnieżne Kotły - Pod Wielkim Szyszakiem - Czarna Przełęcz - Przełęcz Karkonoska - Słonecznik - Kocioł Wielkiego Stawu - Równia pod Śnieżką - schronisko Dom Śląski - schronisko Nad Łomniczką - Karpacz Biały Jar
Dystans dzienny: 29,6 km, w tym ↑1159 m, ↓1204 m
Dystans ogółem: 55,6 km, w tym 2256 m, 1979 m


poniedziałek, 18.05.2015 r.


Po kilku dniach spędzonych w pracy, jestem z powrotem. Pomimo, że fizycznie na szlaku nie byłam, to w mojej głowie wciąż ten Orłowicz ;) I tak stojąc pod tym szlakowskazem na Mysłakowice, przypominają mi się słowa Piotra Morawskiego, który kiedyś powiedział:  "Na początku twoje życie toczy się normalnie, czasem przerywasz je wyprawami; potem twoje wyprawy toczą się normalnie i czasem przerywasz je życiem". Wiem, że Główny Szlak Sudecki to nie ta ranga co Himalaje, ale taka forma funkcjonowania przez najbliższe miesiące zaczyna coraz bardziej się do mnie wkradać. Orłowicz to takie dobre narzędzie chirurgiczne (ups! zawodowe zboczenie), które całkiem fajnie sprawuje się w leczeniu tych moich zaburzeń nizinnych :

Przede mną w sumie nieznane. Nigdy nie miałam powodów do tego by szlajać się po jakimś Pogórzu Karkonoskim. Teraz jest w tym temacie motyw. Czerwone znaki poprowadzono właśnie tam, by w miarę przyjemny sposób dostać się w rejon Rudaw Janowickich. Piękna pogoda wciąż trwa. Odnoszę wrażenie, jakby opuszczenie szlaku na parę dni w ogóle nie miało miejsca. Jest jednak znacząca zmiana - buty. Po ostatnim boleściach eksperymentuję z wyższymi trekami. Niestety jak się okaże - jest to błędne posunięcie. W nasileniu uczucia zmasakrowanych stóp biorą udział chyba także zbyt grube skarpetki jak na panujące temperatury  - cienkie zapodziały się w domu :/ Zanim jednak moje tempo zostało spowolnione z tego powodu kilka godzin przemieszczałam się w miarę sprawnie. W miarę, ponieważ zapunktowałam z pierwszym zgubieniem szlaku. Ten etap ewidentnie jest słabo oznakowany. Straciłam ponad godzinę wybierając odpowiednie bądź nieodpowiednie leśne ścieżki, które co chwilę się rozwidlały. Zaczepiłam w końcu jakieś małżeństwo z zapytaniem gdzie ja właściwie jestem, podsuwając im pod palec mapę. Musiałam się oczywiście cofnąć, przez co zaliczyłam czasowe straty. Tuż przed miejscowością Mysłakowice, dostrzegam na asfalcie kolejną żmiję! Tym razem o brązowej barwie i bardziej ruchliwą. Szybko uciekła w trawę, ale okolica w jakiej się pojawiła była dość ucywilizowana i głośna - niedaleko głównej drogi na Karpacz. Jej obecność w tym miejscu trochę mnie zdziwiła.

Panoramka na Rudawy Janowickie.


Przerwa na łące.


W Mysłakowicach znajduje się charakterystyczny pomnik przyrody - dąb szypułkowy oraz tablica z informacją o przebiegu w tym miejscu GSS'a.

Mijam zabudowania Mysłakowic i ponownie chowam się w lesie. Szlak jest już trochę czytelniej oznakowany. Kierunek - wieś Bukowiec, która swoją sielankową aurą i krajobrazem bardzo mnie zaskoczyła. Okolica tam jest naprawdę urokliwa, głównie z powodu występującego tam zespołu pałacowo-parkowego. Ma się wrażenie, ze to miejsce obecnie przeżywa odrodzenie. Nowe ścieżki dydaktyczne, rowerowe, powoli remontujące się historyczne obiekty i budynki. Naprawdę opuszczając to miejsce, już chciałam w niedalekiej przyszłości  tam powrócić. Może na rowerze?

Ruiny Opactwa na zboczach Mrowca w Rudawach Janowickich.


Koteł z Bukowca. 

Pierwotnie zakładałam dłuższy kilometrowo etap, jednak swoją "przechadzkę" decyduję zakończyć na Przełęczy Pod Średnicą. W miejscu, w którym dogodnie można podejść na Skalnik - najwyższy szczyt Rudaw Janowickich. Poza tym w jego kierunku przebiega dalsza część szlaku. Nadejście tego momentu postanawiam jednak przełożyć na inny termin. Ustawiam się wcześniej z moim prywatnym szoferem :D - Damianem, żeby mnie zgarnął właśnie na wspomnianej przełęczy. Lituje się nad losem moich stóp. Wracając do domu opowiadam co tam słychać na Orłowiczu, a po cichu myślę nad zakupem pewnej cudownej i ratującej komfort mojego chodzenia po szlaku nowości z dziedziny obuwniczej, którą po kilku dniach przerwy zamierzam wypróbować...


Pasmo górskie: Pogórze Karkonoszy, Rudawy Janowickie
Trasa: Karpacz Biały Jar - Przełączka pod Grabowcem - Mysłakowice - Bukowiec - Przełęcz pod Średnicą
Dystans dzienny: 21,6 km, w tym ↑609 m,  ↓725 m
Dystans ogółem: 77,6 km, w tym ↑2865 m, ↓2704 m

27 komentarzy :

  1. super widoki, ale kotełki najsłodsze :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kotełki na pewno pojawią się jeszcze w kolejnych odsłonach Orłowicza :)

      Usuń
  2. Ambitny zamysł i ciekawa perspektywa na najbliższe miesiące. Najtrudniej podobno jest coś zacząć, potem może być tylko łatwiej. Wytrwałości Ci życzę i kolejnych pięknych widoków. Te okolice mają ich sporo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś trzeba robić by nie zwariować w domu ;) Dolny Śląsk jest bardzo różnorodny, nie tylko górsko, ale i historycznie. Moja niedawna wizyta w Sokołowsku, o którym pisałeś u siebie na blogu była właśnie związana z GSS'em.

      Usuń
  3. Miałaś może nocleg w hubertusie na Srebnej w niedziele 7-06

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, nocowałam w Hubertusie tego dnia. Gdzieś się minęliśmy? :)

      Usuń
    2. To jednak minęliśmy się,nie Byłem pewien,żałuje że się nie odezwałem.Na blog zaglądam chyba od początku,pomógł Mi w niejednej konfiguracji szlaku. PS. Zmarnowałem szanse na wspóną fotke i autograf. Pozdrawiam Rafał.

      Usuń
    3. No to górski świat też jest mały! :) Cieszę się bardzo, że blog jest pomocny już od kilku lat! Takie komentarze mnie jeszcze bardziej motywują do jego dalszego prowadzenia.

      Może nadarzy się jeszcze okazja do rozmowy i wspólnej foty. Kto wie? Nigdy nie wiadomo kto się wyłoni za rogiem na szlaku :)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  4. Bardzo ucieszył mnie Twój wpis. Myślę intensywnie o tym szlaku, lecz boję się nawet nie samotności na szlaku, tylko dźwigania całego dobytku na plecach. Ostatni taki manewr skończył się wizytą w zakopiańskim szpitalu. Diagnoza była miażdżąca: kręgosłup nie może być obciążany! :( No i teraz mam marzenia. Ale tak myślę o tym szlaku i też w ratach, tylko nie dniowych, a rocznych, niestety... Dzięki za wędrówkę. No i za kotełki rzecz jasna :) Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozwól, że opowiem Ci swoją historię.... :D A tak na serio, to u mnie diagnoza była następująca: przepuklina krążka międzykręgowego. Obyło się bez operacji i każdemu kto o niej myśli - stanowczo odradzam. To najgorsze zło jakie można sobie wyrządzić! Od tego chorobowego incydentu ograniczam ilość rzeczy w plecaku do minimum. Jak na razie są z tego powodu same plusy: kręgosłup nie cierpi, a i tempo na szlaku jest lepsze, przez to w ogóle wędrowanie jest przyjemniejsze. Naprawdę można na takiej trasie obyć się bez wielu rzeczy. Z targaniem jedzenia też nie ma co szaleć, bo co chwilę to jakieś sklepy czy inne stonki - można zaopatrywać się na bieżąco. Mam nadzieję, że kolejne relacje z Orłowicza jeszcze tylko bardziej zachęcą Cię i dodadzą odwagi by wyruszyć na ten szlak.Pozdrawiam i tradycyjnie już przesyłam głaski dla Mychy :)

      Usuń
  5. Czyżbyś przerzucała się na niskie, lekkie buty? ;)

    A koty pod Łomniczką są zawsze i czekają na jedzenie od turystów :P
    Gratuluję pomysłu na trasę. Mi została jeszcze końcówka GSSu do przejścia. Ciągle czekam na odpowiedni weekend by go dokończyć,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ponownie powracam do butów tzw podejściowych. Obecnie łażę w Salewach Trainerach, są świetne ale jak dla mnie mają bardzo niekorzystną wkładkę - po kilku godzinach bardzo bolą stopy (nie powodują żadnych otarć czy pęcherzy). By rozwiązać problem wystarczyło kupić wkładki żelowe - rewelacja! i mogę teraz łazić i łazić... :)

      Lubię jak schronisko ma jakiegoś zwierzaka, ale takiej kociej ferajny to jeszcze w żadnym nie widziałam jak właśnie nad Łomniczką :)

      Usuń
  6. Czytasz w myślach. Od dawna marzył mi się główny sudecki, ale nie tak ambitnie - tylko miedzy Andrzejówką a Śnieżką, ewentualnie kończąc gdzieś w Izerach. Dobrze się czyta, dobrze się patrzy. Może jak tak się napatrzę i naczytam, to też się w końcu zbiorę w sobie i w Chopie, zbudujemy trochę kondycji i może we wrześniu, kto wie. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam kondycję buduję właśnie na Orłowiczu :) Ta trasa o której myślicie jest bardzo ciekawa. Nie ma w niej za dużo asfaltu, więc większość czasu spędza się naprawdę w górach lub w bardzo ładnym otoczeniu. Polecam! I uwaga, raz spróbujecie to nie zdziwię się jak ostatecznie przejdziecie go w całości ;)

      Usuń
    2. Na to liczę :) I z tym budowanie kondycji po rocznym przestoju pomyśleć niestety trzeba. Mocne skręcenie kostki w zeszłym roku skutecznie wybiło m nie z rytmu i zamknęło na kilka miesięcy nie tylko góry, ale i jakikolwiek większy ruch.

      Usuń
    3. Oła, po kontuzji to faktycznie nie ma co szaleć! No, ale teraz już jest wszystko na dobrej drodze ku górom? :)

      Usuń
  7. Niezła traasa. Bardzo fajnie sie czytało i oglądało. pozdr :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Ciąg dalszy GSS'a na blogu nastąpi :)

      Usuń
  8. Bardzo fajny pomysł, widzę, że nie tylko mam wpadł na zrobienie GSS na raty. Szkoda, że nie dogadaliśmy się, my też zaczęliśmy tylko od Prudnika, może gdzieś na szlaku się spotkamy. Pozdrawiamy Dorotka i Piotrek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo możliwe, że się spotkamy! Ja jestem w połowie. Przy najbliższej okazji (minimum dwa wolne dni od pracy) startuję z Dusznik Zdrój w kierunku Zieleńca.

      Usuń
  9. O super. Kibicuję w przemierzaniu GSS'a :) Od jakiegoś czasu rozmyślam nad przejściem tej trasy, ale trzeba jeszcze trochę doświadczenia zdobyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To trzymam za Ciebie kciuki. Mam nadzieję, że relacje z mojego GSSa pomogą w realizacji planów. Pozdrawiam :)

      Usuń
  10. Super, Skadi :) Powodzenia w dalszym dreptańsku. "Każdemu schronisku kot(y)!" o to, to! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! :) Kociaki w górach są fajne. ;)

      Usuń
  11. No i zabrałem się wreszcie za czytanie Twojego GSS'a :) Super !!!
    Koteła pod Łomniczką też spotkaliśmy podczas zejścia ze Śnieżki :)
    Pozdrawiam serdecznie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No w tym schronisku to jest koci nalot ;)

      Usuń
  12. Znana mi trasa. Ja przechodziłem GSS i GSB w jednym ciągu. To jest jedna z przygód życia.

    OdpowiedzUsuń