20 września 2017

Berchtesgadener Hochthron 1973 m n.p.m


Już tradycyjnie, po przyjeździe z via ferratowych zmagań (dzień 1, dzień 2), przy odpalonym grillu na campingu, po raz kolejny zasiedliśmy w zadumie nad wydrukowanymi topo. Prognozy pogody nie zapowiadały może idealnej pogody, ale najważniejsze że nie było w nich ani milimetra deszczu, co dla przechodzenia jakichkolwiek via ferrat miało dość duże znaczenie. Z kilkudziesięciu propozycji „metalowych dróg”, wynurzyła się ścisła trójka i w ostatecznej decyzji pomogła kwestia szybkiego dojazdu. Tak właśnie padło na rejon Alp Berchtesgadeńskich, usytuowanych na granicy Austrii i Niemiec. Berchtesgadeny miałam okazję poznać podczas wejścia na Watzmann. Rejon tak mi się wtedy spodobał, że gdy cała grupa przytaknęła na decyzję wyjazdu w tamtym kierunku, moje serducho od razu mocniej zabiło.



Głównym celem wycieczki było przejście ferraty Berchtesgadener Hochthronsteig, jednak ostateczne decyzje jej przejścia zapadły już na miejscu...



sobota, 17 czerwca 2017


Po niecałych 50 km jazdy samochodem, za miejscowością Marktschellenberg skręciliśmy w bardziej krętą drogę by dojechać do miejsca gdzie jest parking, z którego zaczyna się szlak.

Miejsce wydarzeń na mapie.

Wyruszyliśmy szlakiem nr 466. Początkowo szło się bardzo wygodnie – szeroki szuter, później pojawia się ścieżka uciekająca do lasu. W nogach od razu czuć było większą stromiznę. Do miejsca odpoczynku – Scheibenkaser dotarliśmy jeszcze przed południem. Budynek rodzaju bacówki(?) był zamknięty. W okolicy nie odnotowaliśmy też śladu owiec czy kóz. Jedynie wieszczki dotrzymywały turystom towarzystwa. 

Kocie powitanie na parkingu.

Wieszczek berchtesgadeński ;)

Słońce próbuje przedzierać się przez chmury.

Pogoda niestety nie pozwalała na dłuższy odpoczynek i podziwianie widoków z pozycji siedzącej bądź to leżącej. Wiało momentami dość przeszywająco. Słońce wielokrotnie próbowało przedrzeć się przez chmury, ale bez widocznego efektu. Bez generowania ciepła w postaci ruchu, po prostu zaczęliśmy marznąć. Ściana, na której poprowadzona jest via ferrata była cała w chmurach. Po przeanalizowaniu sytuacji, w naszej czteroosobowej grupce nastąpił rozłam. Ja z Magdą zdecydowałyśmy, że odpoczniemy od żelastwa i pójdziemy „klasycznie” zdobyć szczyt, Marcin z Anią wybrali opcję ferratową.

Nie spodziewałam się tutaj aż takich pionowych ścian.

. Fragment szlaku nr 466, którym przewędrowałyśmy z Magdą.

Szlak nr 466 od Scheibenkaser jest już dużo bardziej widokowy. Mijamy prawie że na wyciągniecie ręki sporych rozmiarów skalne ściany, by w końcu ujrzeć Watzmanna. Najwyższe partie masywu były przykryte jeszcze warstwą śniegu.

Idąc szlakiem, co chwilę wzrok uciekał mi w stronę tego masywu. Mam tam do zrobienia cały trawers, który czeka na realizację.

W końcu wyłanił się Watzmann!

Ach ten Watzmann :D Wrócę, obiecuję! :)

Ławeczka przy skrzyżowaniu szlaków. Kolorowa tabliczka informowała o  możliwości napicia się świeżego mleka, ale...

na polance nie odnotowałyśmy krów :)

Z Magdą minęłyśmy ściany schroniska, w którym natężenie gwaru sugerowało masakryczne tłumy turystów. Bez zatrzymywania się na postój, udałyśmy się od razu na szczyt, według tabliczek informacyjnych miałyśmy się na nim znaleźć po 5-10 minutach. 

Schronisko Stöhrhaus 1894 m n.p.m

Końcowy fragment via ferraty widać bardzo dobrze ze szczytu. Oczekiwałyśmy aż wyłoni się druga połowa grupy. Czas umilały nam jak zawsze niezastąpione wieszczki oraz krótka rozmowa z polskim zakonnikiem mieszkającym u podnóża Berchtesgadenów. 

Berchtesgadener Hochthron 1973 m n.p.m, a w oddali Watzmann.

Krzyż na szczycie.

Niektóre wieszczki mają gdzieś przestrzeganie przestrzeni osobistej.

Jestem wszystkożerny. Crisper też pewnie będzie dobry ;)

Gdy cała czwórka znalazła się z powrotem w komplecie, ruszyliśmy już znanym przeze mnie i Magdę szlakiem w kierunku parkingu. Podczas zejścia mogliśmy liczyć na przejaśnienia i trochę słońca, którego bardzo brakowało w ciągu dnia.

Idziesz przez kosówkę a tu nagle.... ;)

Powoli żegnamy się z Berchtesgadenami.

No ale jeszcze fota Watzmanna :D

I portretowe z Watzmannem :)

No, nie mogło być tak cały dzień? W końcu widać wszystko w całej okazałości.

Przyznam szczerze, że potrzebowałam takiego odpoczynku od żelastwa. Miałam natomiast wielką ochotę na taką spokojną wędrówkę. Alpy Berchtesgadeńskie choć nie odkryte przeze mnie w takim stopniu jakbym chciała to już zdążyły mnie zainfekować. Bardzo ciekawi mnie to pasmo górskie. Berchtesgadeny najbardziej zachwycają jesienią, gdyż często pojawia się tam inwersja. Obiecuję sobie już tyle razy, że powędruję tamtejszymi szlakami trochę dłużej. Na razie los i okoliczności wybierają inne kierunki...


Na temat ferraty, która była głównym motywem wycieczki, niestety się nie wypowiem. Z informacji z pierwszej ręki wiem, że jest bardzo fajna. Przejście jej przy lepszej widoczności na pewno dodaje walorów estetycznych. Gdy będę w pobliżu i będzie słoneczna pogoda, to bez wahania wepnę na niej swoją lonżę via ferratową ☺Hochthronie Berchtesgadeński - see you soon or see you later!


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz