26 grudnia 2018

Mont Blanc 4810 m n.p.m


Siedzę na tylnym siedzeniu w samochodzie i patrzę na ściekające po szybie krople deszczu. Na nogach trzymam nowiuśkie buty wysokogórskie, bo nie było już miejsca by je upchać w bagażniku czy na siedzeniu obok. Jeszcze kilka minut wcześniej, w worku wyrzuciłam do kosza stare buty, które całą tę sytuację utworzyły. Właśnie wyjeżdżamy z Chamonix. Leje, a mgła zaniosła się tak, że przysłoniła nawet najniższą górę w okolicy. Moja przygoda z Mont Blanc rozpoczyna właśnie w tym momencie proces hibernacji. Wiem, że do kolejnej próby dzieli mnie równy rok. Co przez te 12 miesięcy się wydarzy? Czy dożyję? A jak tak, to jak to życie przeżyję? Jest to wielka niewiadoma, która z jednej strony jest fascynująca, z drugiej przerażająca.  



Wiem tylko tyle, że z Białą Damą się nie żegnam, mówię tylko: "Hej laseczko, widzimy się za rok, bądź gotowa!". Choć na samą myśl ponownego spotkania już mnie mdli, a jeszcze nie opuściliśmy Francji.

Kolejne kilometry drogi do Polski ubywają, a ja dalej rozważam. Tak w duchu, nikt z pasażerów nie wie o czym myślę. A co mi w głowie siedzi? Że jestem Białej Damy zakładniczką. Że swoimi ogromnymi ramionami i obfitym biustem przycisnęła mnie do siebie, szepcząc do ucha: "Będziesz o mnie myśleć w najmniej oczekiwanych chwilach". I tak się też działo. Łapałam się na tym, że podczas np obierania ziemniaków na obiad czy podczas instrumentowania przy nudniejszych zabiegach (to Skadi robi gdy nie ma jej w górach) uciekałam myślami do podnóża Mont Blanc. Gdy leżałam na kanapie wentylem do góry, ona znów się odzywała: "Rusz dupsko, bo samo się nie wejdzie!"


Po przyjeździe do Polski i powróceniu do nizinnego trybu życia, zaczęłam odczuwać w sobie pokłady motywacji. Na początku stycznia udało mi się nawet wmusić w siebie potrzebę biegania po parku miejskim. To pospolite ruszenie trwało może ze trzy miesiące w szarpanej formie częstotliwości. Podczas tych marszobiegów najpierw miałam pietra, bo po godzinie 19:00 nie było już praktycznie ludzi w mieście. Gdy dobijałam do 7 km pojawiały się wizualizacje z wejścia na Mont Blanc w stylu #alwaysmore. A co, ja nie dam rady? - moja wiara w siebie unosiła się wtedy ponad niebiosa. To chyba te endorfiny zaczynały się wydzielać, którymi karmi się każdy maniak biegania, bo po godzinie entuzjazm jak i ta mega wiara w siebie wraz z obniżającym się tętnem zawsze malała. Moja kariera biegaczki skończyła się z nadejściem wiosny. Kolejne miesiące minęły na łaziorkowaniu po górach czy jeździe na rowerze. Wpadł np Mały Szlak Beskidzki na rowerze czy fenomenalna Grań Niżnych Tatr. Szepty Białej Damy oczywiście mnie przez ten czas nie opuszczały, wręcz się nasilały wszak czasu pozostawało coraz mniej. 

I tak oto wrzesień zaczął zbliżać się wielkimi krokami... ale czy ja czułam się gotowa na ponowne spotkanie z Białą Damą?

Szczerze? Im bliżej było wyjazdu, tym bardziej zaczęło mnie wszystko przerażać i przeszkadzać – zwłaszcza niewygody, które będą wpisane w całe to spełnianie marzenia. Gdzie się podziały te wizualizacje z biegań po parku miejskim ja się pytam!? I gdzie uciekła ta wiara w siebie?

Przez kilka tygodni dywagowaliśmy nad wyborem drogi oraz sposobem jej pokonania. Rozważaliśmy naprawdę różne opcje, włącznie z wejściem na lekko. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na powtórkę z przed roku, uznając, że ten wariant da nam największe szanse na wejście. Mieliśmy do dyspozycji dwa tygodnie urlopu i złożone wszystkie siły na pokład dla jednego celu: wleźć i uwolnić się z objęć Białej Damy, by móc spokojnie ruszyć dalej w górski świat. Moje marzenia o tej górze mają już prawie 10 lat, uznałam że najwyższy czas je w końcu urzeczywistnić. Drogę jaką przeszłam w górach pozwalała mi psychicznie myśleć o niej już jak o realnym celu. Taki stan miałam już w zeszłym roku. Teraz jednak chciałam Mont Blanc przywieźć "w kieszeni" do Polski, a nie tylko kolejny raz spróbować.

Jeszcze tylko przetrwać drogę do Francji, jeszcze tylko otrzymać kilka dni pogodowej lampy i bezpiecznie wejść i zejść...


Jesteśmy na campingu w Argentiere. Nauczeni doświadczeniem z poprzedniego pobytu w Chamonix wybraliśmy camping z porządnym zapleczem. Mając do dyspozycji na czas pobytu kartę gościa z możliwością darmowych przejazdów autobusami miejskimi pomiędzy miasteczkami i wioskami, oddalenie od głównego kurortu jest tylko na plus. Nasz poliestrowy dom w porównaniu do poprzedniego znacznie zwiększył swoje rozmiary. Zabraliśmy ze sobą duży namiot, łóżka polowe, stół, krzesła. Wszystko po to, by w razie niepogody, móc w komforcie i bez obniżania morale cierpliwie czekać na swoją szansę. A ta szansa pojawiła się już po naszym zameldowaniu. Mieliśmy już założoną bazę, przyszedł czas na zerknięcie w prognozy pogody. I masz! Na dzień dobry 3 dni prognozowanej lampy – tyle by ogarnąć Mont Blanc. 

    - Ale jak to, że już? Pakujemy się i idziemy? Ja nawet francuskiego camemberta nie zdążyłam skosztować i zapić go winem... A co z aklimatyzacją? Będziemy próbować wchodzić bez niej? A Ty? Przecież dalej jeszcze jesteś niedoleczony, wciąż męczy cię ten kaszel... - zadaję sto pytań Damianowi.


Z jednej strony samej mnie korci, by spróbować na wariata...

    - A co, jak to jedyna lampa w przeciągu naszych dwóch tygodni? - Damian podał argument nie do zbicia. Mamy aklimatyzację z Wildspitze – dodał jeszcze z uśmiechem na twarzy.

No tak, Wildspitze to już nie mała góra, ale byliśmy na niej dwa miesiące temu. W organizmie raczej nie było już po niej śladu...


    - Oj najwyżej nas trochę głowa poboli i się porzygamy. Przecież to nie Himalaje – Damian dalej mnie namawiał.
    - Akurat tym się to najmniej martwię, bardziej obawiam się akcji klopowej, że znowu się wydarzy jak rok temu. Mówiąc to, właśnie sobie uświadomiłam, że naprawdę może się wydarzyć, ponieważ przy pierwszej próbie z Mont Blanc na powrocie przeżywałam w tym właśnie temacie ciężkie chwile. W ogóle zauważyłam u siebie przypadłość szybszej przemiany materii na wyższych wysokościach.  

Decyzja zapadła – próbujemy! 


Spakowaliśmy się do plecaków, stosując kilka zmian taktycznych odnośnie tego co zabieramy i ile (wykorzystaliśmy zebrane doświadczenie z przed roku). Sprawdziliśmy godzinę pierwszego autobusu jadącego do Chamonix oraz kolejnego, przesiadkowego do Les Houches. Zasnęłam z taką myślą: właśnie szykują się trzy tak bardzo oczekiwane dni z całego roku, jednocześnie najpiękniejsze i najgorsze!



wtorek, 4 września 2018



Po śniadaniu, zarzuciliśmy plecaki na ramiona i uszliśmy jakieś 200 metrów na przystanek autobusowy. Oprócz nas, na autobus czekały dzieciaki. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że właśnie rozpoczęła się szkoła! Na przeciwko przystanku, na małym budynku wymalowane jest graffiti na cześć Stratonów – małżeństwa, które urobiło kilka pierwszych wejść na pobliskich górach ponad 100 lat temu. Oznajmiłam, że jak wrócimy jako pierdyliardowi zdobywcy Mont Blanc, to koniecznie sobie zrobię z Isabellą Straton zdjęcie, gdzie na jednej ze ścian budyneczku widniała jej podobizna.



Po kilkuminutowym opóźnieniu, autobus w końcu przyjechał. Dzieciaki bez wahania do niego wsiadły, co wzbudziło w nas chwilową konsternację, bo przecież na tablicy z napisem kierunku docelowego widniała inna nazwa niż powinna być. Co ta gimbaza, nie jedzie do Cham do szkoły tylko na jakieś wioski? - pomyśleliśmy jednakowo, ale każdy w swoim duchu. Kilka sekund później wszystko się wyjaśniło. Oczywiście, że jechała w stronę Chamonix. Kierowca nie zmienił nazwy na tablicy. Wszyscy wsiedli, a my na przystanku zostaliśmy. Generalnie aż tak mocno nas czas nie gonił, więc ta niespodziewana wpadka nie przekreśliła całego dnia i nie mieliśmy jeszcze powodu by wrócić z podkulonymi ogonami na camping. Dobrze by było jedynie złapać tramwaj jeszcze przed południem, bo również w miarę wcześniej dotrzemy do miejsca przy schronisku Tete Rousse gdzie można rozbić namiot i idąc tym tokiem dalej, będziemy mieli więcej czasu na odpoczynek przed głównym wejściem na szczyt, które rozpoczyna się około 1 w nocy.


Uznaliśmy, że nie będziemy warować kolejne 30 minut na przystanku, tylko pójdziemy na piechotę w stronę Chamonix. Łapiąc po drodze kolejny autobus albo jeżeli tempo będziemy mieć dobre, docierając już na docelowy przystanek przesiadkowy. Przeszliśmy ponad 4 km do Les Praz – na przystanek gdzie pętlę autobusową ma inna linia. Początkowo droga wiodła poboczem drogi (brak chodnika), a później już szlakiem w lesie. 

A gdzie Państwo idą? A na Mont Blanc się wybieramy.

Dotarliśmy do znanego nam już Les Houches. Od momentu zakupienia biletów i ustawienia się w kolejce na schodach w budynku dolnej stacji kolejki gondolowej Bellevue co chwilę dotykało nas déjà vu. Pogoda wydawała się być identyczna jak rok temu. Miałam wrażenie, że ludzie dookoła nawet ci sami 😁 Kozice stały w tym samym miejscu i prawie na tej samej kamienistej platformie rozbiliśmy namiot. Jedyną nowością była przejażdżka tramwajem z górnej stacji Bellevue na Nid d'Aigle (2380 m n.p.m). W zeszłym roku tramwaj nie jeździł z powodu remontu torów i sieci trakcyjnej i chcąc nie chcąc pokonaliśmy to przewyższenie na piechotę, które z resztą mile nie wspominam, bo ścieżka była rozmiękła i stroma, do tego jeszcze zalana mgłą.

"Uwaga, jedzie tramwaj. Gdy jedzie, ziemia się trzęsie. Trzęsie się cały mój świat...".

Lodowiec Bionnassay.

Oboje znaliśmy drogę, więc każdy podchodził swoim tempem.

Baraque Forestiere des Rognes 2768 m n.p.m . Jest w tym budynku możliwość przenocowania.

Stado kozic spotkane w identycznym miejscu jak rok temu.

Kozice jak kameleony.

Mamy zupełnie inne odczucia teraz niż gdy podchodziliśmy tutaj pierwszy raz. Po rocznej przerwie, okolica jakoś zmalała w oczach.

Po prawej stronie widoczne schronisko Tete Rousse 3167m n.p.m. Obok niego jest legalne miejsce gdzie można rozbić namiot.

W namiocie zaczęliśmy robić segregację rzeczy na te które zostają i te które zabieramy. Dokładnie jak rok temu! Nawet buty sobie wystawiłam w przedsionku i bacznie się im przyglądałam, czy na pewno nic się w nich nie odkleja. Damian w międzyczasie wyskoczył szukać godnego zaufania miejsca, z którego można zaczerpnąć wodę (śnieg) na gotowanie. Podczas tych poszukiwań, poznał Polkę, która później przyszła do nas na pogaduchy, bo jak się okazało przez cały dzień nie miała nawet do kogo się odezwać. Jako jedna z nielicznych została w bazie, gdzie pozostali w tym także jej towarzysze wyruszyli w stronę szczytu. Z lekkim załamaniem w głosie i wypisanym smutkiem na twarzy opowiadała z jakich powodów nie zdecydowała się na próbę wejścia. 

Ostatnie poprawki i dociągnięcie linek w namiocie.

W bazie...

Odważcie się tylko rozkleić! Rozklejać to się mogę jedynie ja!

Siedzę i myślę, jak to będzie przez następne 24 godziny.

Zjedliśmy z Damianem po porcji liofila i od godziny 18:00 próbowaliśmy odpoczywać. Budzik mieliśmy nastawiony na północ. O ile mi udało się w przerywanych seriach przespać około 3 godzin, tak Damian te 6 dostępnych godzin na szybką regenerację i mobilizację sił, kompletnie nie umiał wykorzystać. Emocje robiły swoje i najchętniej od razu by wyruszył w stronę Rolling Stones'a jeszcze przed północą. Podczas moich przebudzeń, uświadomiłam sobie dwie rzeczy. Pierwsza to ta, że obecny moment, mimo że robiony trochę na wariata jest jedynym dobrym z wielu względów. Druga rzecz, to ta o której wspominałam będąc jeszcze na campingu w Argentiere. Z powodu zmiany otoczenia, widmo akcji klopowej zaczęło się wizualizować w coraz wyraźniejszych konturach. Otóż od momentu przyjechania do Francji kibelek służył do robienia sprawy nr 1. Sprawa nr 2 wciąż nie była załatwiona przed atakiem szczytowym. Zaczęło mnie to bardziej przerażać niż przejście Rolling Stones'a.


środa, 5 września 2018 - atak szczytowy




Wybiła północ. Bez ustawiania dodatkowych drzemek, od razu zaczęliśmy się szykować do wyjścia. Jedna ze zmian taktycznych w porównaniu do zeszłego roku była taka, że zrezygnowaliśmy z gotowania, bo w naszym wykonaniu gotowanie zawsze zajmuje więcej czasu niż chcemy na to przeznaczyć. Damian przed naszym "odpoczywaniem" przygotował sobie kawę w butelce, którą trzymał w śpiworze, ja wypiłam przewidzianą dla mnie porcję herbaty z termosu (0.3l). Zamiast jedzenia kalorycznych liofili, zjedliśmy po dwóch gotowych (zrobionych jeszcze na campingu) bułkach maślanych z kremem orzechowym. Przed 1 w nocy takie jedzenie, ba! jakiekolwiek jedzenie po prostu twardnieje w gardle. Trzeba było się jakoś zmusić do przełykania, bo mieliśmy świadomość, że kolejny normalny posiłek będzie za paręnaście godzin. Zanim jeszcze założyłam szpej i oznajmiłam, że jestem gotowa, poszłam do "bazowego WC" z wiarą, że coś może z siebie wyduszę. Wypełzłam ze śpiwora, założyłam buty. Damian ostrzegł mnie, bym uważała na leżącego człowieka obok naszego namiotu. Zaczęłam świecić czołówką wokół, gdzie ów człowiek się znajduje. Z początku myślałam, że Damian po prostu sobie żartuje. Nie żartował. Obok naszego namiotu w płachcie biwakowej w barwach moro mieniła się oszroniona mumia. Gdyby Damian mnie nie ostrzegł, po prostu perfidnie bym w gościa wdepnęła.

Niestety klimat górskich WC-eków jest jaki jest. W każdym razie nie nadaje się do długich posiedzeń i po wyjściu nie mogłam ogłosić odpalenia fajerwerków na cześć osiągnięcia sukcesu.


Ubrałam pozostały szpej, umocowałam czołówkę na kasku. Na starcie czuliśmy się zmotywowani i na siłach, mimo, że był środek nocy. Spojrzałam w kierunku Rolling Stones'a. "W ścianie" już się mieniło od świateł czołówek. Pierwsze zespoły ruszyły, specjalnie tak wcześnie by złapać wschód słońca na Mont Blanc. Na pewno nie byliśmy ostatni w stawce. Spora część "obozowiczów" przewracała się na drugi bok, gdy my właśnie zasuwaliśmy zamek od wejścia do namiotu. Ruszyliśmy. Początkowo po kamieniach. Po kilkuset metrach stanął nam na drodze dość spory i bardzo zmrożony płat śniegu. Pokonywanie go bez raków było bardzo męczące i w sumie niebezpieczne. Dopiero co się trochę rozgrzaliśmy, a już musieliśmy przystanąć by założyć raki. Przejście po płacie poszło od razu sprawniej. Zdecydowaliśmy iść dalej w rakach, bo w zeszłym roku do momentu kiedy nie musieliśmy zawrócić, na drodze pojawiały się cienkie warstwy lodu. Droga do punktu gdzie trawersuje się Kuluar Śmierci (Rolling Stones) minęła nam szybko. Wiedzieliśmy do którego miejsca się kierować oraz jak wygląda w rzeczywistości słynny żleb i jaką obrać taktykę by go przejść. Gdy obiektywnie najniebezpieczniejszy etap mieliśmy już za sobą, dalsze dojście do schroniska Gouter było już dla nas niewiadomą. Nic nie stało jednak na przeszkodzie by kontynuować. Żaden but nie odważył się rozkleić. 

W świetle czołówki chwilami trudno odnajdywało się najłatwiejszy wariant ścieżki. Często, zwłaszcza jak nie było akuratnie przed nami żadnego zespołu, po prostu zaglądaliśmy w każdy skalny kąt w celu odnalezienia dalszego przebiegu drogi. Zdarzało się tak, że z nieuwagi wchodziliśmy na sekwencję głazów uprawiając przy tym mocny scrambling (do tego w rakach) gdzie tuż obok wiła się wąska ścieżynka, którą można było przejść bez użycia rąk. Generalnie droga pomiędzy schroniskiem Tete Rousse a Gouter'em jest bardzo absorbująca, zwłaszcza w nocy. Mało widzi się szczegółów, trzeba cały czas trzymać skupienie na wysokim poziomie. Jest milion wariantów ścieżek, gdzie na co poniektórych można zapędzić się do sąsiedniego żlebu. Na podejściu znajdują się ludzie o różnym doświadczeniu i niejednokrotnie słychać osuwające się z pod ich butów kamienie, które potem przybierają zabójczą prędkość i stanowią ogromne niebezpieczeństwo dla ludzi idących poniżej. Teren jest trudno asekurowalny, a wiązanie się w tym miejscu liną mija się z celem. Lina nie daje bezpieczeństwa, a w dużej mierze spowalnia zespół.  

Z używania sznurka na tym odcinku drogi zazwyczaj korzystają przewodnicy, którzy swoich klientów prowadzą na krótkiej i sztywnej linie. I o ile taki rodzaj asekuracji (choć wcale nie dający 100% bezpieczeństwa) stosowany przez wykwalifikowaną osobę ma jeszcze rację bytu (metoda short-roping) to wiązanie się 6-osobowego zespołu na długości 50 metrów stwarza tylko zagrożenie sobie oraz innym. Statystycznie taka trakcja prowadzona jest zazwyczaj przez "czarnego przewodnika". Jednego i to na domiar polskiego mieliśmy okazję spotkać. Swoim odpowiednim tonem zwrócił nam uwagę, że robimy wielki błąd, że nie jesteśmy związani w tym miejscu liną, dając swoim klientom fałszywe poczucie, że znajdują się w dobrych rękach. Rozpylanie aury pseudoprofesjonalizmu – poziom średnio-zaawansowany. Spokojnie, byliśmy później jeszcze świadkami poziomu ekspert, ponieważ owego "czarnego przewodnika" spotkaliśmy w dalszej części naszej drogi ku Mont Blanc.

Widać było już światła wydobywające się z okien budynku schroniska Gouter, ale przed nami stawały kolejne sekwencje skalnego scramblingu. Zaczęło się nam to przejście strasznie rozwlekać. Pojawił się mały kryzys. Pierwszy wyrzut adrenaliny powoli przygasał i zaczęło mnie ogarniać znużenie. Gdy ujrzałam pierwsze metalowe poręczówki, dające jakiś konkretny punkt odniesienia, że do schroniska już naprawdę niedaleko, odzyskałam na ten moment siły. Wydostaliśmy się na śnieg, co oznaczało, że w końcu odpoczniemy na jakiś czas od tego skalnego syfu. Zaszliśmy tylko na chwilę do przedsionka schroniska Gouter, by napić się i na szybko wrzucić cokolwiek do żołądka. Czuliśmy się rozmemłani. Właśnie wybiła najgorsza godzina. Było między 3 a 4. Organizm wołał o sen. Na domiar tego, mi zaczęło być niedobrze. Wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić, bo im dalej tym tempo będzie coraz gorsze. Słodki posiłek przed wyjściem, brak regularnej podaży płynów i jeszcze ta nieludzka godzina skumulowały się. Zatrzymałam się i nakazałam Damianowi by wyciągnął z plecaka buteleczkę shot'a kofeinowego, który przy pierwszej próbie z Mont Blanc nie został wypity. Czekał cały rok (choć jeszcze by i z 10 lat mógł czekać – sama chemia) na tę właśnie chwilę. Shot o konsystencji i wyglądzie płynu do naczyń wypiłam w kilku łykach, traktując jak ohydne lekarstwo, które mając nadzieję szybko postawi mnie na nogi. Po 5 minutach moja niemoc minęła. Oczy zrobiły mi się jak pinć złotych, a entuzjazm osiągnął poziom "w pełni naładowany". 

Ciemno, zimno, na szczyt daleko. A do domu jeszcze dalej.

Dotarliśmy na szerokie plato, z którego w całej okazałości ujrzeliśmy białe cielsko Mont Blanc. Wiedzieliśmy, że musimy tam dotrzeć, choćby siłą woli. Innej opcji nie przyjmowaliśmy.

Mont Blanc przybrany w światełka. 

Szczyty i granie jeszcze śpią.

Ale im bliżej świtu, tym zaczynają się przebudzać.

Licznik wysokości wciąż się podnosił. Widok góry rozbudził nas i znowu na moment odeszły wszelakie kryzysy. Dotarliśmy do schronu Vallot. Postanowiliśmy w nim odpocząć i poczekać do wschodu słońca. Uznaliśmy, że światło słoneczne dobrze na nas wpłynie podczas dalszej drogi. Schron był czysty! Załapaliśmy się chyba na jego niedawne sprzątanie. W środku przyklejona była kartka z informacją, żeby dbać o porządek, nawet po angielsku co jest przesłanką, że jednak Francuzi znają chociaż podstawowe słówka. Znaleźliśmy kawałek wolnej ławki. Po około 30 minutach wpadł wagon ludzi ze znanym już nam "czarnym przewodnikiem". Gdy Damian próbował przezwyciężyć swój najgorszy kryzys opierając głowę o ręce rozłożonych na kolanach, ja telepiąc się co jakiś czas z zimna i wrzucając do żołądka kęsy jakiegoś batonika, stałam się słuchaczem krótkiego wykładu "czarnego przewodnika" jaki wygłosił swoim podopiecznym. Otóż ów przewodnik u jednego ze swoich klientów postawił straszliwą diagnozę – obrzęk płuc. Koleś stał, logicznie odpowiadał na każde pytanie, a "czarny przewodnik" rozpylał w najlepsze aurę pseudoprofesjonalizmu. Po chwili ciszy rzucił jeszcze do klienta tekst w stylu, że pójdzie z zespołem dalej i będzie obserwować ten jego domniemany obrzęk płuc. Szczena mi opadła na te wieści, szturchnęłam łokciem Damiana po żebrach, by upewnić się czy on też to wszystko słyszał. Mamrotał tylko w geście, że kontaktuje, ale wciąż brakowało mu sił by podnieść głowę. Chyba zaczął mieć pierwsze objawy braku aklimatyzacji. Mi od momentu wypicia shot'a nic nie dolegało. Jednak, z racji że mieliśmy jeszcze 20 minut do wyjścia ze schronu, oparłam swoją głowę o pochylone plecy Damiana, zapadając w krótką hibernację. Z boku musieliśmy wyglądać przekomicznie, co najmniej jakbyśmy byli po całonocnej libacji. Alarm w telefonie zadzwonił. Do schronu zaczęło przedzierać się jaśniejsze światło. Zanim wyszliśmy, zarządziłam posmarowanie twarzy kremem z wysokim filtrem UV. Damian po aplikacji oznajmił, że piecze go oko. Stwierdziłam, że chwilę popiecze i przestanie. Nie ma co wzywać z tego powodu helikoptera. Wyszliśmy na zewnątrz. Po nocy nie było już śladu. Przywitało nas czyste niebo i słońce, które z minuty na minutę podnosiło temperaturę odczuwalną. 

Schron Vallot 4362 m n.p.m. Pierwszy budynek postawiono w 1938 roku.

Że to już szczyt? Pewnie, że nie!

Obecność słońca od razu polepsza samopoczucie.

Nie ma już śladu po nocy. Widać coraz więcej szczegółów w krajobrazie.

Poranne lasery.

Do Białej Damy dzieliło nas około 2-3h drogi, ale tej najbardziej ekscytującej bo po śnieżnej i wąskiej na kilkadziesiąt centymetrów grani Bosses. Moment wędrówki w takich okolicznościach jest z tych kategorii, których nie zapomni się do końca życia. Oprócz okazywania czujności przy mijankach na tak wąskiej grani z innymi zespołami, do pokonania była duża szczelina w lodowcu. Przekraczało się ją po moście śnieżnym powstałym na zaklinowanej bryle lodu. Poza obrębem mostu śnieżnego nie było widać dna szczeliny.

Schron Vallot - niejednemu człowiekowi uratował życie.

Coraz cieplej, coraz przyjemniej. Nawet przestało się chcieć spać!

Nawis na grani Bosses.

U Włochów też fajnie.

Daleko jeszcze?

Gdy pozostało do szczytu jakieś 20 kroków, poczułam jak zaczynają mi pęcznieć oczy. Po kilku sekundach z pod okularów zaczęły lecieć ciężkie łzy. Zaniosłam się takim szlochem, nad którym kompletnie nie mogłam zapanować. Szloch radości. Drugi w moim wykonaniu w górach. Pierwszy był na Grossglocknerze w 2015 r. Ten szloch jednak niósł ze sobą znacznie więcej emocji, które teraz w końcu mogły znaleźć ujście. Minęła równo dekada od momentu gdy góry zaczęłam traktować jako lek na życie. Mont Blanc to kolejny, ale bardzo ważny etap tej leczniczej terapii. Na szczycie czułam się bardzo dobrze. W ogóle nie odczuwałam skutków związanych z przebywaniem na tak dużej wysokości. Damian walczył ze sobą niestety od momentu wyjścia z Vallota. Jak później mi zdradził, szedł za mną siłą woli. Bolała go głowa i męczyły go nudności. 

Z Narodową na Mont Blanc 4810 m n.p.m. Wyżej w Alpach się już nie da!

Wszystko w okolicy niższe.

Niektórzy ze szczytu postanowili odlecieć.

Przy kiepskiej widoczności jest się gdzie pogubić...

Na szczycie spędziliśmy około 15 minut. Gdy zaczęliśmy schodzić, natychmiastowo pojawił się u mnie pulsujący ból głowy okolicy czołowej (szybki wzrost ciśnienia). 

Ścieżki w górach bywają różne. Ta na śnieżnej grani Bosses wygląda całkiem przyjemnie! :D

Oczywiście, że nie wiem co to za szczyty ;)

Ludzie na szczycie Mont Blanc oraz mina Damiana wyrażająca, że nieźle dostał w ciry od góry :P

Na grani Bosses mieliśmy niemiły incydent. Schodziłam pierwsza. Przed nami zbliżał się podchodzący przewodnik z klientem. Na tak wąskiej grani nijak można było się swobodnie wyminąć. Zadecydowałam, zgodnie z ogólnie przyjętymi zasadami w górach, że to my spróbujemy się na tyle odsunąć by mogli szybko przejść. Wbiłam czekan oraz raki poniżej linii grani. Pod nogami wiało nachylonym na oko 50 stopniowym firnowym terenem, w dodatku podciętym urwiskiem skalnym. Patrząc po zachowaniu naszej liny, byłam pewna że Damian również ustawił się tak, by zespół z naprzeciwka mógł w miarę swobodnie szybko przejść. Nagle poczułam szarpnięcie za plecak, a na wysokości oczu zobaczyłam czyjeś nogi. 6-osobowemu zespołowi z Ukrainy tak się spieszyło na tej grani, że zaczęli nas wymijać. Jeden koleś ze środkowej stawki zahaczył rakiem o linę, potykając się. Niewiele brakowało, żeby pociągnął za sobą cały zespół, w tym również nas. Przewodnik całą tę sytuację i tak starał się skomentować w miarę kulturalnie i liderowi Ukraińskiej ekipy dosadnie wyjaśnić, że ten manewr był bardzo niebezpieczny. Z jego ust padły słowa w stylu, że niewiele trzeba by spaść do jego "italiano bordello". Puściliśmy tych Ukraińców przodem, bo swoją obecnością i zachowaniem mnożyli tylko niebezpieczeństwa.

💖💖💖

Jeszcze dwa garbiki i będziemy obok schronu Vallot.

Dotarliśmy do schronu Vallot. Nie zaszliśmy jednak do środka. Zdecydowaliśmy schodzić dalej. Teren zrobił się już rozleglejszy i nie wymagający już takiej czujności. Etap poniżej schronu Vallot a schroniskiem Gouter okazał się być jednak dla mnie najbardziej stresujący. Rozpoczęła się akcja klopowa, której tak bardzo obawiałam się, będąc jeszcze na campingu w Argentiere. Niestety fizjologia postanowiła o sobie dać znać właśnie teraz. Teraz, kiedy nie było choćby jednego krzaczka na horyzoncie, a my znajdowaliśmy się na śnieżnobiałej patelni. Nie było nawet widać choćby cienia budynku schroniska Gouter. Dopóki dawałam radę wytrzymać przed ukazaniem tyłka całemu światu, szliśmy związani liną, ale gdy tylko na horyzoncie ujrzałam schronisko Gouter, bez konsultacji z Damianem po prostu się rozwiązałam i zaczęłam z zaciśniętymi pośladami człapać ile sił by zdążyć przed katastrofą.

Do cywilizacji jeszcze daleko...

Fantastyczne formy i kształty dla  pareidolików. Patrząc jedynie przez kilka sekund widzę twarz dziadka z bajki Odlot :P

Z Mont Maudit 4465 m n.p.m. Uśmiech tylko na potrzeby tego zdjęcia...

Okazało się, że podczas tych trzech dni akcji w górach, największym moim sukcesem nie było zdobycie Dachu Europy, a uchronienie się przed narobieniem w gacie. Dotarłam do głównego wejścia schroniska. Ściągnęłam raki oraz uprząż z całym szpejem. Zostawiłam to wszystko i wpadłam prosto do jednej z kabin. Od kataklizmu dzieliły mnie dosłownie mikrosekundy. Zdążyłam. Przeczyściło mnie tak, jakbym się poddała hydrokolonoterapii. Aktywność w nocy, znikomy podaż płynów i jedzenia od kilkunastu godzin, pulsujący ból głowy, to wszystko spowodowało że czułam się jakbym dostała w głowę obuchem. I o ile drobna nalepka z informacją w języku w którym byłabym w stanie zrozumieć, zostałaby zauważona w porę to nie zatkałabym kibla papierem. A że we Francji umieją mówić tylko po francusku, to wyszło jak wyszło. Wylazłam ze schroniskowego WC'eka w jeszcze większym stresie. Ubrałam na siebie ponownie cały szpej, sugerując tym gestem że jednak nie zostajemy w Gouterze na ciepły posiłek tylko schodzimy już bez robienia przerw bezpośrednio do "bazy". Droga pomiędzy schroniskami, za dnia była już bardziej czytelna i po prostu mniej męcząca. Wydeptana ścieżka sama prowadziła w dół. Od namiotu i w miarę bezpiecznego już terenu oddzielał nas jeszcze Kuluar Śmierci. Przekroczyliśmy go po raz czwarty i jak wspólnie ustaliliśmy ostatni raz. Raczej więcej się na tej drodze nie będziemy chcieli pojawiać. 

Śnieżne cielsko Mont Blanc. Widok na grań Bosses oraz schron Vallot.

Zbliżamy się do pułapu chmur.

Pogoda nam bardzo dopisała. Było praktycznie bezwietrznie!

Wiszące nad przepaścią nowe schronisko Gouter, za nim widoczne stare schronisko.

Barierki przy schronisku Gouter 3815m n.p.m


Nie zaszliśmy do namiotu, tylko od razu udaliśmy się do schroniska Tete Rousse. Menu jakie widniało przy barze było w całości w języku francuskim. Jedyną pozycję jaką zrozumieliśmy było spaghetti. Nafutrować się makaronem po takiej akcji to zagranie obowiązkowe. Zajęłam stolik, a Damian poszedł zamawiać. Gdy tak chwilę na niego czekałam, zorientowałam się, że przestała mnie boleć głowa. Jak ręką odjął! Po kilku minutach dosiadł się Damian i przekazał mi, jak się sprawy jedzeniowe maja. Spaghetti już nie było. Obsługa (w młodym wieku!) nie potrafiła po angielsku przetłumaczyć innych dań znajdujących się w menu. W końcu dziewczyna przy barze zaproponowała danie dnia, mówiąc oczywiście jego nazwę tylko po francusku. Skonsternowany Damian stał przy barze nie wiedząc jaką podjąć decyzję. W końcu zaangażowała się jakaś trzecia osoba z obsługi, rzucając z zaplecza kuchennego hasło "pasta with chicken". Na te słowa Damian zaprezentował szeroki uśmiech i pokazał dwa palce w geście, że chce zamówić taką ilość. Czekaliśmy na zamówienie, wizualizując sobie w głowach talerze z porcjami o jakich marzyliśmy, chociaż co ciekawe nie czuliśmy wilczego głodu, bo żołądki skurczyły się nam do wielkości orzeszka włoskiego. Po 10 minutach młody Francuz zaprezentował nam danie dnia. Faktycznie był makaron i kurczak, ale w zupełnie niespodziewanym dla nas wydaniu, na domiar tego typowo francuskim. Musimy przyznać, że była to ciekawa przygoda kulinarna.

Wróciliśmy do namiotu z wielkim uczuciem ulgi, że jutro czeka nas już tylko zejście do Nid'dAgile, gdzie będziemy łapać tramwaj. Zejście, patrząc w wymiarze całej drogi na Mont Blanc, lajtowej. Gdy umościliśmy się w namiocie, Damian zaprezentował swoje oko, które zatarł kremem przeciwsłonecznym. Było całe czerwone i mętne. Przez noc skleiło się jeszcze wydzieliną.



czwartek, 6 września 2018


Rano szybko się spakowaliśmy i zwinęliśmy namiot. W strugach deszczu dotarliśmy do najwyżej położonej stacji tramwaju. Wysiedliśmy na wysokości kolejki gondolowej Bellevue, którą później zjechaliśmy do Les Houches. Następnie dwoma autobusami miejskimi zameldowaliśmy się w Argentiere. Zanim jeszcze przekroczyliśmy "bramę" campingu, zażyczyłam sobie zrobienie fotki z Isabellą w nagrodę za zdobycie Mont Blanc. 

Podczas zejścia z widokiem na tęczę. Później nad "nasze" niebo przywlekła się deszczowa chmura.

Z Isabellką, pierwszą kobietą, która zdobyła Mont Blanc zimą.

Stan oka zamiast się polepszać, tylko się pogarszał. Nie przypuszczałabym, że zatarcie kremem spowoduje aż tak ciężki stan. Gdy dyskomfort spowodowany niewidzeniem na nie osiągnął poziom maksymalny, zgarnęłam opieprz, że kupiłam za dobry krem na słońce. Ach ci mężczyźni...


⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙

Po udanej akcji górskiej i posiadaniu Mont Blanc "w kieszeni" zaszyliśmy się na campingu na kilka dni. Lizaliśmy rany. Damian leczył oko francuskimi specyfikami zakupionymi w aptece, a ja leczyłam mocne przeziębienie z dodatkiem zielonych smarków. Niedoleczone choróbsko, które przywiózł Damian jeszcze z Polski przeszło na mnie. Gdy adrenalina już opadła, osłabiony organizm przyjął do siebie z otwartymi ramionami wszelkie bakteryjki.

Biała Damo! Dzięki za lekcję górskiego i nizinnego życia. Podsumowując wszystkie te wydarzenia z dziesięciu lat chodzenia po górach, uwieńczonych zdobyciem najwyższej góry Alp była to nieoceniona podróż w głąb siebie. 


⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙⸙

A na koniec jeszcze, kto dotrwał do napisów końcowych...
Zdjęcie, które spokojnie zastąpiłoby wypisane tysiąc słów w tej relacji...



... oraz filmik.




28 komentarzy :

  1. Gratulacje !

    Ostatnie zdjęcie the best :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Brawo! Fajnie, że tym razem się wam udało :) A zdjęcie ze świecącymi czołówkami na podejściu wygląda świetnie :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Skadi - raz jeszcze, ogromne gratulacje z wejścia. A relacja czytała się sama :). Blanc to nie moje progi (nigdy nie mów nidgy ;)), ale przeniosłaś mnie wirtualnie do Alp...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też kiedyś uważałam, że Blanc to nie moje progi. :)

      Usuń
  4. Gratulacje!
    No, jestem pod wrażeniem. Tak Waszego wyczynu, jak i wspaniałych zdjęć ilustrujących tego posta. Mam nadzieję, że to tylko przystanek do jeszcze ambitniejszych planów.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Plany górskie się mnożą. Zobaczymy co życie przyniesie. :)

      Usuń
  5. Wpadłam na Twój blog zupełnie przypadkowo, ale rozkochał mnie w sobie bez reszty :) Cudowne zdjęcia, rewelacyjne relacje no i góry, góry, góry! Siedziałam na nim kilka godzin i już wiem, że w tym roku muszę odwiedzić Małą Fatrę, w której totalnie się zakochałam. Bardzo Ci dziękuję za każdy wpis :)

    i oczywiście gratulacje, cudownie, że tym razem udało się zdobyć Mount Blanc :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za pozostawienie śladu w postaci komentarza i zawartych w nim tak wielu miłych słów!!! Taki pozytywny odzew od Czytelników/Zaglądaczy wiele dla mnie znaczy. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  6. Brawo Skadi, wiedziałem że nie odpuścisz! Gratki, ja też za parę lat będę chciał spróbować z Blankiem - zobaczymy jak wyjdzie na razie czas na Tubkal ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Wiedziałam, że trzymasz za mnie kciuki! :D Jak będziesz się wybierać na MB i będziesz mieć jakieś pytania to śmiało pisz!

      Usuń
  7. Dobrze, że daliście radę w 2018. Wygląda na to, że w tym roku na Mont Blanc przymusowa hydrokolonoterapia może odbywać się tylko w obecności licencjonowanego przewodnika :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podczas gdy lizaliśmy rany na campingu w Argentiere, znalazłam w necie na portalu Chamonix newsa, że chcą od 2019 ograniczyć dzienną ilość wejść na Blanca (podejrzewam, że chodzi tu głównie o drogę przez Kuluar). Trzeba wykazać się rezerwacją noclegu w jednym ze schronisk. Na podstawie takiej rezerwacji otrzymuje się pozwolenie wejścia na szczyt. Czy faktycznie to wejdzie? Życie pokaże.

      Usuń
  8. No po Damianie widac jak się czuł. Ja tak miałem tego lata na Kazbeku. Kiedy przeglądam zdjęcia widzę u siebie szarą , dosłownie szarą twarz bez uśmiechu i jakiegokolwiek wyrazu. Skadi to co Gruzja następna?:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej :) w tym roku wybieram sie na MB :) jestem w trakcie kompletowania wszystkiego. Mogłabyś uchylić rąbka tajemnicy co do tego jaki śpiwór miałaś na tą wyprawę? :) Anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak jesteś na etapie kompletowania wszystkiego to masz jeszcze szansę ustrzec się przed niewypałem zakupowym i naprawdę kupić taki sprzęt, który będzie bardzo uniwersalny a jednocześnie będziesz mogła na pewnych rzeczach ugrać trochę gramów co ma ogromne znaczenie potem na górskich wyjazdach, kiedy okazuje się ile rzeczy trzeba zabrać a plecak pęka już w szwach. Jeżeli chodzi o śpiwór, to w naszej szafie obecnie mamy trzy śpiwory puchowe, które mają być dla dwóch osób w użyciu całorocznym. Mamy dwa śpiwory cumulus lite line 300 oraz jeden cumulus mysterious traveler 700. W okresie wiosna-lato, czasem wczesna jesień to używamy lite line'ów jeżeli szykują się warunki zimowe bądź po prostu poniżej 0 np właśnie w "bazie" pod MB w okresie lata to jedna osoba śpi w travelerze a druga w dwóch lite line'ach. Zazwyczaj w dwóch śpiworach śpię ja bo jestem mniejsza. W takiej konfiguracji spałam właśnie "na MB". Nie jest to mega komfortowe rozwiązanie, ale mi to nie przeszkadza. Ilość puchu jest podobna jak również waga w stosunku do travelera. To akurat takie nasze rozwiązanie, bo górski sprzęt mamy wspólny a czasem wyjeżdżamy w pojedynkę. Jeżeli nie masz z kim dzielić sprzętu i tylko przygotowujesz się do MB z zamysłem o innych podobnych górach lub po prostu żeby mieć sprzęt nawet na jakiś trekking czy coś to kupiłabym śpiwór puchowy ważący max 1 kg z temperaturą komfortu w okolicach 0 stopni. A na specjalne okazje typu właśnie MB wspomogłabym się wkładką termiczną do śpiwora. Nie jest to duży koszt w stosunku do ceny za śpiwór puchowy a podobno naprawdę dociepla śpiwór. Jeżeli to ma być śpiwór specjalnie kupiony na MB to wybrałabym taki z komfortem około -5. Oczywiście z większym komfortem (cieplejszy) też by się nadał, wszak temperatury latem w nocy w wysokich górach bywają różne, ale wtedy musisz się liczyć z większym ciężarem i większym gabarytem. Pytanie czy warto i czy jest to aż tak potrzebne? Jeżeli miałabyś jeszcze jakieś pytania odnośnie innego sprzętu i nie tylko to śmiało pisz. Pozdrawiam!

      Usuń
  10. Justynka, dla Ciebie i Twojego Partnera wielki gratulacja za "Dach Europy" - wyżej się na da wejść. Jesteśmy pod wrażeniem tak wydawało by się łatwego wejścia. Teraz to już Kazbek lub Elbrus, boję się już myśleć gdzie Was jeszcze poniesie. Życzymy Wam wiele radości w łazikowaniu po górach, może jeszcze gdzieś razem powędrujemy lub nasze ścieżki się skrzyżują. Pozdrawiamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękujemy za miłe słowo. Mamy w planach góry wysokie, wyższe niż Mont Blanc, ale nie tylko. Po Niżnych Tatrach wzięło mnie na trekkingi długodystansowe. Przymierzam się do jednego w tym roku, mam nadzieję, że Was zainspiruję i ruszycie za moim śladem. Uściski dla Was i głaski dla Funi :*

      Usuń
  11. Zdjęcia cudowne naprawdę czarną. Gratuluję. To nie lada wyzwanie taki szczyt. Mój tata też był na Mont Blanc. Zazdroszczę odwagii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To lata spędzone na górskich szlakach i zbieranie gramów doświadczenia jak i umacnianie tej odwagi o której piszesz. :)

      Usuń
  12. Przygody widzę były, ale wszystko się udało, więc gratulacje za udane wejście :) Spotkanie z Ukraińcami na grani mało przyjemne...

    Zdjęcie szczytowe, to w tle macie prawdziwych mistrzów drugiego planu :D Nic tylko na ścianie powiesić ;) Nie tylko Ciebie natura ciśnie w takich okolicznościach przyrody.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mistrzowie drugiego planu... dojrzałam ich dopiero jak zdjęcia na kompie przeglądałam :D

      Usuń
  13. Te "kozice" o ile mi wiadomo (ręki uciąć sobie nie dam) to koziorożce alpejskie (a mają krótkie rogi bo to samice).

    OdpowiedzUsuń
  14. Gratuluje. Super relacja. Pamiętam ten moment, kiedy moje łzy szczęścia również tam wypłynęły :)

    OdpowiedzUsuń